Od thrillerów zabarwionych
odcieniami kryminałów o niewielkiej objętości oczekuję przede wszystkim, poza
porywającą od pierwszych zdań historią, doskonałej dynamiki. Zarówno jednym,
jak i drugim bez wątpienia cechuje się liczące zaledwie 181 stron „Wcielone zło”
- druga beletrystyczna książka, którą napisał Karol Husak, lecz równocześnie
pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Początkowe rozdziały tej nietuzinkowej
opowieści porwały mnie do wykreowanego przez Pisarza świata, co uszyniły przede
wszystkim… bardzo zaskakującą narracją. Wyobraź sobie bowiem, iż - jak to często
masz w zwyczaju - właśnie odbywasz rowerową przejażdżkę. Po wielu
naznaczających traumą, ciężkich przeżyciach z przeszłości zawsze starasz się
mieć pozytywne nastawienie do ludzi oraz otaczającego świata. Nie inaczej jest
tym razem. Zauważywszy czatującą na obrzeżach miejscowego targu grupę biedaków,
liczących na to, że uda im się tego dnia znaleźć jakieś odrzuty, chociażby w
postaci kilku warzyw, owoców lub innych produktów spożywczych, postanawiasz
zaczepić jednego ze znanych Ci mężczyzn. Zupełnie ignorujesz fakt, jakiego
znaczenie miałeś już wielokrotnie okazję obserwować w praktyce - że Marcin
znany jest z tego, iż nijak nie panuje nad swoją agresją. Zmęczony trudami życia,
tego dnia ma wyjątkowo podły humor. Zupełnie jak gdyby na chwilę odjęło Ci
rozum, witasz się z nim uśmiechniętym dzień dobry, po czym rzucasz kilka wesołych
haseł, nie zwracając uwagi na to, że z każdym z nich wściekłość mijanego
ogromnieje. Moment później postanawia wdać się z Tobą w pościg i mimo, że
pedałujesz z całych sił - udaje mu się Cię pochwycić. Widzisz w jego oczach
czyste szaleństwo, lecz… i tak nucisz mu wręcz słoneczną piosenkę. Ciosy
spadają na Ciebie niczym grad, lądujesz w szpitalu i wymagasz częściowej
rekonstrukcji twarzy. Oprawca trafia na trzy lata do więzienia. Osobą, jaka go
z niego odbiera… jesteś Ty sam. I na dodatek postanawiasz stać się jego mentorem…
Właśnie tak oryginalnym wstępem opatrzył fabułę Karol Husak. Niewtórne.
Zdaniem starego wyjadacza
mrocznych lektur w mojej postaci, Brytyjczycy od wielu lat pozostają
niekwestionowanymi mistrzami thrillerów. Nie inaczej jest w przypadku Cathryn
Croft, spod której pióra przeczytałam absolutnie każdą opowieść. Tym większa była
moja radość, kiedy dowiedziałam się, iż w Polsce ukaże się kolejna jej książka o
obiecującym tytule „Ostatniej nocy” - i nadzieja na nieodkładalną narrację,
pełną absolutnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, nie okazała się próżna. Za przystającą
do treści okładką w pięknej kolorystyce skrywa się bowiem historia, która złożona
jest z napięć, niedopowiedzeń i niewyobrażalnych w pozornej naiwności,
niewytłumaczalnie niepokojących tragedii. W świecie thrillerów, oprócz udanego
transferu emocji wprost z kart powieści na odbiorcę, za najcenniejszy zabieg
uważam wplecenie do cienistych fabuł elementów dramatu rodzinnego. Tego rodzaju
skrzyżowanie, znane pod nazwą domestic noir, jest tym, co bardzo rozbrykane
tygrysy lubią najbardziej, przeformułowując nieco znane powiedzenie. Oto właśnie
„The Last One To See Him” - bogate w plot twisty, które - na domiar dobrego - powodują
u czytelnika może mało inteligentny, ale jakże pożądany wyraz twarzy, gdy jego
brwi po raz wtóry wędrują gdzieś w okolice czoła a usta samoistnie otwierają
się w związku z szokiem oraz podziwem dla kunsztu angielskiej Autorki.
