Mimi Lisette - Coma. Na dnie snu - recenzja
Nigdy nie przypuszczałam, że utrzymane w komediowej koncepcji fantasy skrzyżowane z powieścią akcji, którego druga część tomu pierwszego (!) liczy 686 stron rozkocha mnie w sobie na tyle, że nie będę mogła się doczekać kontynuacji, jaka - na co wszystko wskazuje - także będzie duetem. Świadczy to niezbicie o fakcie, że Mimi Lisette dysponuje niesamowitym talentem literackim. Nie tylko porywa bowiem bez reszty do wykreowanego przez siebie, na wskroś oryginalnego świata, ale i przez ponad 1300 kart niezmiennie bawi czytelnika. Przekomarzanki pomiędzy licznymi postaciami zostały w „Comie” wyniesione na zupełnie inny poziom, będąc immamentną częścią pełnej akcji i emocjonujących plot twistów fabuły. W świecie śniących i walczących o oświecenie, skrytych przebudzonych, personalnie najbardziej urzeka mnie jednak… elitarny oddział militarny, zwany Bad Boysami. Nie ukrywam, umiejscowienie naczelnych postaci w tejże jednostce wojskowej budzi moją sympatię - i to ogromną. Najczęściej tak się właśnie składa, że w podobnie męskich światach rozgrywają się najsilniej zabawne narracyjne wydarzenia, co Autorka wykorzystuje wręcz brawurowo. A już wrzucenie do owej formacji zbrojnej pyskatej, niepokornej i inteligentnie ironicznej sylwetki, która przekornie i impertynencko mianowała się Heleną Trojańską (historię oryginalnej zna chyba każdy 😉) udowadnia, że Pisarce ani finezjo-fantazji, ani animuszu nie brakuje. I owszem, podczas lektury pierwszej części tomu pierwszego zaśmiewałam się do rozmazania odwiecznie tragicznego makijażu, aczkolwiek czytając kontynuację o podtytule „Na dnie snu” nieestetycznie parskałam i wybuchałam szyderczym rechotem godnym szaleńca z częstotliwością najbardziej niebezpiecznego psychopaty (minuta ciszy dla zaniepokojonego bardziej niż zwykle Męża), co potwierdza, że Lisette nie tylko utrzymała poziom fabularno-komiczny, ale i cudem nieznanym… jeszcze podniosła sobie poprzeczkę, czyniąc go wyższym! Chapeau bas. A ja dalej pytam, gdzie można się do takiej dowcipnej kompanii zapisać! Dla koleżanki oczywiście… 😉
„Muszę oddać kapitanowi, że
w godny podziwu sposób zachował się kulturalnie i nie zaczął od razu strzelać.”
Kiepska to pobudka, przyznać trzeba. Czerwone, burdelowe światło i pasy na Twoim ciele niezbicie potwierdzają, że tkwisz uwięziona w wątpliwej sławy przybytku Gandzialfa, a zatem wszystko poszło tak źle, jak tylko mogło. Norma. Nie odnalazłaś siostry, nie udało Ci się opuścić Comy a ani Twój obecny właściciel, ani oddział Bad Boysów, który pewnie uważa Cię za zdrajcę, ani rebelianci, nie zlikwidowali Cię całkowicie, przez co pozostajesz zakładnikiem. A przynajmniej tak dumasz w rzadkich chwilach przebłysków świadomości, jako że najwyraźniej służysz tu póki co za obiekt doświadczalny, szprycowana co dobę inną mieszanką iście matrixowych świństw. Helena królikiem, też coś, gonić się nie dajesz. Jak jednak na Twoje niewątpliwe szczęście do niezabijalności przystało, pewnego dnia drzwi do celi otwiera nie pierwszy klient, a mężczyzna, który w ramach długu ma Ci pomóc się stąd uwolnić. I tak oto trafiasz na wolność. Wybuchową - w sam środek strzelaniny, pełnej krwiożerczych, uzbrojonych dzieci i karłów (chwila, to coś w Twoich żyłach chyba dalej działa) w towarzystwie mężczyzny w krokodylich butach, staruszki w hipisowskich szatach oraz… nieprzebijalnej bariery, jaką stworzyłaś energią sama. Ups. Akcja, reakcja - szkoda tylko, że przy okazji podobnych wyczynów coraz bardziej uszczuplasz kruszec Bramy - jedynego przejścia między światem żywych a tymczasowo śniących, ale tym będziesz martwiła się później. Na razie cieszy Cię fakt, że uniknęłaś śmierci a wcześniej deprawacji ciała w Mieście Grzechu - i to poruszając się po nim w dziwkofatałaszku. Pędzisz za podejrzanie zażywną babcinką kanałami i docierasz na teren Opactwa, przed jakim wdajesz się w jeszcze nietrzeźwą i wielce pouczającą pogawędkę z żądnym krwi i flaków murem z bluszczu, dziękując mu wylewnie za to, że Cię nie zżarł. A mógł i chciał! Chwała Heleno-refleksowi. Przed oblicze samego Opata docierasz już w habicie, co uważasz za jeszcze większą obelgę dla cielesności niż poprzednia kurtyzanokiecka. Z ojczulkiem zawierasz zaś pakt ochronny, którego jeszcze pożałujesz - ale wówczas wydaje Ci się jedyną drogą ku odzyskaniu wspomnień i ocaleniu Bad Boysów, do których… właśnie po poużywkowemu zadzwoniłaś. Ups, did it again.
„Tak bardzo chciałam, żeby…
żeby… Nie miałam prawa niczego od niego chcieć. Nie mogłam żądać więcej, niż
mogłam mieć. Nie w tym świecie, nie z nim. On był iluzją, snem, a ja tylko
mgnieniem.”
