Rebecca F. Kuang - Katabaza - recenzja
Witaj w piekle, które
składa się z ośmiu kręgów, spośród jakich każdy jest jeszcze bardziej
przerażający od poprzedniego. Jeśli sądziłaś, że walka o uzyskanie doktoratu na
Cambridge - jednym z najbardziej prestiżowych magicznych uniwersytetów na całym
globie - przypomina wojnę o przetrwanie resztkami sił oraz energii, ogromnie
się myliłaś. Dopiero teraz przekonasz się, jak wiele niebezpieczeństw czyha na
czarownika, jeżeli ten poważy się na szalenie ryzykowny krok i dzięki
odpowiednim ułożeniu zaklęć zdecyduje się zstąpić do samych diabelskich czeluści.
Nawet teoretycznie przygotowana, skoro przecież przeczytałaś na ich temat każdą
akademicką księgę, narażasz się na zetknięcie z siłami, o jakich nie śniło Ci
się w koszmarach najczarniejszych nocy. Cóż zresztą w walce z nimi miałyby
pomóc źródła sprzed wielu wieków albo te starożytne? Jak właściwie wygląda ta
owiana najgorszą sławą kraina, do której trafiają osoby po niesławnym żywocie,
złożonym ze złych uczynków? Już za chwilę poznasz odpowiedzi na te powodujące
ciarki na ciele pytania. W plecaku masz kilka opakowań kredy - mag nigdzie nie
powinien się ruszać bez tej najwyższej jakości, gdyby przyszło mu za chwilę
rozrysowywać zaklęcie - obrzydliwe w smaku, lecz sycące batony energetyczne, ciepłe
okrycie i całą resztę niezbędnego ekwipunku. Cóż, przynajmniej taką, która daje
Ci nikłą nadzieję na przeżycie. O ile cała misja się powiedzie, bo przecież
działasz mocno intuicyjnie, mimo całej uniwersyteckiej kariery i faktu, że
jesteś jednym z najlepszych doktorantów. Ponoć ceną za przekroczenie bram
piekieł za życia oraz teoretyczne wydostanie się z niego jest połowa lat, jakie
pozostały Ci na ziemskim padole. Uważasz, że warto je poświęcić. Udajesz się na
sam dół w bardzo konkretnym celu. Masz zamiar sprowadzić z powrotem duszę
Jacoba Grimesa - prawdziwego mistrza w dziedzinie magii, pod okiem jakiego
kształcisz się od lat, by otworzyć dla siebie najświetniejszą ścieżkę kariery i
zdobyć upragniony dyplom. Bez mężczyzny nadzieja na wszystko przepadła… i to z
Twojej winy.
„Wystarczy skłamać - skłamać i zaufać, wbrew wszelkim świadectwom, iż każdą regułę można zawiesić. Wystarczyło wbić sobie do głowy założony wniosek i uwierzyć, samą tylko siłą woli, że wszystko inne jest nieprawdą. Wystarczyło zobaczyć świat takim, jakim nie jest.”
Jeśli miałabyś być szczera ze sobą i całym zwariowanym, wiecznie przepracowanym, dążącym wyłącznie do sukcesu większego i największego światem magicznego Cambridge, musiałabyś przyznać, że Twój promotor wcale nie został wybuchnięty pod osłoną nocy podczas przeprowadzania któregoś niebezpiecznego zaklęcia do własnych badań, jak to zostało powszechnie przyjęte. Chociaż właściwie tak właśnie było - ale naukowiec wcale nie był wtedy sam. Towarzyszyłaś mu po raz wtóry, uczestnicząc w doświadczeniach, pomagając w notowaniu wniosków czy domykania formalności, jak niezliczone dnie i noce wcześniej. Prawda, o jakiej wiedzą tylko wybrańcy: jeśli chce się kształcić pod okiem najlepszego nauczyciela, w tym wypadku należy niestety służyć mu za sekretarkę, podnóżek, obiekt eksperymentów i co tylko kiedykolwiek mu się zamarzy. Choć wykończona, godziłaś się na wszystko, mając przed oczami fakt, że Twój bystry, wielowymiarowy i utalentowany umysł magiczny już za chwilę otrzyma doktorat i to z rąk samego maestro. Tak było i niedawno, choć tym razem Twoje pierwsze od niewiadomych czasów niedopatrzenie i niedociągnięcie poskutkowało widowiskową śmiercią Grimesa. Nie upewniłaś się, że magiczny wzór jest w pełni domknięty, wskutek czego moc, która się przedostała, zwyczajnie przemieniła profesora w mało estetyczną papkę. Nikt nie wie, że to wszystko Twoja wina - i tak też musi pozostać. Inaczej nie tylko Twoja kariera by przepadła - zapewne trafiłabyś do więzienia a żadna magiczna szkoła nie otworzyłaby przed Tobą podwojów. Decyzję o tym, że spróbujesz sprowadzić patrona z powrotem podjęłaś niemalże natychmiast po tamtym wydarzeniu. Po wielu miesiącach przygotowań, misja nareszcie się ziszcza. Rysujesz na podłodze finalne kreski, gdy do laboratorium wchodzi ostatnia osoba, którą spodziewałaś się ujrzeć… i jakiej od pewnego czasu nienawidzisz. Tak.
„Najwspanialsza była (…)
kruchość całej tej sytuacji. (…) Wystarczyło wypuścić oddech, pogodzić się ze
światem i po prostu… odpuścić. Przyjemnie było wiedzieć, że upadek jest możliwy
w każdej chwili. Przeczuwać najgorsze.”
