Krzysztof Domardzki - Pojedynek - recenzja

by - 02:39:00

Powieściowy pojedynek na śmierć i życie, rozegrany na arenie zwanej Warszawą pomiędzy genialnym w swoim fachu złodziejem, wybierającym klientów do obrabowania niczym samomianowany Robin Hood a mordercą na zlecenie, zajmującym się oczyszczaniem świata z ofiar wskazanych przez podmiejską mafię? Et voilà - właśnie taką historią zaskoczył mnie Krzysztof Domardzki, którego twórczość zdążyłam pokochać za sprawą iście genialnej narracji pod tytułem „Error”. Co okazało się dla mnie dużą niespodzianką, tym razem Pisarz pokusił się o wykreowanie fabuły z pogranicza sensacji, akcji oraz książek szpiegowskich, jaka to charakterem przypomina mi nieco koncepcję, którą Forsyth zastosował w świetnej propozycji literackiej „Szakal”. Nie jest to jednak pomysł wtórny, albowiem urodzony w Łodzi Twórca „Pojedynku” stworzył zupełnie inną wersję prozy, jaka dzięki krótkim rozdziałom i niesamowitej dynamice nie pozwala czytającemu na to, by przerwać lekturę przed poznaniem zakończenia. Całość okraszona została do tego wersami z polskich utworów z gatunku rap - a hip-hop starej, dobrej jakości, wpleciony umiejętnie w treść, zawsze ubarwia mi odbiór dzieła. Za zabieg ryzykowny uznaję natomiast umiejscowienie akcji rodem z amerykańskich filmów i to tych, w których fajerwerków nie brakuje, w rodzimej stolicy - mnóstwo pościgów, jeszcze więcej strzelanin, niezliczenie mnogo trupów oraz widowiskowe porachunki policji z elementami przystającymi do gangów… Czy Autorowi udało się tą wersją mnie przekonać, tradycyjnie dowiesz z subiektywnej części recenzji. Tymczasem pozostaje mi stwierdzić, iż jeden z filmowych bohaterów, którego działania oglądane na wielkim ekranie darzę miłością niezrozumiale ogromną, to jest niepowtarzalny John Wick, jakiego to odgrywa jeszcze bardziej wyjątkowo Keanu Reeves… w mojej ocenie całkiem dobrze bawiłby się, jeśli miałby okazję przeczytać powieść Domardzkiego. A może i zrodziłoby to u aktora kilka nowych pomysłów odnośnie widowiskowości roli, w którą się wciela? 

„(…) oddaję życie za bliskich. (…) za moje występki i moje winy. Za te tysiące błędów, które popełniłem. Za bezmyślność. Za brak pokory. Za chodzenie na skróty. Za nieumiejętność podejmowania racjonalnych decyzji.”

…za winy ich i niewinność moją, za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy - jak onegdaj złożył we wstrząsająco wzruszający list pożegnalny niezapominalne wersy świętej pamięci Edward Stachura. Teraz nie masz jednak jeszcze świadomości tego, że już niedługo Ty sam będziesz mamrotał podobne strofy, modląc się do wszystkich diabelskich i Boga, którego zaniedbałeś - tak silnie niepewny jutra. Zagrożone stanie się niestety nie tylko Twoje życie, ale także te byłej żony i cudownego syna, dla jakiego byłbyś skłonny podpalić cały świat. Chłopiec zresztą obecnie jest w takim wieku, że nie widzi miru poza Tobą, w związku z czym starasz się spędzać z nim każdą wolną chwilę. Masz ich niewiele, lecz nie wiadomo, ile Wam ich pozostało z uwagi na Twoją nielegalną profesję oraz jego chorobę. Jesteś zaś artystą nietuzinkowym, który połączył talent do wykonywania z drewna najpiękniejszych mebli z tym do rabowania klientów, przypominającym wręcz sztukę wyższych lotów. Opracowanie strategii grabieży poparte wielorazową praktyką zajęło Ci sporo czasu i atłasu, lecz zdecydowanie było warto. Dom za kilka milionów, drugi dla byłej żony i Twojego syna oraz zapewnienie im życia na ponadprzeciętnym poziomie -  uważasz, że to konieczne. Oprócz tego pięćset tysięcy w złocie, drugie tyle w gotówce, kolejne w elektronice… Nie szastasz zgromadzonymi pieniędzmi, lecz odkładasz je w różnych formach, gdyby kiedyś wybiła tak zwana czarna godzina. A ta nadejdzie już niedługo… O jeden most, jedno stolarskie zlecenie przyjęte w anonimowej aplikacji za daleko. Oprócz fikuśnego stojaka na kije do snookera, zamontowałeś u pewnego ekscentrycznego, przeintelektualizowanego, opływającego w pozbawione gustu, acz definitywnie drogie materialne zbytki kamerę, aby jak zawsze przed skokiem poznać życie przyszłego obrabowanego i jego zwyczaje. Niestety tym razem przeszarżowałeś. Stałeś się świadkiem zbrodni, odkryłeś skrzętnie skrywany z uwagi na wstydliwość sekret obserwowanego a przy tym zamontowany podgląd został zauważony. Tym samym znalazłeś się na celowniku samego diabła w ludzkiej skórze… Oh, Johnny…

„Uwielbiam słuchać tych, którym wydaje się, że mają coś do powiedzenia, że są tacy ciekawi. Podobają mi się ich pewność siebie, wiara we własny intelekt, przekonanie o wyjątkowości. Odkąd pamiętam, miałem słabość do jednostek nierozumiejących swojego miejsca na świecie. W końcu errare humanum est, błądzić jest rzeczą ludzką.”

