Jako dziecko byłam zafascynowana Baśniami braci Grimm, których jedne z adaptacji na kasetach WHS oglądałam dopóty, dopóki te całkowicie się nie zniszczyły. Wielokrotnie zastanawiałam się, co byłoby, gdyby ta lub inna historia zyskała zupełnie inne postaci, alternatywne zakończenie albo co stałoby się, jakby fabuła przebiegała w całkowicie odmienny sposób. O rozważaniach tych zapomniałam na wiele lat, podobnie zresztą jak zarzuciłam pisanie własnych baśni (z serii: czego jeszcze o mnie nie wiesz) - wszak w szarej codzienności, niebędącej światem rodem z bajek, próżno szukać miejsca na tak magiczną dawkę finezjo-fantazji. Sięgając po “Zaklęte miasteczko”, będące kontynuacją “Godziny czarów” Małgorzaty Starosty, absolutnie nie spodziewałam się, że to właśnie ta propozycja czytelnicza na powrót przeniesie mnie w rzeczywistość stworzoną na podstawie podań, wierzeń i bajań przez Jacoba Ludwiga oraz Wilhelma Karla Grimm, odpowiedzialnych za zredagowanie, opracowanie literackie i opublikowanie znanych i kochanych, choć niepozbawionych mroku Baśni.
“(...) wszystko, co wydaje się niemożliwe, staje się realne, jeśli jest się gotowym, by to ujrzeć.
Wykreowane przez Małgorzatę Starostę ze swadą, ogromną dozą dobrego humoru i językową biegłością, uśmiechającymi także starszego czytelnika, “Zaklęte miasteczko” dedykowane jest przede wszystkim dzieciom w wieku 9-12 lat. Przyznam jednak, że jako miłośniczka zaczarowanych historii z nutami ciemności i niepewności, doskonale bawiłam się podczas lektury - pełnej przygód, zabawnych sytuacji i nieszablonowo wykreowanych bohaterów. To idealna propozycja na zbliżające się Halloween, ale także świetny pomysł na prezent pod choinkę. Jestem pewna, że ta nietuzinkowa opowieść sprawi frajdę nie tylko małoletniemu, ale także czytającemu dziecku rodzicowi i... wszystkim kociarzom, jako że w tym Miasteczku ważną rolę odgrywa pewien zaczarowany futrzak. 😉
.png.PNG)
.jpg)