• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Czy warto latami czekać na osobę, którą się pokochało? Czy tego rodzaju poświęcenie nie jest zbyt wielką ofiarą? Może lepiej o wszystkim zapomnieć i rzucić się wir życia, zamiast odliczać mijający czas przesycony tęsknotą i samotnością? Odpowiedzi na takie pytania każdy znajdzie w głębi serca. Dla jednych wzorem będzie Penelopa, niezmiennie wyglądająca Odyseusza przez prawie dwie dekady, pomimo roztaczanych przed nią blichtrów związanych z ponownym zamążpójściem.  

Inni wybiorą odmienną ścieżkę, uznając, że najważniejsze jest chwytanie okazji, które podsuwa życie, a nie rozpamiętywanie minionych chwil szczęścia i jałowe trwanie w wierności, z której nic wartościowego tak naprawdę nie jest w stanie się wyłonić. Dwie odmienne postawy tak od siebie odległe, jak różne są ludzkie charaktery i podejście do istoty człowieczego losu. Jedna, dla której miłość i stałość są najwyższą wartością; druga twierdząca, że najważniejsze jest „tu i teraz”, a bierne oczekiwanie na ponowne pojawienie się wybranka jest pozbawione sensu.  

Na domiar złego, upływ czasu nieuchronnie zmienia każdego człowieka i jego pojmowanie świata oraz podejście do życia - przecież wszystkie wydarzenia odciskają niezatarte piętno. Ten, który był darzony miłością, po wielu latach nieobecności może objawić się jako ktoś zupełnie obcy, nieprzystający już do obecnej rzeczywistości. Stanie się wtedy przed świadomością, że tak naprawdę pielęgnowało się w pamięci jedynie wyobrażenie ukochanej osoby, a nie jej prawdziwy obraz, który okazał się rozczarowujący.  

Kiedyś trwanie w wierności na przekór wszystkiemu było wręcz naturalną postawą. Obecnie tego rodzaju „staroświeckie” zachowanie kwitowane jest co najwyżej lekceważącym wzruszeniem ramion. Czy na pewno słusznie? Czy w pędzącym tak szybko do przodu świecie ludzie nie zatracili cząstki własnego człowieczeństwa i nie stali się zbyt wygodni, niezdolni do trwałości, która cechowała poprzednie pokolenia? Na te pytania próbowała znaleźć odpowiedź Autorka recenzowanej książki. Czy jej się to udało? 

18:02:00 No comments

This is forever... Oto Twoja wieczność i Wasze zawsze – zaczarowana kula, wypełniona śniegiem o połyskujących feerią barw, błyszczących płatkach. Pełna magii, nasączona doskonałym poczuciem humoru najpiękniejsza zimowa historia o miłości, jaką przeczytasz w tym roku.

Gwarant najwyższej jakości Thrillerly, czyli... moja pierwsza tegoroczna RECENZJA PATRONACKA. Niezwykle dumna, bowiem objęcie opieką medialną książki Autorki słusznie cenionej przez czytelników na całym świecie, poczytuję za kolejne osiągnięcie.

This is my forever... What’s yours?

“Małe punkty na mapie naszej historii, które wtedy wydawały mi się błahe, ale przecież dla niej znaczyły wszystko.”

Dziewczyna z sąsiedztwa. Ta, do której pokoju wspinałeś się potajemnie po gałęziach drzewa, niejednokrotnie ryzykując gniewem rodziców po nakryciu na niecnym uczynku lub kontuzją. Było warto – przecież każda chwila spędzona na osobności znaczyła niewiele. Zawsze nierozłączni; nie tyle jak brat i siostra, a dwie pokrewne dusze, ulokowane z niejasnej przyczyny w osobnych ciałach. Jedna piaskownica, wakacyjne szaleństwa, opatrywanie nieopatrznych urazów po zabawach, dzielenie szkolnych rozterek i wspólne studia, zmierzające ku tej samej ścieżce kariery w przyszłości. Z dzieciństwa do dorosłości - wciąż ramię w ramię, krok w krok, minuta za minutą i rok po roku... zawsze obok. Dwójka przyjaciół tak nierozłączna jak żadna inna; budząca uznanie, podziw, niekiedy nawet zazdrość. I jedno bardzo trudne pytanie, które przychodzi do głowy wszystkim poza Wami, a może jedynie poza Tobą samym: czy tak niepowtarzalna relacja nie powinna w końcu ewoluować w coś więcej? From ashes to ashes, like to love; wreszcie – friends to lovers... Dlaczego nie dostrzegasz tego, co tak oczywiste? A może to strach przed utratą czegoś niepowtarzalnego? Oto chwila próby...

