Dziś wyrzęzisz ostatni oddech. Jestem doskonałym taktykiem. Planuję. Analizuję. Zabijam. Choć to nie obrazuje pełni mojego artyzmu. Kiedy na Ciebie patrzę, nie widzę człowieka. Jesteś jak obrzydliwie czyste płótno, które mogę ukształtować według własnej koncepcji. Obrać ze skóry jak kwiat z opadających płatków. Rzeźbić rysy i pęknięcia, zlizać wirującą po nich krew... Przerzucam długie włosy w odcieniu lodowego błękitu na plecy i sprawnie wiążę je w schludny kok. Ty chcesz, abym pokazała Ci, co potrafię. Ja pragnę z kolei nie pozostawić po sobie choć jednego śladu, a fryzura w nęcącej czerwieni mi w tym nie pomoże. Poczekaj, musimy odpowiednio się przygotować. Obiecuję, że warto. Naciągam na szczupłe, zahartowane ciało kombinezon, na buty wzuwam ochraniacze. Przysłaniam piękną twarz, na jakiej niewinność tak wielu dało się nabrać, szczelną maską. Przestań się wiercić, jeszcze nie widziałeś najlepszego. Nie psuj mojego show; festiwalu zemsty, najważniejszego spektaklu, jaki zorganizowałam specjalnie dla Ciebie. Tak, możesz mi pomóc, jeżeli chcesz. Podaj mi leżący w kącie, nieprzemakalny worek. W środku są rzeczy, które już za chwilę będą nam potrzebne. Dziękuję - również za to, że tu jesteś. Tak długo na to czekałam... Postrzępionymi od szarpanin paznokciami rozsuwam zamek - spójrz, tym pomalujemy obraz. Widzę, jak nerwowo przełykasz ślinę; to zbędne. Pieszczę przedramię, przesuwając po nim leniwie ostrze drogiej brzytwy. Nie dociskam jej jednak do końca, to tylko przedsmak przyszłego przedstawienia. Tyle możliwości, kierunków pociągnięć, śmierci do sprawienia. Przerzucam metalową kochankę między palcami, leniwie kreśląc ósemki w powietrzu i łapiąc promienie słoneczne. Gotowy? Otwórz tamte drzwi. Wiesz, kto się za nimi znajduje?! Nieważne. Teraz Cię zwiążę...
Piękny sen, prawda? Dalej czuję tę metaliczną, niemożliwą do pomylenia z czymkolwiek innym woń; najlepsze perfumy. Dłoń - zamiast brzytwy – chwyta za bok metalowego łóżka. Owszem, dalej jestem w szpitalu psychiatrycznym. Ale już niedługo, przyrzekam...
.png)