Elin Anna Labba - Nie płyń na morze - recenzja
Jesteś częścią tej ziemi - tak jak Twoi przodkowie, którzy żyli na niej od
zarania dziejów. Tak jak drzewa pobliskiego lasu, kryształowa woda w jeziorze, ptaki
śmigające w ścigłym locie nisko nad jego taflą czy powietrze, jakie codziennie
wdychasz do płuc. Stanowisz jej nieodrodną cząstkę, choć władze starają się
położyć temu kres. Pogardliwie nazywają Was Lapończykami, choć dobrze wiedzą,
że Twój lud nosi starożytną nazwę Saamów. I bez ustanku próbują wyrugować z
siedzib, chociaż przecież zajmujecie bardzo niegościnne dla człowieka tereny
tundry polarnej, zepchnięci na nie przez ciągłą ekspansję białego człowieka.
Nie możesz pojąć, dlaczego traktują Cię z taką pogardą, dostrzegłszy w Tobie
jedynie nieokrzesanego dzikusa, którego za wszelką cenę trzeba ucywilizować. Posługują
się przy tym Przedsiębiorstwem, które buduje w okolicy tamę i co jakiś czas zalewa
zbudowane przez Was wioski. Jesteście Nomadami i zajmujecie się rybołówstwem oraz
hodowlą reniferów, więc gdy nadchodzi lato, przenosicie się ze stadami na
Zachód w poszukiwaniu obszarów urodzajnych w trawę. Tego roku również tak
uczyniliście. Wprawdzie uprzedzono Was o zamiarze podniesienia poziomu wody w akwenie,
ale tym razem wróciliście do osady parę dni później niż zwykle. I zastaliście
swoje domostwa już pod jej powierzchnią. Teraz siedząc w chyboczącej się łódce,
z rozpaczą patrzysz na wystające jeszcze w połowie znad fal goahti, jak w
języku plemienia nazywa się mieszkalną chatę wykonaną z darni. Spędziłaś w niej
dzieciństwo, więc choć masz już trzynaście lat i prawie jesteś kobietą, serce
ściska Ci się z żalu. Wyobrażasz sobie, jak nieubłagany żywioł dostaje się do
środka przez jedyne okno, zalewając powałę, wypełniając szafę i unosząc z sobą
stół, krzesła i wszystkie inne rzeczy codziennego użytku, które towarzyszyły Ci
tyle lat.
„Jak szybko można stać się obcym we własnym domu? Nigdy dotąd się nad tym nie zastanawiała, teraz jednak znała odpowiedź. Czuła się jak ptak taki, który uderza w szybę, a potem błądzi zdezorientowany nad własnym światem.”
Twoja mama Rávdná znika na chwilę we wnętrzu budynku i wraca z jedynymi rzeczami, której jeszcze ocalały: łańcuchem, jaki wisiał nad paleniskiem oraz szmacianą lalką należącą do mieszkającej z Wami siostry, którą nazywasz ciotką Anne. Na pożegnanie dotyka z czułością dymnika i szepcze słowa podziękowań za wszystko, czym w tym miejscu Was obdarzono. Potem odpływacie, więc masz okazję spojrzeć po raz ostatni na zatopione łąki i pastwiska, na których rysują się ścieżki wydeptane także Twoimi stopami. Zmierzając do pobliskiego brzegu, ostrożnie opływacie półzatopiony gmach miejscowej szkoły. Nagle ciszę rozdziera przeraźliwy, zwierzęcy skowyt. Na zalewanym coraz bardziej cyplu dostrzegacie gromadkę zajęcy. To samica i jej czworo młodych. Łapiecie szaraki, które nie mają gdzie uciec i umieszczacie je w skrzynce, na jakiej wierzch narzucasz rybacką sieć, po czym wypuszczacie na wolność. Gdy nadchodzi noc, spędzasz ją pod gołym niebem, chroniąc się pod ciepłym kocem, uszytym ze skór reniferów. Dwadzieścia lat temu miała miejsce podobna sytuacja - wtedy wioskę zalano po raz pierwszy. Mieszkańcy przenieśli się na wyżej położony teren, który teraz także znalazł się pod wodą. Masz nadzieję, że jej poziom już się nie podniesie, bo wtedy będziecie mogli uczynić to, co kiedyś Twoi pobratymcy, a więc zbudować nowe goahti, dające schronienie przed chłodem. Najbardziej jednak martwisz się, że żywioł pochłonie także wyspę, na której znajdują się groby umarłych - w tym Twojego ojca, jaki odszedł krótko po Twoim urodzeniu. Zawsze czułaś jego dyskretną obecność i opowiadałaś mu o wszystkim, co Cię spotkało. Nie możesz znieść myśli, że jego poświęcone ziemi kości mogą zostać wymyte i rozwleczone przez dzikie zwierzęta. Nie zasłużył na to, choć wraz z jego śmiercią bardzo pogorszyły się Wasze warunki bytowe. Pozbawione męskiej opieki stado padło prawie cało a zanim Rávdná nauczyła się nim opiekować, upłynęło sporo czasu. A przecież to najważniejsze źródło utrzymania. W społeczności Saamów wdowy nie mają łatwo - muszą same zajmować się domem oraz dziećmi i ciągle obawiają się o swój los. Na szczęście w życiu mamy pojawił się w końcu Elle Antem, choć zjawia się tylko od czasu do czasu. Choć upłynęło już tak wiele lat, kobieta nie wyobraża sobie bowiem, aby miejsce jej męża zajął inny mężczyzna, mimo że jest bardzo pomocny i wyręcza ją w zajmowaniu się obejściem, rąbaniu drewna czy opiece nad zwierzętami.