Zapewniam, że po lekturze tej wielowymiarowo moralnie szarej propozycji
literackiej kilkukrotnie zastanowisz się nad tym, czy warto odwiedzić dopiero
co poznanego znajomego - lub umówić się na randkę. Może bowiem dojdziesz do
wniosku, iż przekroczenie progu jego mieszkania będzie tak znamienne w skutki,
jak to miało miejsce w przypadku Kate, głównej bohaterki, którą zwrot przypadków,
co to wcale przypadkowe się nie okazały, doprowadził tam, gdzie miała się już
nigdy nie znaleźć. Wprost do odmętów piekielnej przeszłości, jaka
zdeterminowała całe jej dalsze życie. W samo serce nieuleczalnej traumy sprzed
wielu lat i historii, co to zbyt często się powtarza…
Powieść „Escape room” holenderskiej
autorki Maren Stoffels, która zadebiutowała w roku 2005, mając zaledwie siedemnaście
lat, bez wątpienia sprawi, że kilkukrotnie zastanowisz się, nim przyjdzie Ci do
głowy udać się do tytułowego przybytku. Pełen zagadek pokój, z którego należy uwolnić
się w określonym czasie z założenia jest bowiem doskonałą zabawą i dobrym
pomysłem na spędzenie wolnych chwil z grupą przyjaciół czy znajomych. Jak udowadnia
fabuła Autorki, tego rodzaju rozrywka szybko może zmienić się w straszną
przygodę, z której… nie wszyscy wyjdą bez szwanku. Wyobraź sobie bowiem, że
zamiast dbającej o bezpieczeństwo uczestników rozgrywki osoby, jaka nadzoruje
jej przebieg na kamerach, tkwi psychopata. Na domiar złego - taki, który ma z nimi
niedokończone sprawy z przeszłości i właśnie znalazł doskonały sposób na zrealizowanie
krwawej vendetty. Zapętlona we własnym zwichrowaniu, napiszę: brzmi świetnie,
prawda? 😉 Dokładnie taka jest też narracja
pierwszej książki Pisarki, jaka ukazała się w Polsce. Choć niepozbawiona drobnych
wad, w moim odczuciu pozostaje niezłym przykładem młodzieżowego thrillera, w
jakim napięcie eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną. Tychże jest zaledwie
247, co w połączeniu z wręcz zaskakująco krótkimi rozdziałami nadaje opowieści
rzadko spotykanej w literaturze dynamiki. Za jej snucie odpowiada czwórka
bohaterów, naprzemiennie przejmujących stery, dzięki czemu odbiorca może spojrzeć
na wydarzenia wieloperspektywicznie. Do tego dochodzą jeszcze mroczne wtrącenia
złoczyńcy, oznaczone jedynie literą X… Cóż - gdybym nie obawiała się pójścia do
jakiejkolwiek tajemniczej komnaty z powodu możliwości pojawienia się w niej ośmionogich
ohydztw oraz faktu, że nie z noszę
niewielkich i zamkniętych pomieszczeń, po spędzeniu wieczoru z propozycją
literacką Mieszkanki Amsterdamu z pewnością… uznałabym wizytę w escape roomie
za kapitalną ideę. Ta adrenalina - zupełnie jak w rosyjskiej ruletce, mmm… Choć
wziąwszy pod uwagę trzymający się mnie wiernie i dzielnie pech…
Od kiedy ludzkość dobrnęła
do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama,
poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy
pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak
gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej
wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne
wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w
Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady
kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w
gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po
ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny
obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków
chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat
liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego.
To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była
skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia
zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo
symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on
całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami
podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a
wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir
- pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że
„ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i
nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że
intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu
kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?
Oto imponujący reprint -
unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego
popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.
Przyroda, jaka jest - każdy
widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza
Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie
dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny,
to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne,
które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian
cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal
niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie
goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra,
który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach
bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają
zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i
wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu
niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach
przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i
często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i
uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież
jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda
stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc
człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z
"koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał
niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie
Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod
rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający?
