Pełna tajemnic historia kryminalna osadzona w górskiej scenerii, okraszonej zimową aurą - czy może być coś lepszego? Jako fanka przebywania w leśnych ostępach i wśród majestatycznych szczytów, muszę stwierdzić, że to jedna z najlepszych estrad, na jakich może rozegrać się opowieść z zagadkowym zabójstwem lub większą ilością cenionych przez mrocznie zwichrowane dusze zmyślnych morderstw w tle. Aby tak umiejscowiona propozycja literacka okazała się nieodkładalna, jej autor musi spełnić kilka warunków. Przede wszystkim – narracja nie ma prawa nużyć czytelnika. O ile bowiem piesze wędrówki po nieznanych terenach, znajdujących się wiele metrów nad poziomem morza (najlepiej czynione nocą i wiodące w urokliwe miejsce typu opuszczony cmentarz 😉) mogłabym realizować przez wiele godzin, o tyle dziesiątki stron opisów dzikiej (jak ja) przyrody nie są mile widziane. I odwrotnie - jeżeli fabuła porywa, ale nie jest odpowiednio umocowana w przestrzeni, w moim odbiorze “wisi w powietrzu”. Sam pomysł na górzystą gawędę winien nie być wtórny. Sprawa dość oczywista – wszak wiele razy słyszało się o niepokornych łazikach, którzy zaginęli na tym czy innym szlaku, utrzymując, że są w stanie przechytrzyć budzące równocześnie podziw i grozę wysokie pasma swoją impertynencją oraz przesadnie zgubną odwagą? Właśnie. Zgubieni turyści są dobrym punktem wyjścia dla książki spod ciemnej gwiazdy, ale jeśli będą jej jedynym elementem, nie uczynią powieści unikatowo wciągającą. Nie zrobią tego także powtarzalne schematy w postaci pogody odcinającej schronisko od elektryczności, braku zasięgu w promieniu wielu kilometrów czy psychopaty grasującego w okolicznych lasach (cóż, dla mnie to akurat byłoby nęcące, ale skupię się na względnie normalnych). Trzeba uznać, że “górski kryminalista” nie ma łatwej misji, jeśli chce namalować słowami coś, co rozkocha czytelników całokształtem. Czy znanemu dzięki “Obserwatorium” Jarosławowi Czyżowskiemu udało się to za sprawą powieści “Błędne łąki”?
RECENZJA PATRONACKA! 💛
Świat ogromnych pieniędzy, fałszywej pozłoty, zmyślnych intryg i wielkich niebezpieczeństw - oto “Mad as hell” w telegraficznym skrócie. Książka, jaką miałam zaszczyt objąć opieką medialną to jednak także: “Nieodkładalna historia, której lektura przypomina jazdę na niemożliwej do zatrzymania karuzeli. Najbardziej dynamiczna i nieprzewidywalna opowieść o tym, co może stać się, kiedy przeznaczenie wmiesza się w rzeczywistość.”, jak miałam okazję pokrótce przedstawić ją w polecajce popełnionej dla cenionego słusznie Wydawnictwa Ale, odpowiednio okraszając ją zachętą: “Przeczytaj i przepadnij - gwarantuję, że nie pożałujesz!” - bo fabuła wykreowana przez Hannah McBride w kontynuacji “Mad world” to istny rollercoaster emocji. Jeśli jeszcze mi nie wierzysz, mam nadzieję, iż już za chwilę upewni Cię w tym autorska recenzja. Pamiętaj jednak: patronat Thrillerly – gwarant najwyższej jakości. Jak mawiają stali bywalcy mojego profilu, których z całej mroczności czarnego i cienistego serca pozdrawiam, pod makiawelicznymi skrzydłami Julii znajdują się tylko najlepsze opowieści. W wierności względem swoich czytelników, jestem zmuszona przyznać im rację. 😉
Jesteś gotowy na opowieść, która porwie Cię w zwichrowany świat i pozostawi w pełnym napięcia zawieszeniu, biorącym się z pragnienia poznania kontynuacji TERAZ, NATYCHMIAST, JUŻ?
