Zakończenia serii książek zawsze są wyczekiwane przez czytelników. Przynoszą spodziewane domknięcie wszystkich wątków, splątują w logicznych wyjaśnieniach luźne nici fabuły i wyjaśniają całe jej tło, dopełniając obrazu. Najczęściej uśmiechają, zostawiając pozytywny akcent - choć niekiedy... są otwarte i jedyne, z czym czytający zostaje, to mnóstwo domysłów, pozostawiających pole do popisu dla niczym nieograniczonej wyobraźni. Zamykając słusznie wysoko oceniany cykl “The Naturals”, Jennifer Lynn Barnes zdecydowała się na pierwszą opcję. Nareszcie każda z nurtujących kwestii zyskała głębszy sens, jeszcze bardziej unaoczniając fakt, iż Autorka ma godny podziwu talent do kreowania złożonych młodzieżowych historii kryminalnych z elementem nadnaturalności.
“Więzy krwi” liczą sobie aż 488 stron, jednak nie tylko one wpływają na tę imponującą liczbę. W książce znajduje się bowiem obszerny, ponad stustronicowy bonus “Dwanaście”, przedstawiający wydarzenia z udziałem głównych bohaterów, z którymi zdążyłam się już zżyć, rozgrywające się sześć lat później. Kapitany pomysł! Dzięki temu można jeszcze przez chwilę potowarzyszyć grupie obdarzonych niezwykłymi mocami nastolatków w ich dalszych poczynaniach.
“(...) ktoś chyba wspomniał coś o rekreacyjnym zastosowaniu pirotechniki?” 😂😍
Seria “The Naturals” bez wątpienia jest jednym z moich tegorocznych odkryć. Wcześniejsze thrillery młodzieżowe zazwyczaj przynosiły mi jedynie rozczarowania, prezentując mało inteligentne i wymyślne sposoby rozwiązywania zagadek kryminalnych (pozdrawiam moich starszych czytelników, zapewne pamiętających mało udany romans z powieściową Stevie). Ten natomiast może nie tylko poszczycić się oryginalną kreacją fabuły, ale i bardzo nieszablonowymi postaciami... Jeśli jeszcze ich nie poznałeś, swoją historią o historii dla “Więzów krwi” spróbuję wprowadzić Cię w nietypowy świat namalowany słowem przez Barnes.



.png)