15:40:00 No comments

Widmo wojny nuklearnej dręczy ludzkość od chwili wynalezienia bomby atomowej. Nikt do końca nie wie, jak wyglądałby świat po jej użyciu, jednak pewne wyobrażenie daje jej trzykrotne zastosowanie.   

Dwa pierwsze nastąpiły w Japonii. 6 sierpnia 1945 roku o godzinie 8:16:02 śmiercionośny ładunek pieszczotliwie nazwany „Little Boy” eksplodował nad Hiroszimą, a jego brat „Fat Man” o 11:02 nad Nagasaki. Skutki ataków były przerażające - zginęło około 250 tysięcy osób, w większości wskutek przejścia potężnej fali uderzeniowej oraz silnego napromieniowania. Jednak konsekwencje użycia nowego wynalazku ludzkości trwały jeszcze wiele lat, objawiając się w postaci choroby popromiennej, zbierającej krwawe żniwo. Dotknięci nią ludzie umierali na choroby nowotworowe oraz zawały serca. Ich liczbę szacuje się na wiele tysięcy przypadków.  

Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie było to ostatnie posłużenie się bombą atomową, które spowodowało liczne ofiary. Kolejne nastąpiło w Związku Radzieckim i przez wiele lat było otoczone ścisłą tajemnicą. To dość oryginalnie miłujące pokój państwo, którego naczelnym celem było zaprowadzenie kom*unizmu na całym globie, postanowiło sprawdzić, czy jego wojska będą w stanie atakować przeciwnika w strefie popromiennej. Ponieważ tego rodzaju pytanie nurtowało marszałka Gieorgija Żukowa, postanowiono znaleźć na nie szybką odpowiedź, wychodząc z założenia, że jak mawiał Józef Stalin: “людей У нас много” (ludiej u nas mnogo). Jak pomyślano, tak zrobiono. W 1954 roku na poligon wojskowy w Tockoje zapędzono 45000 żołnierzy Armii Czerwonej i… zrzucono na nich bombę atomową. Trzeba podkreślić, że w tej historii istnieje także polski akcent, gdyż w tym samym miejscu w czasie drugiej wojny światowej formowały się i ćwiczyły polskie wojska pod dowództwem generała Władysława Andersa. Specyficznym manewrom, których istoty oczywiście nie podano do wiadomości żołnierzy, nadano dumny kryptonim „Śnieżok”.  Zadbano, aby sołdaci prezentowali się jak na defiladzie, więc wydano im nowe mundury i bieliznę. 14 września 1954 roku w odległości pięciu kilometrów od oddziałów zrzucono z samolotu ładunek jądrowy dwukrotnie silniejszy niż ten, którym obdzielono Hiroszimę. 40 minut potem padł rozkaz „nacierać!” i masy radzieckich chwatów z bojowym okrzykiem rzuciły się naprzód, w kilka godzin przedzierając się przez strefę skażoną wybuchem. Ilości ofiar nikt nie zna, gdyż prawda o tym spoczywa w przepastnych głębiach archiwów, jednak przypuszcza się, że prędzej czy później skutki poddania się tak olbrzymiemu napromieniowaniu musiały uśmiercić praktycznie wszystkich uczestniczących w ćwiczeniach. Liczne zgony musiały także paść po stronie cywilów, ponieważ chmura radioaktywna dotarła aż do Nowosybirska. Wprawdzie sowieckie władze próbowały zminimalizować ich liczbę stawiając wiele szpitali polowych, jednak... pomysłowo umiejscowiono je w strefie wybuchu.  

Wszystko to daje ogólne pojęcie o skutkach użycia broni atomowej, jednak wielką niewiadomą pozostają konsekwencje, które spadłyby na ludzkość w razie jej masowego użycia. Możliwe, że najgorsze byłyby powstałe wskutek tego ogromne zmiany genetyczne. Wielu twierdzi, że mogłyby one skutkować z biegiem lat powstaniem nowych form życia i snuje wizje zmutowanych istot, wyglądem przypominających ludzi, jednak posiadających świadomość na poziomie drapieżnych zwierząt. I tak właśnie się zachowujących. Pozostaje skonstatować, że najlepiej byłoby, abyśmy nigdy nie mieli możliwości tego sprawdzić...   

17:34:00 No comments

💔 “Bo rozpłynąć się w nicości to gorzej niż umrzeć. Wszyscy mamy prawo do finału. (...) Uważał, że historie nigdy nie powinny pozostawać w zawieszeniu. Choć pewne zakończenia nie potrzebowały słów i były doskonale zrozumiałe nawet niedopowiedziane. Ale zawsze był jakiś wyjątek.” 