“-Niestety zostałaś wrzucona do oceanu pełnego rekinów, w środku huraganu, bez kamizelki ratunkowej.
-Trafnie to pan ujął. (...) Ma pan może zapasową kamizelkę?
-Ależ moja droga, rekiny ich nie potrzebują.” 💛
Mawiają, że jeśli znajdziesz się wśród wron, musisz krakać jak i one. Niekiedy jednak zdarza się, iż zupełnie nieoczekiwanie, po wmieszaniu w skrajnie szaloną rzeczywistość... to Ty zaczniesz nadawać wydawanym dźwiękom ton. Czyż nie byłaby to piękna świadomość - zakładając, że jest możliwa?
W rzadko których książkach zdarza się tak, że wszystkich głównych bohaterów można polubić. Ba, sama często piszę, iż zawsze musi być ten jeden do kochania – i w kontrze drugi do nienawidzenia. Mający absolutnie hipnotyzującą okładkę “Rok motyla” Agaty Gwóźdź stanowi pewne novum na mojej literackiej drodze. Nie przypominam sobie bowiem drugiej powieści, z jakiej miałabym ochotę wyciągnąć naczelną żeńską postać tylko po to, aby porządnie nią potrząsnąć. Niestety, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że nie działają na nią ani prośby, ani groźby, ani mające solidne podwaliny przekonywania, śmiem zaryzykować stwierdzenie, iż nawet i to mogłoby się okazać nieskuteczne. Nie spotkałam się jeszcze z tak skrajnie irytującą, bezpodstawnie upartą, szokująco niedojrzałą i nieprzewidująco, acz chętnie ładującą się w kłopoty bohaterką. Z każdą kolejną irracjonalną decyzją, jaką podejmowała w przestrzeni fabularnej, miałam coraz większe wrażenie, że postępuje w taki, a nie inny, sposób z niczym nieuzasadnionej przekory. Byleby postawić na swoim, jakkolwiek niemądre to własne by nie było. Gdybym miała zwizualizować Paulinę, wybrałabym Muminkową Małą Mi – ale nie w wersji inteligentnie złośliwej, a po prostu dziecinnie denerwującej. Siedzi sobie w piaskownicy, nagle podskakuje, wykrzywia w grymasie twarz, tupie energicznie kilka razy dla przykucia uwagi i wrzeszczy: “zostaw, to moje, a poza tym biorę zabawki i idę do domu, bo tak i już!”. Analogicznie tak właśnie przedstawia się podejście kobiety do absolutnie każdej sytuacji, w jakiej się ona znajduje... Na szczęście całkowitą przeciwwagę dla Pauli stanowi Wiktor. I moja Droga, w tym przypadku z pewnością nie uspokoisz emocji, acz zmienisz je na sztafaż pełen podziwu i wdychań. Czy kolejny książkowy Mąż do kolekcji wystarczy jednak, aby oczarować wymagającego czytającego, jaki miał już okazję poznać wiele romansów skrzyżowanych z wątkami thrillerowo-sensacyjnymi?
