• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Istnieje wiele ludzkich przywar - chyba najgorszą z nich jest zdolność do zdrady. Jej gadzie, zimne oczy oglądały wiele dramatów, których była przyczyną, a historia zna całą plejadę wielkich odstępców. Judasz Iskaritota, składający obłudny pocałunek na policzku swojego Mistrza, by wskazać Go oprawcom. Efialtes z Trachis, wyjawiający Persom górską ścieżkę wiodącą na tyły szczupłego oddziału Leonidasa, bohatersko broniącego się pod Termopilami. Marek Juniusz Brutus, ułaskawiony przez Juliusza Cezara po bitwie pod Farsalos, w podzięce wbijający ostrze sztyletu w ciało dobrodzieja. Żądny władzy Marek Perperna, ciskający kielichem wina o podłogę, by dać znak do zmasakrowania wodza – Kwintusa Sertoriusza, przez grono skaptowanych przez niego współbiesiadników i równocześnie bliskich towarzyszy ofiary. Marszałek August Marmont, jeden z najstarszych i najbliższych przyjaciół Napoleona, przechodzący w 1814 roku ze swoimi oddziałami na stronę Sprzymierzonych. Ten sam człowiek na żądanie restaurowanych we Francji Bourbonów głosował rok później za wyrokiem śmierci na „najdzielniejszego z dzielnych” - marszałka Ney’a, wraz z marszałkiem Victorem, Kellermanem i generałami Maisonem, Latour-Maubourg, Compansem i Lauristonem – części z nich Ney uratował życie podczas odwrotu spod Moskwy w warunkach strasznej, rosyjskiej zimy. Wymieniać można by bez końca. Jednak istnieje wyższy stopień zdrady, kiedy dotyczy ona nie tylko człowieka, ale całego narodu i państwa. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że Polska posiada bardzo szerokie grono tego rodzaju wiarołomców. Szczególnie wielu pojawiło się w okresie „potopu szwedzkiego”. Wystarczy wymienić dwóch największych: Hieronima Radziejowskiego oraz Bogusława Radziwiłła. Ten pierwszy, sprawujący urząd podkanclerzego koronnego, wdał się w spór z królem Janem Kazimierzem.  

Skazany przez sąd marszałkowski na wyjęcie spod prawa, uciekł do Szwecji, usilnie namawiając jej monarchę do ataku na Rzeczpospolitą. Nasz kraj stracił w wyniku tej agresji 1/3 ludności (znacznie więcej niż podczas II wojny światowej!) i pogrążył się w ruinie. Bogusław Radziwiłł, jawnie wspomagający wojska szwedzkie i biorący po ich stronie udział w wojnie z własnym władcą, uczestniczył w zawarciu w 1657 roku traktatu w Radnot, stanowiącym próbę dokonania pierwszego rozbioru kraju. Na mocy jego postanowień, miał otrzymać jako swoje państwo część Litwy. Gdy w końcu wobec klęsk swoich protektorów przeszedł na polską stronę, zdradzał wodzom carskim plany wojenne w zamian za pozostawienie w spokoju jego rozlicznych dóbr ziemskich. A to tylko część jego wołających o pomstę do nieba czynów. Żadnemu z nich nie spadł włos głowy i wszyscy uzyskali przebaczenie panującego. Nic dziwnego, że szybko pojawili się naśladowcy, pewni swojej bezkarności. Już nieco ponad wiek później dochodzi do największej zbiorowej zdrady w dziejach Rzeczypospolitej – Targowicy. Jeszcze raz potwierdziło się prawidło historii, że nieukarana zbrodnia powtórzy się w przyszłości... 

22:26:00 No comments

Islandia to niezwykle ciekawy kraj, rozbudzający wyobraźnię wielu obieżyświatów. I jeden z ostatnich, w których wszechwładnie panuje surowa matka natura. Powierzchnia wyspy zajmuje około 100 000 km² (niecałe 1/3 terytorium Polski), a zamieszkuje ją zaledwie 320 000 ludzi, z czego aż 120 000 w stolicy – Reykjavíku. Oznacza to, że większość krajobrazu to malownicze i na ogół skaliste pustkowia. Wielu twierdzi, że stanowią dom dla dawnych bogów, o których w innych krajach Europy już zupełnie zapomniano. Na Islandii istnieją silne ruchy pogańskie, których członkowie nie tylko podzielają zamierzchłe wierzenia, ale nawet propagują je na całym kontynencie. Najbardziej znana jest licząca 80 osób kongregacja Ásatrúar (Wierzących w Bogów). Została zalegalizowana w 1973 roku przez miejscowy parlament i jest jedyną tego rodzaju oficjalnie zarejestrowaną organizacją na świecie. Jej członkowie dysponują pełnią praw religijnych, a powołany arcykapłan udziela ślubów i sprawuje inne posługi, w tym pogrzebowe. Tego rodzaju małżeństwa są całkowicie legalne i respektowane także przez władze świeckie. Panteon bogów ściśle odpowiada temu, który został stworzony przez Wikingów, jacy kiedyś skolonizowali wyspę - z Odynem, Thorem, Freją oraz Lokim na czele.

