Wyobraź sobie świat przyszłości. Taki, w którym wszystko jest łatwe i uporządkowane. Zawsze towarzyszy Ci osobisty asystent, sprawujący pełną kontrolę nad Twoim życiem. Dba o to, aby było ono jak najlepiej zorganizowane. To niewielkie, elektroniczne urządzenie, przypominające wyglądem noszoną na nadgarstku bransoletkę, reaguje na głosowe polecenia, monitoruje stan zdrowia, organizuje na określoną godzinę kąpiel, przypomina o zaplanowanych spotkaniach, steruje oświetleniem i ogrzewaniem w Twoim inteligentnym domu, wynajduje ulubioną muzykę i programy telewizyjne, opłaca comiesięczne rachunki... a nawet spuszcza wodę w toalecie. Jest też świetnym rozmówcą i doradcą - ma w małym palcu filozofię, fizykę kwantową, psychologię, a nawet kosmologię. Spod domu zabierają Cię elektryczne taksówki sterowane komputerem, które szybko i bezszelestnie zawożą Cię we wskazane miejsce. Państwa narodowe nie istnieją, a Europa przekształciła się w Euroland ze stolicą (a jakże) w Berlinie. Rządzi nim składająca się z czterdziestu dwóch osób Grupa Stworzycieli (skąd tak pompatyczna nazwa, Я не понимаю). Broń nuklearna została zakazana i zutylizowana. Obywatele otrzymują punkty za zachowanie. Ci praworządni i w pełni posłuszni znajdują się na świeczniku. Szczególnie promowane jest zbieranie odchodów po psie, za co dostępuje się nawet zaszczytu darmowej wizyty u stomatologa. Oporni i niedostosowujący się do ustalonych zasad są surowo karani. Wydatnie pomaga w tym pokrywający cały kraj system kamer z funkcją rozpoznawania twarzy i tożsamości, więc tych ostatnich jest stosunkowo mało. Piękne? Moim zdaniem tego rodzaju wizja to idealny przykład świetnie funkcjonującego państwa totalitarnego. System punktów zaufania społecznego od wielu lat funkcjonuje w Chinach. Każdy obywatel jest tam oceniany z uwagi na rozliczne kryteria. Uwaga...
Fragmenty przysięgi Hipokratesa, którymi powinien kierować się każdy lekarz brzmią: „Obcy mi będzie rozmyślny występek, jak też każda inna nieprawość (…) nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny”. Jego zadaniem jest także przestrzeganie zasady „Primum non nocere” – po pierwsze nie szkodzić. Wydawałoby się, że tak solenne zaklęcia stanowią dostateczne zabezpieczenie przed działaniami ze strony personelu medycznego, które mogłyby zaszkodzić pacjentom - zwłaszcza przed przeprowadzaniem na nich pseudoeksperymentów zagrażających życiu i zdrowiu. Niestety, jak to zwykle w życiu bywa, tak nie jest. Wielu lekarzy zhańbiło się przeciwnym postępowaniem. Do najbardziej znanych należy oczywiście Josef Mengele. „Anioł Śmierci” z Auschwitz Birkenau, który z niezwykłym zacięciem znęcał się nad podopiecznymi. Charakteryzował się niebywałą zdolnością do zadawania ludziom tortur i ich uśmiercania tylko po to, aby zaspokoić sadystyczną ciekawość. Eksperymentował zwłaszcza na bliźniętach i karłach. Potrafił zabierać je do samochodu, obdarowywać cukierkami, a następnie zabijać strzałami w tył głowy. Zastrzykami z fenolu zgładzał matki tylko za to, że broniły dzieci przed śmiercią. W chęci dokonania zmiany u małoletnich koloru tęczówek, wstrzykiwał im różne barwniki do oczu, po czym mordował, a z gałek robił preparaty, które wieszał na ścianie gabinetu za pomocą szpilek. Tego rodzaju potworów w wyżej wspomnianym obozie śmierci było dużo więcej. Każdy z nich zajmował się przeprowadzaniem różnego rodzaju doświadczeń, jeżących włos na głowie. Także Japończycy w czasie drugiej wojny światowej powołali specjalną jednostkę medyczną przeprowadzającą eksperymenty na jeńcach i ludności cywilnej podbitych terytoriów. Obecnie również nie brakuje lekarzy gwał*cących obowiązujące ich prawa. Wystarczy wspomnieć o kwitnącym na całym świecie nielegalnym handlu organami, które lekarze wydobywają z ciał bez zgody ofiar, a często nawet bez ich świadomości.