Francja to dla mnie Guillaume Musso, Anglia – Sarah Pinborough, a Ameryką jest Riley Sager. Polskę tworzą Max Czornyj, Krzysztof Bochus, Maciej Siembieda oraz Adrian Bednarek. Włochy to bezsprzecznie jedno nazwisko, które można by zastąpić słowem mistrz: Donato Carrisi. Władca tęsknego, zanurzonego w mrocznej poezji pióra, kreujący historie łączące w sobie miłość do pierwiastka nadnaturalności oraz historii kryminalnych niepowtarzalnej jakości, okraszonych w dodatku tą do zabytków architektury Italii. To jeden z... najsmutniejszych autorów thrillerów. Jestem przekonana o tym, że jedynie ktoś kochający odcienie rozpaczy i odmętów szaleństwa jest w stanie wykreować tak rzewne i wręcz beznadziejnie tragiczne fabuły. W zasadzie nie musiałabym dodawać więcej - może poza tym, że cieszę się, iż odłożyłam tę książkę na dłużej, by zacząć nią Nowy Rok. Wiem, że już po przeczytaniu powyższego fragmentu uznałeś, że musisz przytulić do duszy fenomenalny “Dom świateł”. Nie odbiorę sobie jednak bolesnej przyjemności stworzenia historii o historii dla najnowszego dzieła włoskiego króla czarowania słowami. Tym razem bowiem, oprócz ujęcia absolutnie każdym aspektem mojej mrocznej jaźni, jego opowieść trafiła mnie prosto w serce. Na szczęście nie można rozbić roztrzaskanego, a potem skleić nieistniejącego, ale rzadko która powieść uderza mnie celnymi zdaniami na tyle, bym czytała jak zahipnotyzowana. Cóż... być może do tego potrzeba właśnie głównego bohatera Carrisiego - “usypiacza dzieci”, który ścigając duchy przeszłości i goniąc za uzyskaniem domknięcia pewnego wydarzenia z przeszłych lat, przeniósł mnie w prywatną, bezpowrotną podróż. Nie wszyscy zyskują swój finał.

17:39:00 No comments

Bukiet kwiatów, będący wyrazem największej i najszczerszej miłości oraz pamięci - darowany z okazji lub przesłany po prostu, aby przekazać bez słów: myślę o Tobie, jesteś dla mnie ważna. Sto dwadzieścia róż - za każdy z miesięcy, by podkreślić wzniosłość dziesiątej rocznicy związku. Tyle mieczyków, ile liczysz sobie lat, w celu dostojnego zaakcentowania liczby urodzin. I wreszcie jeden tulipan, będący znakiem; symbolem wydarzenia, jakie zdeterminowało całe Twoje życie. Płynąca z przeszłego wspomnienia radość czy przekleństwo, burzące skrzętnie kreowaną rzeczywistość? 

“Tak bardzo Cię przepraszam, że nie kochałam Cię tak, jak powinnam...” 

Thriller domestic noir - mój dom; naturalne środowisko, złożone z tysięcy przeczytanych książek. Matecznik, do którego zawsze wracam niczym z najdalszych podróży (“a te niespodziewanie mogłyby się przedłużyć... mogłyby, przecież nie chciałbym...”). Gatunek niemający przede mną żadnej tajemnicy, wciąż jednak zgłębiany wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu nowych, nieoszlifowanych jeszcze diamentów do odkrycia. Rzadkich kamieni, jakie wyłonione z mroku prezentują zupełnie inny obraz wszechświata. Czy takim klejnotem okazał się debiut jednej z bookstagramowych Recenzentek, której działalność obserwuję od kilku lat? Tak jak nie mam litości dla wrogów wolności, tak nie przejawiam jej również dla znajomych, postanawiających pewnego dnia znaleźć się po drugiej stronie lustra i chwycić własne pióro. Moją domeną niezmiennie pozostaje szczerość. Z szacunku dla czytelników, współtworzących profil Thrillerly, którym nie wyobrażam sobie polecić czegoś, będącego w moim mniemaniu stratą czasu. Przede wszystkim również z uwagi na dobro autorów. Wierzę, że poparte argumentami rzetelne recenzje bogate we wskazówki są w stanie sprawić, iż każda ich kolejna historia będzie barwniejsza. Czy jednak “Żółty tulipan” potrzebuje większej ilości kolorów? 


