W pobliżu australijskiej plaży stoi mały domek, który wiele lat temu został z miłością przyozdobiony elementami nadającymi mu charakter i odciskającymi na nim niezatarte piękno wspomnień przeszłych lat. Za koronkową, nieco poszarzałą firanką, okalającą frontowe okno, stoi starszy pan. Jego poznaczoną zmarszczkami, osiemdziesięcioletnią twarz rozświetla uśmiech – taki, jaki może widnieć tylko na buzi dobrego człowieka, który zaznał w swoim długim życiu wiele szczęścia. Gordon spogląda na zadbany ogródek; miejsce tak kochane przez jego wspaniałą żonę, i przez chwilę obserwuje ptaki, posilające się jak zawsze w karmniku, stworzonym przez niego samego. Od dawna uwielbiał się przyglądać tym małym, pierzastym wojenkom o najlepsze spośród ziaren. Było w tym coś kojącego; kotwiczącego w teraźniejszości. Mężczyzna już chce zawołać Florę, aby wspólnie podziwiali ten pełen treli wielobarwny spektakl, ale wtedy dociera do niego, że znowu o czymś zapomniał. Nie pamięta o czymś istotnym kolejny raz. Jego coraz gorzej działająca pamięć potrafi przywołać skomplikowane terminy, którymi dzielił się z uczniami jako nauczyciel geografii przez tyle czasu, a bywa zawodna, jeśli chodzi o teraźniejszość. Flory już nie ma i nigdy nie będzie, choć… przecież była tu jeszcze przed chwilą. Będzie o tym codziennie zapominał i przypominał sobie od nowa. Został sam. Chociaż nie! Skup się, Gordonie. Przecież jego dorosły syn Malcolm, z którego jest niesamowicie dumny, obiecał, że niedługo go odwiedzi, przywożąc ze sobą małą Del, własną córkę. Czy to nie miało być dzisiaj? Starszy pan powoli, ciągnąc nogę za nogą, przemieszcza się w kierunku lodówki, do której przyczepia wielobarwne karteczki z nabazgranymi drżącą ręką ważnymi informacjami. Nie zwariował. Jeszcze dwa dni i będzie tutaj jego syn. „Dlaczego stoję przy lodówce? Czyżbym miał przygotować sobie posiłek? To nie było to. Miałem zrobić coś o wiele ważniejszego. Tylko co to było? Czy zamknąłem furtkę za domem?” – myśli. Nie pamięta. Tak wiele już nie pamięta. Nagle jego wzrok pada na ślubne zdjęcie, które z uczuciem i pieczołowitością przeciera z kurzu co tydzień. Tak, zapewne tym właśnie miał się teraz zająć. Po chwili uwagę Gordona przykuwa coś zupełnie innego. Z sąsiedniego domu wybiega kobieta, ciągnąc za sobą kilkuletniego chłopczyka. Wydawało mu się, czy przed chwilą z tego budynku wybrzmiał krzyk? Kim są ci ludzie? Ponownie patrzy na lodówkę. To Elizabeth i jej przybrany synek, Joe – letnicy, wynajmujący chatkę naprzeciwko. Nagle w głowie staruszka miga wielki neon z napisem „policja”. Dlaczego? Czyżby kontaktował się z nią w ich sprawie? Z jakiego powodu? Chyba znowu nie zamknął furtki za domem. Nieważne. Jutro przyjedzie Malcolm, a teraz trzeba otworzyć tej kobiecie drzwi i ją ugościć, w czym zapewne pomoże mu Flora. Wspólnie podadzą im gorącą czekoladę z lodem i ustalą, czy przyjezdni nie potrzebują pomocy. Pośpiesznie poprawia kapeć, który znowu niesfornie zsunął się ze stopy. Drzwi. Czekolada. Rozmowa. Ratunek. Furtka! Przecież Gordon ze wszystkim radzi sobie dobrze i tylko czasem powtarza to samo zdanie raz albo trzy. Wszystko po to, aby pamiętać. Trzeba pamiętać. A skoro już o tym mowa, czy o czymś nie zapomniał?
.png.PNG)

.jpeg)