Bardzo się potłukłaś, kiedy spadałaś z nieba?
Żartuję. To moim skromnym zdaniem jeden z najmniej mądrych tekstów na rzekomy podryw, które miałam okazję słyszeć w długim i mrocznym życiu.
Wiesz, w jaki sposób Vanessa Możdżer pisała “Ślad anioła”? Ja również nie – ale widzę to dokładnie tak...
Autorka siedzi w biurze przy solidnym biurku z dębowego drewna, niepozbawionym wyżłobionych zdobień, nadających mu wyjątkowego charakteru. Na nim jedynie cienki laptop, po prawej stronie którego stoi magicznie odbijająca światło figurka kryształowego anioła. Przed nią, zupełnie tak jak na okładce, ciemnoszara ściana. Nim Pisarka otworzy pierwszy rozdział, podchodzi do niej z niebieską kredą w ręce i pewnymi pociągnięciami nanosi na farbę błękitne, detaliczne skrzydła. “Niech każde z piór będzie innym bohaterem” - myśli, a potem tworzy pomiędzy nimi nieziemską sieć powiązań. W pełni realistyczną, a jednak namalowaną słowami oraz wręcz GENIALNĄ fabułą w sposób, który zwykłemu śmiertelnikowi z pewnością nie przyszedłby do głowy. Czytając propozycję literacką Możdżer czułam się bowiem, jakbym oglądała film “Angel-A” albo jedną z wybitnych produkcji Woody’ego Allena. To literackie kino, powodujące chęć zaklaskania nad nieoczekiwanymi rozwiązaniami i rozciągające usta w szczerym uśmiechu - rzadko bowiem można natrafić na takie, w jakim każda, najcieńsza nawet nić narracji splotłaby się w wielowymiarowy wzór. Co bardzo zaskakujące, “Ślad anioła” okazuje się powieścią obyczajową niepozbawioną elementu nadnaturalności, wiodącego do... przepięknej historii o miłości i tym, że nawet wzgardzane i obdarzane niewiarą przeznaczenie prowadzi dokładnie do tego miejsca, które wybrało. Jeśli krętymi ścieżkami i przez mrok – to i tak finalnie będzie tak, jak miało się zdarzyć. Mój ulubiony determinizm może mieć czarodziejski wydźwięk - jeżeli tylko odpowiednio się o to postarać.