W końcu nadszedł tak niecierpliwie wyczekiwany przez Ciebie długi weekend. Jutro wypada 11 listopada, więc będziesz mógł trochę się rozluźnić i zająć od dawna zaniedbywanymi osobistymi pasjami. Dziś, jak to często robisz w niedzielę, siedzisz w ulubionej knajpce na lunchu. Gdy więc rozlega się dzwonek telefonu odbierasz go z dużą niechęcią. Ku swojej irytacji dostajesz rozkaz, aby w trybie pilnym stawić się w Hotelu Sheraton, w którym odkryto zwłoki niemieckiego obywatela. Nie rozumiesz, jaki udział w prowadzeniu śledztwa związanego z prozaicznym morderstwem może mieć służba odpowiadająca za ochronę państwa, czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak nawet Twój kapitański stopień nie daje prawa do dyskutowania z decyzjami przełożonych, więc niechętnie wstajesz od stolika i wychodzisz na ulicę. Pogoda jest pod psem, leje deszcz, zatem mocniej wciskasz na głowę swój staromodny, „gangsterski” kapelusz. Nie cierpisz używać parasoli, toteż z jego ronda cieknie na Twoje wierzchnie okrycie powiększająca się systematycznie strużka wody. Gdy docierasz na miejsce, z daleka dostrzegasz stojącą przed budynkiem komisarz Ewę Dzik, która na Twój widok pośpiesznie gasi cienkiego papierosa. Razem wsiadacie do windy i wjeżdżacie na szóste piętro. Na korytarzu mijacie policjanta w cywilu i techników obładowanych różnorakim sprzętem. W końcu wchodzicie do apartamentu wynajmowanego przez Georga Telmana. Na środku stoi krzesło z przywiązanym do niego ciałem. Jego stan wskazuje, że do zabójstwa doszło kilka godzin temu. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, a na jego twarzy zakrzepła krew spływająca z oczu, uszu i nosa...
„Ponownie weszła do darknetu i zostawiła umówiony znak wykonanego zadania. Teraz musiała czekać. Wkrótce będzie wiedziała, czy Dzień Wolności nadszedł, czy też czeka ich kolejna bitwa.”
Pamięć gubi drogowskazy.
Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej
wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły
Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego
potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach
świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie
miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej
części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek,
które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się
bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc
wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych
myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć.
Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym
znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak
zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i
urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym
razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak
słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu
i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A
może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej,
wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć
wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką,
wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych
kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki,
wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz
się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie
przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż
pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?
Będąc na miejscu Hrabiego
Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z
grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam
moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was,
najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi
wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania
swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew
dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja
szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych
zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest
stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy,
którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale
dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci.
Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób
„wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi”
symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci
bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną
powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy.
Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów
Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie
Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się
przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej.
Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając
nekrofilii…
„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”
„Niewierny” udowadnia, iż
Piotr Żymełka ma niekwestionowany talent. Dotychczas znany z wyśmienicie
napisanych kryminałów retro, tym razem przybywa z w pełni współczesną odsłoną
gatunku - na domiar dobrego udanie skrzyżowaną z thrillerem. (Z uwagi na charakter
tej propozycji literackiej, czuję się w obowiązku przestrzec wszystkich panów -
zaręczam, iż po tej lekturze dwukrotnie zastanowicie się, nim przyjdzie Wam do
głowy skusić się na tak zwany skok w bok - skądinąd słusznie. 😉) O biegłości Autora w halucynacjach
semantycznych świadczy również umiejętne, naprzemienne prowadzenie dwóch linii
narracyjnych - trzecioosobowej, przybliżanej czytelnikowi przez komisarza, jaki
na szczęście bynajmniej nie jest przedstawicielem typowych dla rodzimych powieści
spod ciemnej gwiazdy stróżów prawa oraz pierwszoosobowej, za jaką odpowiada
tytułowy bohater. Niepowielane, podane całkowicie odmienną warstwą językową,
dodają historii niesamowitej wręcz wielowymiarowości oraz ukazują wydarzenia w
dynamiczny sposób. To jedna z tych książek, których zwyczajnie nie sposób
odłożyć przed poznaniem zakończenia, choć dbająca o niewtórną jakość publikacji
Sonia Draga, moje ulubione wydawnictwo, zdążyło już do podobnie niedoścignionego
poziomu przyzwyczaić. Nadzorowane przez policjanta śledztwa nijak nie dominuje
fabuły, a jedynie staje się barwnym tłem teatralnej rozgrywki dla uciekającego
przed sprawiedliwością męża, jaki - męczony kryzysem wieku średniego - połasił
się na wdzięki pewnej pani, mimo rzekomo szczęśliwego pozostawiania od ponad
dekady w zaobrączkowanym stanie i… szybko tego pożałował. Ustaliwszy, iż pewne
części ciała bezpieczniej jednak trzymać na niewłasnym terenie w szczelnie
zapiętych spodniach, walczy z niewidocznym przeciwnikiem, który z sobie tylko
znanych przyczyn, postanowił go wrobić w niejedną zbrodnię… Czas ucieka, zabójczy
przestępca czeka - a gra zaczyna się toczyć o coraz wyższą stawkę. Wszystko to
w otoczeniu przekornie mrocznego humoru z postaciami, jakie mogły opuścić tylko
pełną finezjo-fantazji głowę. Brawo, panie Żymełka - to się robi tak.