Potwierdziwszy organoleptycznie, że przybyły z odsieczą kapitan Ice to naprawdę on, tłumisz w sobie chęć pocałowania go ponownie. Słusznie, wszak już za chwilę toczycie słowno-militarne starcie z niejakim gościem Bez Jaj. A później wszystko przebiega z górki. Tracąc na tydzień wszelką przeszłość w mrokach niepamięci po miksturze od starej wiedźmy Opata, trafiasz z powrotem, gdzie jako żołnierza i Heleny Trojańskiej Twoje miejsce - do kwatery Bad Boysów. W związku z tym, że chwilowo ich nie poznajesz, z niemałą dozą śmiechu i konsternacji odkrywasz ich na nowo. Cola jest uroczy jak zawsze, Pietia - zbyt piękny, by był prawdziwy a sam Ice wydaje się właśnie odsłaniać duszę nieirytującego romantyka, co wprawia w zdziwienie nawet Rudą, jedyną kobietę poza Tobą, jaka wytrzymuje z tą zgrają. Bohaterem dnia staje się jednak niedorajda Kazah, jaki właściwie koło amunicji przebywać nie powinien, który właśnie próbował zdać egzaminy. Zamiast odzyskać punkty, po jego szczerych i cokolwiek prosto-męskich odpowiedziach na teście (na przykład: jeśli widzisz rebeliantkę, zamiast powiadomić dowódcę, sprawdzasz w portfelu obecność prezerwatyw), oddział stracił ich jeszcze więcej. Jedyna metoda na to, by nie musieć oddawać siedziby to… wygrać konkurs na Mistera Comy. Dla uroczych w swym szaleństwie wojskowych misja wydaje Ci się tak nieprawdopodobna, że aż się jej podejmujesz - wyłonisz spośród bandy najlepszego kandydata i przygotujesz go do pokazu… Po dywagacjach przy ognisku, w trakcie jakich okazuje się, że nikt tak zwierzęco nie wyje „My heart will go on” co Kazah, przechodzisz do rozmów z przyszłymi panami miss. Wszystko, co może opaść, lewituje w dół już, gdy porucznik Kokos mówi o zaklinaniu drzew podczas sikania - by te rosły duże i zdrowe. O bitwach centymetrowych nie wspominając. Miarkę przebiera jednak odpowiedź na pytanie, jaka jest najkrótsza droga do serca kobiety. Otóż… ostrym nożem przez klatkę piersiową. 😂 Tymczasem do konkursu dołącza kapitan Ice, względem którego Twój mózg pisze jeszcze głupsze i dziksze scenariusze niż zwykle a całą Comę ogarnia pełnowymiarowa wojna… Źle Ci w tym cokolwiek spokojnym, czerwono-naćpanym przybytku wątpliwej klasy w sumie było?
„Znam Cię, wiem, że jesteś
zdolna do wszystkiego, gdy coś sobie ubzdurasz, nie bacząc na to, jak wiele
ryzykujesz.”
Druga część tomu pierwszego
serii „Coma” pod tytułem „Na dnie snu” to jedna z tych nieodkładalnych
opowieści, po lekturze których natychmiast pragnie się, najlepiej równie
obszernej, kontynuacji. I teleportu do oddziału elitarnej jednostki wiernych
pełnionym funkcjom, wartościom oraz sobie i bliskim, nieprzyzwoicie komicznych
i przystojnych Bad Boysów - ale to inna sprawa. 😉 No
co, godnych pozazdroszczenia umiejętności militarnych należy się uczyć od najlepszych!
Jak Mimi Lisette na szczęście zapowiada, w przygotowaniu jest już II tom tej nietuzinkowej
opowieści, w jakiej uwielbia się, dla odmiany względem większości książek,
niemalże wszystkich pozytywnych bohaterów. „Wesoła kompanija” już po pierwszych
rozdziałach staje się bliska i kochana niczym to lepsze rodzeństwo - cóż, jeśli
kazirodztwo nie rodziłoby konsekwencji. 😉
Wciąż czyhające i eskalujące zagrożenie nad Comą, które w końcu prowadzi do pełnoskalowego
konfliktu zbrojnego, rozgrywa się w eskorcie niepoliczalnego komizmu sytuacyjnego,
skomplikowanego tła psychologicznego każdej z postaci czy wątków przystających
do romantasy, które Lisette prezentuje niesztampowo - bo z niegasnącym uśmiechem.
Z poważnie wyglądających armat wystrzeliwane są komediowe kule, wrogie obozy rozgrywają
strategie militarne teatralnych trup a żołnierze… cóż, odkrywają w sobie talenty
don juanów i modeli CK - co nie oznacza ani Cesarsko-Królewskiej armii, ani
Ciężkiego Karabinu Maszynowego w niedoliterowaniu, a poczciwego Calvina Kleina
od bielizny. 😉 Jest
śmieszno (przeważnie) i straszno (czasami) i miłośnie (czas cały) - bo i w książkowych
mężach o średnim umundurowaniu i sporym roznegliżowaniu przebierać można. A tak
na poważnie, choć było to z Marsem (ten też się tu przyda) śmiertelnym:
KAPITALNA, SKOŃCZONA HUMORESKA złożona z dynamicznej akcji, inteligentnego
humoru i wszystkiego tego, czego świetnym powieściom życzę. 10/10 - czego
chcieć więcej. Poza kontynuacją na już… no i teleportem! 😉
„Po prostu… jesteś jak mgnienie,
jak suma oddechów. Jesteś… a już Cię nie ma, więc powiedz mi wszystko, zanim
znikniesz i zostawisz mnie z (…) tysiącem pytań bez odpowiedzi.”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)