Trzeba się wykazać nie lada talentem, aby stworzyć zbiór osiemnastu opowiadań, spośród których każde nie tylko będzie na tak samo wysokim poziomie, ale i całkowicie oczaruje czytelnika. Niektórzy, choć mogłabym ich wskazać garstkę, są w stanie tego dokonać. Literalnie nikt nie uczynił jednak tego co Jakub Lisicki, debiutujący fenomenalnym zbiorem “Anamene i inne opowiadania”. Nie jest to bowiem antologia zwyczajna, a przenosząca czytającego do kompletnie innej rzeczywistości... Świata z pogranicza jawy i snu (choć ze znacznym ukłonem w kierunku tego tak cenionego przeze mnie onirycznego), życia i śmierci, brzydoty i piękna oraz miłości i nienawiści. Obezwładniająca kreacja semantyczna porywa w objęcia bezmiarem mroku, otula czernią nocy i wabi szkarłatem krwi. Próżno w tulących się do siebie Lisickiego słowach szukać oczywistości, uniwersalności i prawionych naprędce, tęczowo szczęśliwych komunałów. Autor, choć winnam raczej napisać - Poeta, umiejętnie bawi się słowotwórstwem, nie tylko malując nowe wyrazy. Śmiem wysunąć tezę, iż proponując czytelnikom te niepokojące, pełne napięcia baśni, wyznacza literaturze nowy kierunek. Choć może odświeża stary, mój ulubiony, w którym od wielu lat nurzam się z godnym podziwu zapamiętaniem. Senny fatalizm niedookreśleń i niedorozumień, koegzystujący z plastyczną planetą wyobrażeń mar przywodzi bowiem na myśl styl kaskaderów literatury polskiej, kreujących niepowtarzalne. Będące wzorem i wyznacznikiem jakości, po jakie większość pisarzy niestety nie poważa się sięgnąć. Dla osób z niczym nieograniczoną wyobraźnią; niespokojnych duchów w tym pełnym sztywnych ram i zerojedynkowości świecie, niepotrafiących - niczym mój cezar Stachura - zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Poniżej spróbuję subiektywnie przedstawić pokrótce każde z opowiadań Lisickiego i ulubione cytaty, jednak zapewniam Cię - zapomnij o kluczu, bo to nie są zwykłe teksty. To poezja, jaką każdy będzie oddychać odmiennie. I to właśnie w niej najpiękniejsze. Najbardziej enigmatyczna recenzja? Owszem. Oto ona.
RECENZJA GOŚCINNA STARSZEGO Z MŁODSZYCH BRACI, czyli Kajetana.
Jesień, 2009 rok, środa, popołudnie. Po lekcjach do 14:20 w czwartej klasie podstawówki wróciłem do domu, zjadłem obiadek (może pomidorową?), zrobiłem dwa zadania z matematyki dotyczące obliczania pola trójkąta (kto to widział, axh/2, jakieś literki zamiast cyfr) i wreszcie można było zacząć przyjemności. Na początek szybka prasówka Internetu w powolnym (choć dopiero dwuletnim) laptopie, seans “Włatców Móch” na Ipli (posiadały ograniczenie wiekowe od 16. roku życia, ale kto by się nim przejmował), na końcu zaś kilka godzinek grania w pierwszą Mafię (ograniczenie wiekowe od 18. roku życia, ale kto by się nim przejmował). Z laptopa mogłem korzystać maksymalnie do 19:15, więc trzy kwadranse później oglądałem z Dziadkiem premierowo nowy odcinek “Świata według Kiepskich” (być może ,,Syn Nilu”), o którym mieliśmy wspólną opinię, że może i fajny, ale nie jest to to samo, co te sprzed jeszcze dwóch lat (o przyszłym upadku serialu nawet nie śmieliśmy mieć koszmarów). Po seansie poczytałem czwarty, równie jesienny tom serii ,,Felix, Net i Nika” (,,(...) oraz Pułapka Nieśmiertelności”). Później tylko kąpiel i spać, bo następnego dnia trzeba się uczyć o warstwach lasu na przyrodzie (bardzo ważne) i znaków drogowych na technice (IRDowiec uznałby za ważne, ale logistyka temat średnio interesuje). Gdzieś wśród tych klimatów toczyło się życie autora niniejszej recenzji w okresie czasowym, którego dotyczy najnowsza książka duetu Mateusz Witkowski / Bartek Przybyszewski - “Podcastex 2. Polskie milenium. Co zapamiętaliśmy z lat 2005-2010”.
Wizja podróży w czasie od zawsze pobudza wyobraźnię. Stanowi też kanwę niezliczonych powieści oraz filmów science fiction. Nic w tym dziwnego, gdyż taka możliwość niewątpliwie byłaby przełomem w historii ludzkości. Wielu twierdzi, że wreszcie dałoby się naprawić błędy przeszłości i stworzyć w ten sposób nowy świat, wolny od makabrycznych zdarzeń, dzięki którym wygląda tak, a nie inaczej. Inni jednak wskazują, iż nie byłoby to błogosławieństwo, ale przekleństwo wiszące nad ziemskim uniwersum. Dowodzą, że wszelkie, nawet najmniejsze zmiany przeszłości korygowałyby przyszłość w nieznanym kierunku, tworząc niepowstrzymany proces, nad którym nie byłoby żadnej kontroli. Tak na padole mogłaby pojawić się rzeczywistość jeszcze gorsza od tej, którą znamy z autopsji. Myślę, iż tego rodzaju ostrzeżenia nie odniosłyby skutku - jak znam ludzkość, ta radośnie zapakowałaby się do wehikułów czasu i ruszyła na podbój zamierzchłych czasów, nie bacząc na ewentualne opłakane skutki takiego postępowania. W końcu rady, aby nie uwalniać z niewoli atomu, również nie powstrzymały rozwoju broni nuklearnej.