16:02:00 No comments

Trzynaście minut... byłaś martwa przez prawie kwadrans, a teraz musisz na nowo poskładać życie. Niemalże utonęłaś w lodowatej rzece, co przecież nie przydarza się dziewczynom takim jak Ty – najpopularniejszym w szkole, nadającym rytm wyselekcjonowanej ekipie, zawsze modnie ubranym i trwoniącym pieniądze na zachcianki. Młode kobiety, zawiadujące elitą trójcy Barbie, nie łapią chciwie powietrza w ciągu nocy, przypominając sobie jak gałęzie raniły ich ciało, a rwący nurt próbował porwać je w swoje objęcia na zawsze. Co poszło nie tak? Co pamiętasz? Co naprawdę pamiętasz?! Dlaczego inteligentny strateg i śmiała towarzyska planistka znalazła się porzucona w wodzie niemalże bez życia w samym środku nocy? 

“Możemy się od siebie różnić - my, trzy przyjaciółki - ale wszystkie kochamy teatr, w życiu i na scenie. Uwielbiamy szkolne przedstawienia. Tam się spełniamy.” 

Natasha, Jenny i Hayley. Elitarna świta - królowa szkoły i jej dwie przyboczne. Jesteś tą pierwszą, warunkiem sine qua non, przywódcą wciąż wyznaczającym trendy i podejmującym decyzje, choć przez trzynaście minut nie byłaś niczym. Wyłowiona z rzeki w ostatnim momencie, próbujesz przypomnieć sobie, jak w ogóle się tam znalazłaś. Żadnych panicznych kroków - wszak nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za doprowadzenie do niedoszłej zbrodni. Czy w ogóle jakaś była zamierzona? Licealny zamach stanu na kogoś, komu można jedynie zazdrościć? Choć... czy aby na pewno? Będąc zawsze na świeczniku; stojąc nieprzerwanie w świetle reflektorów, obnażającym wszystkie blaski i cienie, wklęśnięcia i wypukłości, piękno oraz brzydotę... również można poczuć się zmęczonym. Zmaltretowanym wieczną grą, ułudą i dostosowywaniem entej wersji siebie do tego co wypada, wolno i ludzie powiedzą. Współczuć nie można zaś komuś, kto sam wybrał a przy tym w znacznej części wykreował swój los... popełniwszy przy tym tylko jeden błąd. Trzynaście minut... 

17:15:00 1 comments

Idą barbarzyńcy! Ten trwożliwy okrzyk niejednokrotnie poprzedzał rychłą zagładę i upadek zamierzchłych oraz zdawałoby się wszechpotężnych cywilizacji. Pod naporem dzikich plemion kruszyły się w błyskawicznym tempie nawet największe mocarstwa naszego globu. Cesarstwo Rzymskie terroryzowane przez przybyłych z azjatyckich otchłani Hunów, ostatecznie przestało istnieć na zachodzie Europy po ciosach Germanów. Ocalała jedynie jego wschodnia, bizantyjska odnoga. Jednak i ona padła wskutek naporu Arabów oraz Turków. Czyngis-chan i jego następcy, jako władcy połączonych plemion mongolskich, stworzyli największe imperium świata, całkowicie niszcząc po drodze tak potężne państwa jak Chiny czy Ruś Kijowska. Ich łupem o mało nie stała się Japonia, którą z opresji wybawił tajfun kamikaze – „boski wiatr”, doprowadzając do zagłady floty najeźdźców. 

Jakie były przyczyny tak wielkich sukcesów barbarzyńców? Ich siłą okazały się liczebność oraz odporność na trudy. Każdy członek plemienia był urodzonym, wytrawnym wojownikiem, od dziecka przyuczanym do pełnienia tej roli w ciężkich warunkach. Odznaczali się przy tym skrajnym, wręcz sadystycznym okrucieństwem, nie do wyobrażenia dla mieszkańca cywilizowanego świata. Szlak barbarzyńskich armii znaczyły masowe mordy, dotykające często całych miast, z których nikt nie uchodził żywy, nie wyłączając domowych zwierząt. Nic dziwnego, że mieszkańcom dotkniętych takim napadem krajów nierzadko brakło sił oraz ochoty do walki i obrony. Ale to tylko jedna strona medalu. Druga to zjawisko „niewieścienia” ludów, które wspiąwszy się na wyżyny cywilizacyjnego rozwoju, zaczynają myśleć tylko o zachowaniu swojego dobrobytu. Umiera w nich żołnierz, a rodzi się sybaryta, niezdolny do większego wysiłku, a tym bardziej narażania życia. Tak osłabłe moralnie i fizycznie, zatomizowane wewnętrznie społeczeństwa stawały się łatwym łupem barbarzyńców.  

16:05:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (74)
    • ▼  cze (3)
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates