Tam, gdzie sacrum ściera się z profanum, budzi się uosobiony diabeł, dostrzegając najskrytsze człowieka sny. “Czyż to nie piękny paradoks?” - pyta mój ulubiony raper w jednym ze swoich utworów. Podobnie wybrzmiewające, lecz w sposób o wiele bardziej literacki rozwinięte zapytanie, stawia przed czytelnikiem Krzysztof Bochus, znajdujący się na czele najbardziej cenionych przeze mnie rodzimych autorów powieści kryminalnych: “Ale czyż życie nie składa się z absurdów i przypadków? On sam był na to najlepszym dowodem. I czyż koniec jednego rozdziału nie jest zawsze początkiem następnego?”, po raz kolejny udowadniając kunszt własnego pióra. Choć zdania te, trafiające w moje mroczne serce niczym ostro zwieńczony sztylet, zamykają kolejną część przygód dziennikarza śledczego Adama Berga, postanowiłam rozpocząć nimi swoją recenzję “Klątwy Lucyfera”; tym razem bynajmniej nie ze zwyczajowej przekory, a... sygnalizując już na “dzień dobry”, że w książce Autora po raz kolejny nic nie jest takie, jakim mogłoby się wydawać, co okaże się rozrywką na iście mistrzowskim poziomie dla każdego miłośnika suspensu oraz skrzyżowania dobrej literatury kryminalnej z sensacyjną.
“Z centrum profanum wylądował w sercu sacrum. Jak się tu znalazł?”
Wyśmienitą zabawę czas zacząć - nie zabraknie w niej odległych geograficznie podróży, zaginionych skarbów, zagadek historycznych, humorystycznych anegdot, realistycznych kreacji bohaterów, językowych rewolt i zawiłych intryg oraz... dobrej kuchni. Nie wykażę się ani odrobiną przesady, jeżeli z uznaniem stwierdzę, że Bochus tworzy historie dla wymagającego czytelnika; pasjonata wielu dziedzin, których kolaż... przeistoczy się w niepowtarzalną mozaikę doznań i przeniesie w inny, porywający, składający się z miliona barw świat.
.png.PNG)
.png.PNG)