Zanim zakochałam się w thrillerach, najchętniej zanurzałam się w światach literatury pięknej, poezji oraz romansów. Wiem, z pewnością Twoje brwi zawędrowały gdzieś w okolicę linii włosów, wyrażając nieme niedowierzanie – ale to właśnie te ostatnie gościły tu najczęściej zaraz po gatunku przewodnim. Choć więc moje cieniste serce należy przede wszystkim do mrocznych książek, wciąż darzę sentymentem historie miłosne, jakie wybieram, kiedy potrzebuję chwili wytchnienia od zmyślnych morderstw i krwawych zabójstw. Poza tym uważam, że rolą opowiadacza historii o historiach z prawdziwego zdarzenia jest dobrze orientować się w wydawniczych nowościach i wiedzieć, co aktualnie “w trawie piszczy”. Stosunkowo niedawno moją uwagę przykuł debiut Beaty Stefaniak. Stało się tak z kilku powodów. Przede wszystkim uwielbiam wspierać debiutantów - wielokrotnie czytałam zresztą uśmiechającą wiadomość, iż na żadnym innym profilu nie ma tak wielu “pierwszych książek”. To prawda. Uwielbiam przeżywać literackie “dziewicze razy” wespół z Tobą - a ustaliłam, że wydając powieść “Intryga chodzi w szpilkach”, Autorka spełniła małe-wielkie marzenie, czemu zawsze będę kibicować. Beata już po chwili rozmowy dała się poznać jako osoba pełna empatii, ciepła i życzliwości, a taka postawa w pisarskim świecie jest godna podziwu. Jej propozycja literacka mami z kolei estetyczną okładką, tytułowym podstępem oraz świetnie skreślonym opisem. Jeśli zestawić powyższe czynniki razem, trzeba przyznać, iż po prostu nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Połączenie romansu z wątkami thrillerowymi jawiło się jako jeszcze bardziej kuszące, kiedy dowiedziałam się, że w “Intrydze...” ogromną rolę odgrywa jeden z moich ulubionych motywów, czyli AGE GAP. Drogie Panie, różnica wieku między bohaterami to nie byle jaka, bowiem aż osiemnastoletnia! Czy jednak Debiutantka zdołała mnie nią oczarować? Nie do końca...
Wyobraź sobie sobotni wieczór. Jeden z tych, kiedy w końcu możesz się odprężyć, zapomnieć o pracy oraz domowych obowiązkach. I wreszcie się zabawić. Twoja miejscowość jest niewielka, więc nie masz dużego wyboru – zostaje Ci remiza lub miejscowa dyskoteka. Otacza Cię tłum drgający równo w rytm głośnej, dudniącej muzyki. Wypijasz szybko parę drinków i poddajesz się nastrojowi, „wyginając śmiało ciało” w radosnych pląsach. Gdy wychodzisz na papierosa, spostrzegasz czerwonego vana, który wyrzucając spod kół grudki pisaku, z piskiem hamulców zatrzymuje się na pobliskim parkingu. Gdy otwiera się tylna klapa, Twoim oczom ukazuje się rząd ustawionych w szeregu, czerwonych zgrzewek z logo Coca-Coli, a ktoś głośno woła, że rozdają napój za darmo. Chwilę się wahasz, ale szybko dochodzisz do wniosku, że tylko głupi by nie skorzystał. Ku swojemu zdumieniu, otrzymujesz nie tylko butelkę, ale także propozycję udziału w reklamie. Jesteś nieco oszołomiona; zdajesz sobie sprawę, że posiadasz nietuzinkową urodę - ale żeby od razu udział w filmie, jako modelka? Natychmiast się zgadzasz, tym bardziej, że zdjęcia mają być kręcone na Karaibach, a do tego otrzymasz za udział niezłe pieniądze. Podpisujesz więc pośpiesznie formularz, kreśląc drżącymi z emocji rękoma dane osobowe, adres i numer telefonu. Nie wiesz, że właśnie wzięłaś udział nie w castingu, a polowaniu na naiwnych. Przeprowadza je człowiek o ksywie Polaco, który starannie i z wielkim znawstwem wybiera swoje ofiary.
Ja jestem Twoim kotem, Ty jesteś moim człowiekiem - przepadam za tym powiedzeniem, ale czy to właśnie je wyrzekłaby moja wierna Towarzyszka życia, Annabelle vel Kitku, gdyby posługiwała się językiem zrozumiałym dla zwichrowanej właścicielki? Choć lubię sobie wyobrażać, że padłoby właśnie takie zdanie, równocześnie śmiem przypuszczać, iż usłyszałabym raczej: skaranie boskie z tą wariatką i to już przeszło dekadę. Może więc lepiej, że koty – przynajmniej zdaniem większości - mówić nie potrafią.
