Niewielka objętościowo, lecz bogata treścią powieść Joanny Klinger pod tytułem „Kwarantanna” urzeka elegancką warstwą językową, jednak równocześnie ważkim przesłaniem - udowadnia bowiem, iż o związek należy dbać - i to niezależnie od jego stażu. Zagubieni w codzienności i zatraceni w szarzejących dniach małżonkowie czy partnerzy często zapominają o sobie nawzajem - choć przecież pozornie wydawałoby się to niemożliwe, jeżeli dzielą ten sam dom czy jedno mieszkanie. A jednak, jak wskazują trwożące statystyki, tak właśnie się dzieje. Rozmowy zaczynają się ograniczać do półsłówek i wymiany informacji odnośnie bieżących obowiązków. Komplementy ulatują w cień, zaś każda doba wygląda bliźniaczo bezbarwnie do poprzedniej. Relacja ulega ochłodzeniu, później degrengoladzie i nierzadko na końcu rozpada się całkowicie… Jeśliby się zastanowić, jeżeli ceni się dane uczucie - przecież można byłoby temu zapobiec. Myślę, że książka Pisarki jest tego świetnym dowodem, chociaż równocześnie swego rodzaju ostrzeżeniem i przypomnieniem. Uważam, że Autorka opatrzyła zresztą wykreowaną narrację bardzo dobrym motywem - wykorzystanie kwarantanny związanej z niedawnym epidemicznym szaleństwem na całym świecie do osadzenia dwójki bohaterów, którzy to niemalże całkowicie się od siebie oddalili, pod przymusem na niewielkim metrażu i nakłonienia ich tym samym do tego, by z braku innego wyboru nareszcie spoglądali na siebie, a nie przez siebie - to bardzo ciekawy zabieg literacki. Wprowadzenie do fabuły obyczajowej wątków rodem z thrillera oraz komedio-tragedii dodaje całości smaku. Podobnie zresztą jak szokujące zakończenie, którego nijak nie sposób było przewidzieć. Przyznam, iż po przeczytaniu ostatniej strony kilkukrotnie upewniałam się, czy nie ma ich więcej… Pierwszą prozatorską propozycję Klinger mogłabym zresztą przyrównać do zmyślnej sztuki teatralnej, w jakiej gra niewielu aktorów - ale jakże udanie to czynią! Definitywnie chciałabym zobaczyć ów swoisty spektakl na deskach jednego z wielkich przybytków.







