Andrzej Dąbroś - Equalibrum. Zwiastun śmierci - recenzja

by - 19:46:00

Znasz swoje imię, ale nie wiesz kim jesteś ani skąd się wziąłeś w tym groźnym, pogrążonym w nocnym mroku lesie. Zdajesz sobie sprawę tylko z jednego - jeśli w nim pozostaniesz, zginiesz. Zewsząd słyszysz dziwne głosy i widzisz złowrogie cienie przemykające pomiędzy drzewami. Ściskając w ręku kamień, który nie wiadomo jak się w nim znalazł, ruszasz przed siebie. Biegniesz z całych sił, raniąc bose stopy na wystających z ziemi konarach oraz ostrych wybojach. Wyczerpany, po pewnym czasie zwalniasz, ale nie przestajesz przeć do przodu. Cały czas masz wrażenie, że jakaś istota podąża za Tobą krok w krok i woła, byś się zatrzymał. Sam nie wiesz, czy to omamy, czy rzeczywistość, więc gnany przerażeniem zmierzasz w nieznanym kierunku, byle dalej od przeszywających strachem zjawisk. Po długim marszu spostrzegasz wyłaniające się z ciemności koryto rzeki, więc przyspieszasz, aby znaleźć zbawcze schronienie w jej nurtach. Masz nadzieję, że woda odetnie Cię od prześladowców, ale bardzo się mylisz. W ciszy toni głosy w Twojej głowie stają się jeszcze bardziej donośne. Jeden z nich zanosi się złowrogim rechotem i szepcze słowa, których znaczenia zupełnie nie rozumiesz: „Witaj w Equalibrum, Alex”. Chwilę potem wyczołgujesz się na brzeg i tracisz świadomość. Gdy ją odzyskujesz, wokoło panuje przenikliwa cisza. Spostrzegasz, że zgubiłeś kamień, na jakim z niewiadomych powodów Ci zależało. Nie masz jednak czasu zastanawiać się, jak wielką stratę poniosłeś. Jest Ci zimno a w żołądek domaga się strawy. Obolały, zmęczony i głodny podejmujesz dalszą wędrówkę.

„Poczuł ciepło w dłoni. Kamień świecił się turkusowym blaskiem. (…) Miejsca mocy jeszcze nigdy nie były tak silne. Wytwarzały coraz większą niepokojącą czarną materię, jakby czekały na nadejście czegoś potężnego.”

Ledwie robisz kilka kroków a Twoją uwagę zwraca wyraźna turkusowa poświata, unosząca się nad odłamanym konarem drzewa. Gdy podchodzisz bliżej, dostrzegasz zgubę. Z ulgą podnosisz kamień, mocno ściskając go w ręku i przyrzekając sobie, że będziesz go strzegł jak źrenicy oka. Maszerujesz dalej - aż do chwili, gdy w oddali majaczy światło, jak się okazuje, pochodzące ze świec stojących w oknie kamiennej chaty. Z ulgą dopadasz do drzwi wejściowych i łapiesz za klamkę a potem bezgłośnie je uchylasz. Przekraczasz próg i pośpiesznie barykadujesz wejście belką i łańcuchem. Gdy się odwracasz, serce podchodzi Ci do gardła. W półmroku, goreją połyskujące na żółto oczy z pionowymi źrenicami. Sądząc, że masz do czynienia z krwiożerczym drapieżnikiem, zastygasz w przerażeniu. Na szczęście za chwilę słyszysz uspokajające mruczenie, po jakim rozlega się głośny miauk. Siedzący na stole futrzak obserwuje Cię jeszcze przez parę sekund, po czym zeskakuje na podłogę i dumnie krocząc, znika w innym pomieszczeniu. Zamiast niego pojawia się piękna, młoda kobieta, która przedstawia się jako Evelynn i z troską pyta, co Ci się przydarzyło. Ledwie udaje Ci się wydukać parę słów, a już trzymasz naręcze wykrochmalonych rzeczy. Dostajesz też zaproszenie, by się wykąpać, zanim zostaniesz poczęstowany posiłkiem, z  czego ochoczo korzystasz. Mocząc się w rozkosznie gorącej wodzie, uważnie oglądasz swój talizman.  Jedna z jego stron przez chwilę błyska morską poświatą, na drugiej widnieją wygrawerowane słowa: Azentrion varten mahellnort oraz napis: Własność Jacoba Ravena. Nie masz pojęcia, co te inskrypcje znaczą. Domyślasz się jednak, że nie jest to zwykły artefakt, a przedmiot magiczny. Przecież zgubiłeś go w czasie przeprawy przez rzekę, a jednak jakimś cudem znalazł się na drugim brzegu i wyraźnie wskazał, gdzie się znajduje. Z zadumy wyrywa Cię głos kobiety - woła, że podano do stołu. Wychodzisz z balii i wdziewasz podarowane odzienie. W kuchni na stole czeka parująca misa smacznej zupy. Korzystając z tego, że Evelynn wyszła nakarmić psy, gorączkowo rozglądasz się po mieszkaniu. Twój wzrok zatrzymuje się na regale wypełnionym słoikami z suszonymi roślinami oraz spoczywającymi w specjalnej zalewie ślimakami, pijawkami, szczurami i wężami. W każdym kącie zwisają girlandy tajemniczych liści i dziwnie wyglądających przypraw. Twoją uwagę przyciąga też wielka fioletowa księgę ze znakiem czaszki na grzbiecie.