Dla teorii dopuszczających możliwość podróży w czasie największe zasługi położył Albert Einstein. Już w 1905 roku wykazał, że przestrzeń i czas nie są niezależne, lecz ściśle ze sobą powiązane. Dziesięć lat później dowiódł, iż dla obiektu poruszającego się z prędkością zbliżoną do pędu światła czas biegnie wolniej. Im ona większa, tym spowolnienie tego ostatniego sięga dalej. Tym samym, ktoś, kto znalazłby się w obiekcie poddanym takiej szybkości i powróciłby na naszą poczciwą ziemię, zastałby ją w stanie przyszłości, gdyż na niej czas biegłby według standardowych reguł. Naukowiec udowodnił więc, iż takie podróże są przynajmniej teoretycznie możliwe, oczywiście pod warunkiem opracowania odpowiednio mocnego napędu. Z wyprawami w przeszłość sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Większość uczonych twierdzi, że są one wykluczone. Być może na szczęście mają rację, gdyż sposób wykorzystania przez naszą cywilizację wielkich wynalazków raczej nie napawa optymizmem...
Nęcąca mrokiem okładka nie zwiastuje tego, jak będziesz czuć się po lekturze “Nocy pachnącej samotnością” - wstrząśnięty, zmrożony i wzruszony tym rzadkim odcieniem konfundującego przerażenia, jakiego próżno szukać w większości powieści. Najnowsza książka Izy Maciejewskiej określana jest mianem dark romansu. Ja zaś wskazałabym, że to plastyczny oraz zatrważający dramat obyczajowy, obrazujący jak tak naprawdę wygląda życie z osobą uzależnioną. Fragment opisu zapowiada, że ta propozycja literacka przeczołga czytelnika i trwale zapisze się w jego pamięci. Nauczona wieloletnim doświadczeniem oraz niezliczoną liczbą zwichrowanych przygód; nie poznawszy wcześniej pióra Autorki - sądziłam, że może się to okazać jedynie zacnie namalowaną słowami zachętą, przyciągającą miłośników nietuzinkowych lektur. O tym, jak bardzo się pomyliłam, miałam okazję przekonać się już po pochłonięciu kilka pierwszych stron. Te ostatnie przerzucałam w kompletnym milczeniu, ze skórą pokrytą ciarkami i szklącymi się, szeroko otwartymi oczami... Niczego nie kocham bardziej niż nurzania się w na wskroś tragicznych narracjach, pozostawiających moją diabelską duszę jeszcze czarniejszą niż wcześniej. Choć nie wypuściłam “Nocy...” z zimniejących dłoni przed poznaniem zakończenia i podejrzewałam, że cała narracja jest pozbawiona nadziei, nie mogłam się spodziewać aż takiego bezmiaru smutku, wylewającego się na mnie z kolejnych kartek. Jako kochanka wyklętej poezji, kalania fraz radosnych ciemnością i pozbawiania oddechów bohaterów poznawanych tekstów, muszę to przyznać - wciąż pozostając odpowiednio szaloną na umyśle: jakże to było fatalistycznie piękne... Stalówka ostrego jak brzytwa pióra Maciejewskiej ma wydźwięk wręcz dramatyczny. Warto dać się nią zranić i zapisać trwożące słowa na skórze... bo tak, one zostaną z czytelnikiem na dłużej, zupełnie jak nocna samotność.
.png.PNG)
.png)
.png)
.png)