Mniejszość, z umysłami naznaczonymi szaleństwem na wzór mojego, twierdzi, że te majestatyczne i ponoć niezależne futrzaki, prawd głoszą wiele. Zaliczy się do niej zresztą każdy, kto z gatunkiem kocim przestaje dłużej niż miesiąc (i powoli, acz w sposób nieunikniony, zaczyna się do niego upodabniać). Od najsłynniejszego miauczenia przez nęcące gruchanie aż po zadowolone mruczenie i naglące krzyki – najciekawsze z czterołapnych zdecydowanie mają własną mowę. Śmiem twierdzić, że niekiedy znajduje się w niej tyle “słów” co w ludzkiej – i to w połączeniach, na jakie dwunożni by nie wpadli. Po ponad dziesięciu latach (które część pewnie określiłaby jednostronnie dobrowolnym, lecz obopólnie niepozbawionym uroku terrorem) przykładów z życia podać mogę wiele.
Fukający opieprz wersja standard, okraszony miną najwyższej pogardy. W wolnym tłumaczeniu: człowiek, kretynie, nie zjem tego. Czego nie zrozumiałeś? Fakt, że to była moja ulubiona saszeta, nie znaczy, iż masz kupić w promocji 30 takich saszet, bo to już nie jest moja ulubiona saszeta. Fu!
Naglący wokal kastrata z pełną ignorancją płci, wybrzmiewający od kilku lat conocnie dokładnie o 2:00. Można by regulować zegarki do wtóru: nieudaczniku, upolowałam Ci gąbkę kuchenną, daj ciasteczko w podzięce... albo dziesięć. PS O 24:00 w prezencie przybywa rolka papieru toaletowego. Czy kot może coś sugerować?
Od zawsze staram się wyznawać zasadę, iż istnieje twórca - i jego twórczość. Pomiędzy jednym a drugim stawiam rozgraniczenie, w związku z czym nawet, jeśli nie przepadam za pisarzem - potrafię cenić namalowane przez niego słowami teksty i analizować je całkowicie obiektywnie. Nie inaczej jest w przypadku Tadeusza Borowskiego, będącego osobą cokolwiek kontrowersyjną, którego prozę i poezję poznałam wiele lat temu, obdarzając ogromną dozą poważania. Od kiedy dowiedziałam się, że w Polsce powstanie nowa biografia tego znanego w Polsce autora – na dodatek zapowiadana jako całkowicie odpolityczniona - nie mogłam się doczekać, aż będę miała okazję ją poznać. Oto i ona - cała na czerwono, okraszona wiele zdradzającym tytułem “Nieocalony”, jaki natychmiastowo zapisuje się w pamięci i nasączona dużą dozą lirycznej literackości. Czy okazała się odkrywcza, nieszablonowa i faktycznie traktująca przede wszystkim o dziełach Borowskiego, a nie opowiadająca o nieakceptowalnych moralnie wyborach osobistych?
Najpierw chciałabym zdradzić Ci, dlaczego dawno temu zauroczyłam się sposobem, w jaki Tadeusz kreślił słowami swój nasączony niespokojnym duchem oraz wojennymi tragediami świat.
“Gdziekolwiek ziemia jest snem, nie przebudzonym jeszcze, / uwierzyć trzeba w kształt i kochać senny pozór, / na wietrze budować mgłę i wpół nie urywać snu. / Gdziekolwiek ziemia jest snem, tam trzeba dośnić do końca.” (Borowski)
W powyższych wersach nie można się nie zakochać. Szczególnie, jeżeli namalował je przywdziewający coraz to różne maski, poszukujący swojego miejsca na ziemi młody mężczyzna, którego pozy odbierano często jako cyniczne czy nawet kpiarskie. Tymczasem Tadeusz Borowski przez całe krótkie i trwożne życie poszukiwał tylko jednego, również w swojej twórczości - prawdziwego Tadeusza Borowskiego. Czy odnalazł?
