Seattle. Miasto grzechu, kawy, zespołów rockowych. The Emerald City z wiecznie zielonymi lasami. Ogromny punkt na waszyngtońskiej mapie, który na zawsze odmieni bieg Twojego życia. 750 tysięcy ludzi; wśród nich Ty… i leżący koło Ciebie, skatowany, definitywnie martwy mężczyzna. Jak?
To miał być wieczór jak każdy inny. Napój w pobliskim barze, piwo, może coś
mocniejszego. Wizyta w toalecie, w trakcie której wciągniesz głęboko w płuca dym
i dostarczysz niezbędną dla cukrzyków substancję do krwiobiegu. Ekstaza płynąca
z dwóch prostych, lecz także koniecznych przyjemności. Błogi spokój. Już zaraz,
za chwilę. Rozchodzące się głucho po brudnym pomieszczeniu kliknięcie
zapalniczki. Żarzący się płomień, zbliżony do trzymanego w ustach papierosa
podłej jakości. A potem tylko ciemność – nie rejestrujesz nawet upadku na zimne,
zniszczone kafelki. Kiedy otwierasz oczy, wszędzie krew. Zbryzgane nią ściany, Twoje
ubranie i leżący nieopodal, zamordowany rosły mężczyzna. Nie trzeba być geniuszem,
aby stwierdzić, że nie żyje. W łazience nie ma nikogo oprócz Was, z czego wyciągasz
dość oczywisty wniosek: to Ty to zrobiłeś, choć całkowicie tego nie pamiętasz.
Czujesz w ustach posmak odpalanego papierosa, a po tym… nic. Jak to możliwe?
Przecież od zawsze brzydziłeś się przemocą, wiedziesz najzwyklejszy żywot, masz
kobietę, marzenia i plany na przyszłość… Co teraz? Panika. Przez Twoje żyły
przepływa panika w najczystszej postaci; miliony igiełek kłującego chłodu,
rozprowadzające je po całym ciele przyspieszone oddechy, grożące
hiperwentylacją. Panika. Pan… PANIKA. Ogromny, czerwony neon w głowie: uciekać,
jak najszybciej uciekać! Ktokolwiek znajdzie Cię tu z zamordowanym ze szczególnym
okrucieństwem człowiekiem, dojdzie do tych samych wniosków co Ty: musisz być
odpowiedzialny za jego śmierć. W pamięci czarna dziura. Kto uwierzy Ci, że nic
nie zrobiłeś, skoro stoisz tutaj z oszalałym wzrokiem w ubraniu skąpanym w obcej
krwi?



.png.PNG)