„Spoglądała (…) prosto na jezioro, na elektrownię i niezamarzniętą wodę.
Poruszała ustami, jakby śpiewała. Nie było słychać dźwięku, a woda wyglądała
tak, jakby stałą w ogniu, chociaż wkrótce miała nadejść zima.”
Elle podarował Ci nóż do znakowania bydła oraz piękną lornetkę, abyś mogła obserwować ptaki i cielęta. Ale Ty używasz jej głównie po to, aby obserwować mogiłę ojca i postawiony na niej krzyż zrobiony z kija i deski z własnoręcznie wystruganą na niej przez żonę sentencją: „Tu spoczywa…”. Ufasz, że nie zostanie Ci to odebrane, jednak dzieje się przeciwnie. W jeziorze wody przestaje przybywać dopiero wtedy, gdy pożera już całą osadę i nie oszczędza żadnego skrawka lądu leżącego w dolinie. Na razie mieszkacie w namiocie i intensywnie zajmujecie się budową nowego goahti. Ścięliście okoliczne brzozy, jakie stały się jego zaczątkiem i powoli stawiacie ściany. Potrzebujecie pieniędzy na jego dokończenie i wyposażenie zanim nadejdzie mroźna zima, więc matka pisze list do miejscowego inspektora państwowego, sprawującego pieczę nad terenem osady - z prośbą o udzielenie pożyczki mieszkaniowej. Dzisiaj przyszła odpowiedź, a ponieważ Twoja rodzicielka nie zna szwedzkiego języka, to na Ciebie spada obowiązek jego odczytania. Ostrożnie wyjmujesz z koperty cieniutki papier, na którym widnieje jaskrawa, urzędowa pieczęć. Sentencja jest krótka, ale bardzo wymowna i głosi, że Kraj pod żadnym pozorem nie może przyczyniać się do osadnictwa lapońskiej ludności, zwłaszcza przez udzielenie dofinansowań na budowę chat, więc wniosek zostaje oddalony. Najwyraźniej władze uznają, że koczownicy nie poradzą sobie z życiem w domach i chcą zmusić ich, by przenieśli się na stałe na tereny jeszcze bardziej położone na północ i egzystowali w namiotach. Jednak tym razem trafiła kosa na kamień, bo Twoja rodzicielka, zahartowana latami niedostatku, nie zamierza ustąpić i poprzysięga, że dokończy wznoszenie goahti wbrew wszelkim przeciwnościom, co zmusi ją do podjęcia walki z bezduszną machiną urzędniczą…
„Czekałam na noce, aż zrobią się mniej czarne. Prosiłam, wróćcie na
wiosnę, przynieście mi swoje dary, pocieszenie. Nie zostawiajcie mnie tutaj.”
„Nie płyń na morze” to powieść obyczajowa, którą napisała Elin Anna
Labba, Autorka wywodząca się z rdzennego ludu Saam, zamieszkującego tereny
szwedzkiej i fińaskiej Laponii. Jej bohaterki, Ingá oraz jej matka Rávdná,
których domostwo zostało zalane przez wodę po ustawieniu tamy, podejmują decyzję
o odbudowaniu domostwa, wdając się w beznadziejną walkę z bezlitosnym systemem,
który za wszelką ceną chce je wyrugować z ziemi. Narracja prowadzona jest naprzemiennie
z punktu widzenia obydwu postaci, przy czym szczególnie przejmujący charakter
ma ta, jaką snuje dziewczynka, której bystre, choć jeszcze dziecięce oczy,
spostrzegają trudną rzeczywistość w całej jej ostrości i grozie, jaką dorośli
próbują nieudolnie ukrywać. Autorka z wielkim wyczuciem, a zarazem bardzo
plastycznie, ukazała niezwykle trudne warunki życia członków nomadycznego ludu,
którego rytm wyznaczają pory roku i ścisłe zespolenie z otaczającą naturą. Bezbronnych
wobec urzędniczej machiny wszechwładnego i gardzącego nimi państwa,
traktującego ich jak nieokrzesanych dzikusów. Wykorzystującego coraz większy
rozdźwięk pomiędzy postawą starszego pokolenia, które nie chce słyszeć o
wyrzeczeniu się swych utrwalonych przez wieki zwyczajów a chęciami młodych,
których coraz bardziej nęci wygodne i dostatnie życie, jakiego warunkiem jest
pełna asymilacja ze społeczeństwem i zrezygnowanie z własnej tożsamości. To
właśnie staje się zarzewiem dramatycznego konfliktu pomiędzy bohaterkami,
skutkującego zwątleniem łączącej je więzi rodzinnej. Pisarka ukazała ten zaklęty
krąg, z którego nie ma dobrego wyjścia przenikliwie i obrazowo, co definitywnie
mi się podobało. Całość treści przetykana jest tęsknymi w wyrazie, poetyckimi
wstawkami, które również poczytuję na plus. Tę dość rzewną i oryginalną
narrację pozostawiam z notą 7/10 punktów opatrzonych plusem.
„Miałam nazwę, której już nie pamiętam. Moje wspomnienia są mgliste,
większość tonie, tylko niektóre wynurzają się czasem na powierzchnię. Miałam
cieśniny, brzegi, wodospady i zatoki. Pływały we mnie ryby. Nade mną latały
ptaki, wtedy tam byłam.”

0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)