Na zlecenie dwóch braci, trzęsących między innymi warszawskim półświatkiem, zlikwidowałeś już wielu klientów. Nie ma właściwie dyspozycji zabicia człowieka, której byś się nie podjął - mordujesz niejako bez żadnych emocji, jako że uważasz się za specjalistę w tej dziedzinie. O prawdziwości owej tezy świadczy chociażby fakt, że do tej pory pozostajesz na wolności, zaś policja nie ma pojęcia o Twojej tożsamości. Lucyferski człowiek duch, nie do wykrycia przez algorytmy, o zmiennym dobowym rytmie, właściwie samotnik, choć w tajnych klubach nie stronisz od specyficznego towarzystwa. Zafascynowany Anglią, rozgrywkami w snookera i wszelkimi możliwymi zbytkami, jesteś też dość specyficzny. Mimo sowitych wynagrodzeń, nie odłożyłeś fortuny - w Twoim gargantuicznym mieszkaniu notorycznie pojawiają się nowe, koniecznie drogie, wcale niepotrzebne i nieprzystające do siebie nijak sprzęty. Lubisz cieszyć oko własnym luksusem, na który zapracowałeś niezbyt ciężko - bo zabijając tak jak lubisz, chociażby ukochanym Sterlingiem przemieniając ludzi w sito. Ten piękny pistolet maszynowy z jeszcze cudowniejszymi nabojami Parabellum, wiecznie towarzyszący Ci w ulubionej torbie na kije bilardowe, spowoduje zresztą niebawem w Stolicy całkiem niezłe zamieszanie, które nie było Ci konieczne, jako że unikasz zbytniego rozgłosu, ale okazało się niezbędne do tego, byś mógł dalej pozostać na niewidoku. Ktoś, kto odwiedził Twoje lokum, miał bowiem czelność zamontować w gigantycznym, notorycznie używanym podczas słuchania muzyki, stole snookerowym kamerę. Ta z kolei nagrała sytuację, w jakiej nie byłeś sam - i która ujawniona, miałaby wielką szansę stać się przyczyną Twojego upadku. Króla piekieł, maestro śmierci nie strąca się zaś z piedestału. I może na tym świecie jest dwóch mistrzów różnych, choć równie zbrodniczych profesji - lecz to definitywnie o jednego za dużo, na duet nie ma miejsca. Pora na pojedynek…

„(…) omiotłam wzrokiem stojące na parapecie kwiatki, które patrzyły na mnie z coraz większym wyrzutem. Chyba wiedziały, że ich dni są policzone, może parapet magazynował wiedzę na temat ich poprzedników.”

Do dzisiaj z estymą wspominam arcyinteligentne złożenie fabuły książki „Error”, którą napisał Krzysztof Domardzki. Między mną a „Pojedynkiem” nie pojawiła się aż tak duża miłość, choć definitywnie jest to całkiem dobra, rozrywkowa historia na jeden wieczór. Powieść sensacyjno-szpiegowska, w której notoryczna akcja staje w szranki z sensacją i widowiskowymi starciami głównych bohaterów okazała się lekturą przyjemną, choć z uwagi na polskie miejsce potyczek nieco mało realistyczną. Trup ściele się zbyt gęsto, antypatyczna policja z Rebeką i Marceliną na czele budzi co jedynie uniesienie brwi w wyrazie dezaprobaty. Nie polubiłabym zresztą z żadnego bohaterów, gdyby nie genialny stolarz-złodziej Johnny, co to przypadkiem znalazł się w ogromnych tarapatach bez drastycznego wyjścia, który przypomina mi naczelną sylwetkę z cenionego serialu „White collar” - uroczego rabusia i w tamtym odcinkowcu fałszerza sztuki. Z uwagi na sympatię, którą obdarzyłam książkową postać, z kolei nie przypadło mi do gustu zakończenie. Tak samo jak… sekret skrywany przez zabójcę na usługach mafii imieniem Stefan, terminatora w wersji warszawsko-bezemocjonalnej - zwyczajnie nijak do jego profesji ani zachowania nie pasuje. Narracja prowadzona naprzemiennie przez tegoż egzekutora, Johnny’ego oraz w późniejszej części opowieści Ryfkę, podoba mi się z kolei pod względem dynamiki - jaką to jeszcze przyspieszają krótkie, niekiedy nawet za bardzo, rozdziały. Warstwę językową oceniam dwojako - gawęda snuta przez „kradzieja” bywa za mało złożona, o kiepskim poziomie słownictwa, zaś krwawego zabójcy jest wręcz napuszona i odpychająco patetyczna. Mimo tych niesnasek oraz kilku nici, które nie wplotły się w sens finalnej całości i zdecydowały się zwisać luźno, Domardzki to jednak Domardzki - i nawet nieco słabszy niż poprzedni tekst spod jego pióra zapewnił mi dobrą zabawę. 6/10 z kilkoma plusami (nabojami za rapsami, <dwa naboje i nas dwoje, to koniec…>) i adnotacją, którą posłużę się jako psychofan: John Wick lubi to! 😉 Po prostu trzeba przyjąć szaleńczą koncepcję i oddać się zabawie! A jaka może być lepsza od tej ze Sterlingiem, mmm?

„Mówi się, że pieniądze to nie wszystko. I to prawda. Oprócz pieniędzy liczą się jeszcze biżuteria, elektronika, zegarki, numizmaty, sztuka.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)