„Alex też nie miał lekko, rozmyślał o tym, skąd się tutaj wziął. Bestie, które zobaczył w mieście, wzbudzały w nim strach, tak samo jak duch i potwór o wielu ramionach, którego zobaczył na cmentarzysku. Chłopak chciał odpocząć, miał już dosyć tego przeklętego świata.”

Podchodzisz i zaczynasz ją wertować. W tym samym momencie zostaje Ci wyrwana z rąk. Wyraźnie wściekła właścicielka syczy, abyś nie dotykał niczego bez pozwolenia. Zmieszany, siadasz do stołu i błyskawicznie pochłaniasz strawę.  Nagle czujesz na plecach dotyk ostrych pazurów i… język kobiety, który zaczyna lizać Twoją szyję. Chcesz się zerwać, ale jej zęby zatapiają się w Twoją skórę. Wrzeszczysz z bólu i ostatkiem sił dobywasz spoczywającego w kieszeni kamienia, który znowu lśni dziwnym blaskiem. Następnie uderzasz nim monstrum w głowę. Ono zaś ryczy przeraźliwie i wypuszcza Cię z objęć. Porywasz ze stołu wielki nóż i kilkakrotnie wbijasz go w jego pierś. Ku przerażeniu dostrzegasz, że rany błyskawicznie się zasklepiają a potwór chwyta Cię w ramiona i rzuca o podłogę. Gdy przypada do Ciebie, bronisz się już ostatkiem sił. Na szczęście Twoja ręka wymacuje kamień. Kiedy łapiesz go i przykładasz do głowy istoty, wpada w drgawki a skóra na jej twarzy się rozpuszcza i odsłania kości. Po chwili Evelynn zamienia się w wielkiego kruka i odlatuje, znacząc drogę palmami posoki. Zrywasz się cały obolały i wypadasz na zewnątrz. Kamień świeci mocno -niczym latarnia ułatwia Ci orientację w lesie. Z ulgą wydostajesz się poza linię drzew i siadasz na trawie, ciężko dysząc. Z oddali widzisz bezsilną czarownicę, która niemo wygraża Ci pięściami. Obawiając się, że ktoś znowu zaatakuje, ruszasz w dalszą drogę. Nie wiesz, gdzie ani po co idziesz, jednak jakaś nieznana siła każe Ci podążać naprzód. Nie masz pojęcia, że do Equalibrum dostałeś się przez magiczny portal a przeznaczenie wyznaczyło Ci istotną rolę w planie władcy umarłych, zwanego Pożeraczem Światów, który płonie żądzą wywarcia zemsty na ludziach i objęcia władzy nad uniwersum żywych…

„Odsunął ciężką płytę sarkofagu, która zazgrzytała. Wewnątrz na fioletowej tkaninie spoczywały kości, między zaciśniętymi paliczkami zmarłego leżała księga.”