Oczywiście, że ze wszystkich ludzi na terenie kampusu uniwersyteckiego, akurat on musiał się tutaj szlajać po nocy. Kiedyś byliście sobie bliscy, lecz obecnie Peter Murdoch, który właśnie z jak zawsze sympatycznie inteligentnym uśmiechem się z Tobą wita, pozostaje kimś na kształt Twojego wroga. Zaciekłego. Numer jeden. Choć wydaje mu się to bynajmniej nie przeszkadzać. Prymus, który nawet się nie stara, by nim być. Wszystko ma podane na srebrnej tacy - wszak przychodzi mu bez najmniejszego wysiłku i wiecznie bezbłędnie. Gorsze jest jednak to, co wydawało się zaczynać Was łączyć… Nie pora na te rozważania. Ustaliwszy możliwie szybko, że dokonać zejścia do piekieł przyjdzie Ci z niechcianym towarzyszem, aktualizujesz zaklęcie i… trafiasz do innego wymiaru. Nie słychać przerażających jęków, nigdzie nie czuć siarki, ogień nie spopiela rzeczywistości, która nawet nie jest gorąca. I nie jest tu ciemno - chociaż niebo nad Wami przybrało odcień głębokiej czerwieni a świat jakby zszarzał. Po całym ogromnym terenie błąkają się cieniste dusze. Co intrygujące, wydają się nieźle bawić. Konwersują, niekiedy przybierają bardziej materialną postać, łączą się w grupy i przyglądają… temu, co nad Wami. Pozostawiony na moment (lub w ich przypadku na zawsze), stąd odbity niczym w krzywym zwierciadle, doczesny świat. Czyżby, niczym zahipnotyzowani, nie potrafili przestać go podglądać? Nie chcą się z nim rozstać i przejść dalej, doznać reinkarnacji, gdyż boją się, iż kolejne wcielenie okaże się gorsze od minionego? Udaje się Wam ustalić, że aby trafić do następnego kręgu piekła, w którym profesor zapewne - jeśli nie dalej - już się znajduje, musicie przekroczyć gargantuiczny mur, do jakiego ustawiła się wydająca nie mieć końca kolejka. To jednak tylko pierwsza z trudnych i niebezpiecznych przygód… Podczas tej wyprawy zmierzycie się bowiem z najgorszymi demonami. Tymi, które tkwią wewnątrz Was i… pomiędzy Wami, z trudną przeszłością na czele. Osiem kręgów… What a highway to hell!
„Ty nie mówisz, jak oni,
nie wyglądasz jak oni, a Twoje zainteresowania naukowe nie pasują do ich wizji.
Żeby zdobyć uznanie, będziesz musiała pracować dwa razy tyle (…). Tobie nie
wolno popełnić żadnego błędu. Na taki luksus Cię nie stać.”
Trzeba mieć wiele finezjo-fantazji,
aby rzeczywiście istniejący Uniwersytet Cambridge przemienić w realistycznie
magiczny. „Katabaza” udowadnia, że Rebecca F. Kuang ma jej mnóstwo - i to w
ziejącej ogniem werji. Dante Alighieri, Orfeusz, Eneasz, Herakles, Faust…
wszyscy oni, tworząc dzieła niezwykłe, sprawili, iż lubiący mrocznie
intrygującą literacką wędrówkę czytelnicy zapragnęli dzięki kolejnej niezwykłej
opowieści przeżyć przygodę podczas przemierzania kolejnych kręgów piekła. I
właśnie taką zabawę serwuje odbiorcy amerykańska Pisarka chińskiego pochodzenia
za sprawą dwójki głównych bohaterów. Barwną, jako że przyznaję, z taką kreacją
tych cienistych czeluści nie miałam jeszcze do czynienia. Przypominającą
romantasy, które wyłania się na pierwszy plan w trakcie tej pełnej rozmów, odkryć
i wewnętrznych animozji powieści drogi. To ten gatunek przywodzi mi bowiem na
myśl recenzowana, ZJAWISKOWO WYDANA propozycja czytelnicza. O ile jestem fanką
dygresji, które najczęściej dodają narracji smaku a jej tłu wielowymiarowości,
o tyle uważam jednak, że „Katabazę” można by o znaczną ich ilość odchudzić.
Mnogość wcale nie niezbędnych dla fabuły retrospekcji bohaterów również negatywnie
wpływa na jej dynamikę. Ciekawostki ze świata zaklęć czy wierzeń początkowo intrygują,
lecz w trakcie poznawania późniejszych rozdziałów bywają nużące. Wraz z
rozwojem wydarzeń wielokrotnie miałam też wrażenie, że same (kapitalnie
wykreowane) kręgi piekielne i wycieczka po nich schodzą niestety na dalszy
plan, ustępując sceny interakcjom i uczuciom pomiędzy Peterem a Alice. Samo zakończenie
„Katabazy” projektowałam też w głowie zupełnie inne. Wady te nie zmieniają
faktu, że cudownie było… zanurzyć się na chwilę w Tartarusie w oryginalnej, zwichrowanej
wersji - to była diabelska przygoda. Wszak przecież miło choć przez 610 stron
pobyć wśród swoich - we własnej przyszłości. Let’s go to hell! Muśnięte
płomieniami ognia, na szynach do potępienia: 7/10. 😉
„I - gdyby tak wyglądała
prawda - to co za różnica, jaką ma się historię, jaka miłość łączyła dwie osoby
w przeszłości? Tamte schody zniknęły; ta dusza, którą poznało się kiedyś,
przeistoczyła się już w nową fikcję.”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)