„EQUALIBRUM. Zwiastun Śmierci ” to powieść fantasy - debiut, który popełnił Andrzej Dąbroś. Akcja rozgrywa się w Equalibrum - krainie, jaka przed zamierzchłymi czasami stała się areną walk pomiędzy półbogami, którzy mieli nadzorować człowiecze istoty a magami pragnącymi zdobyć wyłączną władzę. Udało się to najpotężniejszemu z nich - Pożeraczowi Światów, nekromancie mającemu kontakt ze światem umarłych. Jego krwiożercze rządy zostały przerwane przez buntownika, który podstępem uwięził go w starożytnej krypcie. Złapany w pułapkę wszechpotężny czarownik cały czas snuje plany powrotu do panowania i oczekuje, że ktoś pomoże mu uwolnić się z więzów, aby mógł wywrzeć straszliwą zemstę na ludziach. Używając magii, zaczyna wdrażać swoje projekty w życie. Akcja książki rozpoczyna się z chwilą przybycia do Equalibrum Alexa - czternastoletniego chłopca, który przedostaje się tam przez magiczny portal, co staje się zaczątkiem jego szalonej wędrówki, jakiej początek zarysowałam powyżej. Ścigany później przez demony, napotyka drugiego bohatera opowieści - swoją równolatkę Anastazję, adeptkę elitarnej szkoły magii. Dziewczyna staje się jego nieodłączną towarzyszką, przewodniczką po nieznanym świecie oraz sojusznikiem w podjętym dziele uchronienia świata ludzi przed całkowitym upadkiem. Trzecia naczelna postać fabuły to Joseph Cooper, malowniczy zawadiaka, trudniący się zabijaniem potworów. Ta kreacja to w mojej opinii najjaśniejszy punkt książki - sylwetka żywiołowa, lekkomyślna, klnąca niczym szewc a do tego o nader specyficznym wdzięku. Mężczyzna co rusz pakuje się w poważne kłopoty, z których wychodzi obronną ręką dzięki wrodzonemu sprytowi, atletycznej budowie oraz wprawności w walce wręcz. I oczywiście przychylności bogini losu. Lubię to! 😉 Narracja powieści prowadzona jest z punktu widzenia każdej z powyższych osób, co pozwala czytelnikowi lepiej ją poznać. Warstwę językową oceniam jako nieskomplikowaną - myślę, że mogę określić ją mianem młodzieżowej. Co w przypadku debiutu absolutnie nie dziwi, a dodaje mu autentyczności - Autor nie ustrzegł się pewnych nielogiczności a w fabule dostrzegam kilka braków. Myślę, że historia zmagań o panowanie nad tytułową krainą jest potraktowana zbyt pobieżnie - zwłaszcza, jeśli chodzi o udział Pożeracza Światów. Część treści niestety uśmiechnęła mnie nie tak, jak powinna. Na przykład: Alex budzi się w kniei i poza magicznym artefaktem ściska w dłoni… latarkę - w uniwersum, które pod względem rozwoju plasuje się we wczesnym średniowieczu. Na szczęście zaraz ją gubi, więc nie zostaje wyjaśnione, jakim cudem zostało mu przydzielone tak nowoczesne narzędzie. Pominę fakt, że podczas teleportacji z niewiadomego powodu traci odzież a potem wcale nie dziwi go fakt, że kobieta, do jakiej domu, bądź co bądź, się włamał, posiada i ofiarowuje mu dokładnie potrzebny komplet. Mimo mojej sympatii, Cooper to przedziwny olbrzym: „Jego ponad dwumetrowe ciało było dobrze zbudowane, o wadze z pewnością dorównującej dwóm dorosłym dzikom.” Samce tych zwierząt osiągają przeciętnie masę od 100 do 200 kilogramów. Człowiek takiej postury zwyczajnie nie byłby w stanie się poruszać sprawnie a tym bardziej trudnić wybraną profesją. W pewnym akapicie Pisarz wskazuje, że Josepha odziewa skórzana zbroja, by parę wersów później obwieścić, że jego koń przyzwyczajony jest do dźwigania „okutego w stal” wojownika. Mimowolne uniesienie brwi budzi u czytelnika wręcz powszechny zwyczaj palenia skrętów przez mieszkańców. Mediewalne wieki absolutnie nie znały tego zwyczaju, tym bardziej, że o ogień nie było wówczas tak łatwo. Zapałki czy zapalniczki to wytwór świata industrialnego. Największe zastrzeżenia (a także radę dla Autora na przyszłość) mam natomiast do chaosu… który pojawia się z uwagi na fakt, że w książce wszystkiego jest znacznie za dużo. Dąbroś wymieszał w kotle praktycznie każdą potworną i magiczną postać, jaka tylko może przyjść na myśl. Demony, wiedźmy, wampiry, żywe kościotrupy, syreny, gnijące psy, stworzenia przypominające elfy i wiele innych, do wyboru, do koloru. To przesycone połączenie przynosi czytelnikowi wrażenie pokonywania kolejnych poziomów przesadnie zwichrowanej gry komputerowej. Wykreowany świat cechuje się dużą fantazją, ale przed nadmiar elementów niekiedy razi sztucznością. Zabrakło mi także rozbudowania życia wewnętrznego bohaterów - kocham intensywną akcję, lecz jednak pragnę, by otaczało ją o wiele więcej. Myślę, że korzystnie wpłynęłoby to także na dialogi, które są pozbawione emocji. Zakończenie natomiast przypadło mi do gustu. Wiem, w tym gatunku na wiele szaleństw kreacyjnych można sobie pozwolić. Chciałoby się jednak, by tworzyły spójną i możliwą do wyobrażenia całość. Jestem ciekawa, jak warsztat Autora rozwinie się w kolejnych opowieściach. Tę pierwszą pozostawiłabym z notą piątkową, gdyby pierwszą nie była. Z racji debiutu, który intrygująco rokuje w świecie fantasy na przyszłość: 6/10 z kilkoma minusami/stworzeniami nie z tego świata. Które by tu sobie wybrać…

„Smoliste usta wykrzywiły się w uśmiechu. Zaraz potem złowieszczy śmiech wypełnił komnatę, rozległo się wycie wilków.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)