Islandia to także kraj elfów zwanych Huldufólk, czyli Ukryci Ludzie. Aż 5% Islandczyków twierdzi, że miało z nimi bezpośredni kontakt, a kolejne 65% jest przekonanych o ich istnieniu. O powstaniu tych istot opowiada urocza legenda. Według niej Bóg zapowiedział nagłą wizytację w domu Adama i Ewy, więc kobieta pośpiesznie zaczęła myć i odświętnie ubierać gromadę swoich dzieci. Ponieważ nie zdążyła oporządzić wszystkich, przed obliczem gościa zaprezentowała jedynie ich część. Ten rzekł rozgniewany: „Co człowiek ukrywa przed Bogiem, Bóg ukryje przed człowiekiem”, po czym uczynił zadekowane potomstwo niewidzialnym.

Przy okazji nadał mu postać pięknych i smukłych istot o szlachetnych obliczach, których zadaniem jest sprawowanie opieki nad bogactwami natury. Podobno Tolkien, tworząc uniwersum “Władcy Pierścieni”, swoje elfy wzorował właśnie na islandzkich pierwowzorach. Im samym lepiej nie wchodzić w drogę - potrafią bowiem być bardzo złośliwe i uczynić ludziom wiele szkód. Wiedziała o tym doskonale Erla Stefansdóttir, specjalistka od „ukrytych ludzi”, której opinia niejednokrotnie zaważyła na decyzji o takim, a nie innym przebiegu budowanych dróg czy innych obiektów. Stworzyła nawet w tym celu specjalną mapę, jaka wskazywała siedliska tych stworzeń, tak aby można je było ominąć podczas prowadzonych prac. To niezwykle frapujący przykład symbiozy panującej pomiędzy ludzkim a magicznym uniwersum. Może więc szkoda, że tak łatwo i pochopnie odrzuciło się wiarę w istnienie krasnoludków i rusałek. Miło by było pokładać zaufanie, że tego rodzaju istoty funkcjonują w świecie i w razie czego można liczyć na ich pomoc oraz rozsądną radę.

20:56:00 No comments

Jako niewinna jeszcze kilkulatka, z wypiekami na twarzy poznawałam książki o wiele mówiących tytułach: „Opowiadania niesamowite” czy „Historie niewiarygodne”. Dodatkowej grozy dodawały warunki, w jakich najczęściej zgłębiałam ich tajemnice – w uśpionym i pogrążonym w nocnej ciszy mieszkaniu, z kołdrą narzuconą na głowę i przy świetle rachitycznej lampki przedpotopowego telefonu komórkowego (pamiętasz Motorolę T190? 😉). Gdyby wtedy ktoś niespodzianie złapał mnie za ramię, nigdy nie miałbyś okazji czytać tych słów. Na szczęście nikt nie śmiał przekraczać progów mojego sanktuarium, więc wrogowie mogą tylko ubolewać nad utraconą bezpowrotnie okazją. Such a shame. 😉 Powyższe zbiory przedstawiały mrożące krew w żyłach historie, których bohaterowie błyskawicznie wypełniali moją wyobraźnię. Ta zaś piekielnymi podszeptami o „Białej damie” czy innej złowrogiej „stworze” z całą pewnością czającej się za framugą drzwi, wywoływała natychmiastowy efekt gęsiej skórki w czasie dłużącej się drogi do przytulnej, na szczęście oświetlonej łazienki. Dalej Latający Holender – okręt z przeklętą załogą, skazaną na wieczne przemierzanie przestworzy oceanów, by sprowadzać nieszczęście na każdego, kto miał pecha go ujrzeć. Ognie świętego Elma, pojawiające się na masztach żaglowców i zapowiadające rychłą śmierć ich załóg. Statki – widma, zmierzające w nieznane i odnajdowane bez żywej duszy na pokładzie. Duchy zmarłych, nawiązujące kontakt z żywymi, aby zdradzić tajemnicę śmierci swojej ziemskiej powłoki czy dokonujące na nich zemsty z powodu doznanych za życia krzywd. Tajemnicze zjawy, grasujące po bardziej lub mniej zrujnowanych zamkach i dworach, wydające przerażające dźwięki i dzwoniące ciężkimi łańcuchami na dłoniach. Wszystko to mocno zapadło w pamięć, tworząc uniwersum towarzyszące mi do dzisiaj. Zawsze chętnie sięgam po podobne dzieła, próbując znaleźć ponownie smak przeszłego tajemniczego niepokoju. Taką szansę dał mi Autor recenzowanego zbioru trzech opowiadań. Przedstawię Ci pokrótce ich fabułę. 

23:28:00 No comments

PATRONAT MEDIALNY THRILLERLY – GWARANT NAJWYŻSZEJ JAKOŚCI 💣 

“(...) można by rozmawiać o pechu bez końca. Lepiej mówić o równowadze energii. Ktoś robi coś, w wyniku czego inny ktoś umiera. To jest energia. I teraz ona do Ciebie wraca.” 

Dowiedziawszy się, że umrzesz za sześć godzin, zrobisz absolutnie wszystko, aby zachować życie. Wybierzesz mniejsze zło nad to większe, pozwolisz zapanować uczuciom, a nie rozumowi, użyjesz całej dostępnej logiki, jakiej nauczyły Cię minione lata. Korzystając z tej ostatniej, dodasz animuszu zmyślnemu mordercy; samozwańczemu mścicielowi, który postanowił oczyścić świat z niegodnych obecności na nim jednostek. Zegar rozpoczyna odliczanie. Masz piętnaście minut, by rozwiązać najważniejszy z istniejących rebus; zagadkę, jakiej nierozwikłanie sprowadzi na Ciebie śmierć. Składające się z liczb równania, szyfry słowne; każdy ruch, mający niebagatelne znaczenie. Od czego zacząć? Gdzie podziać oczy? Przekręcić w lewo czy w prawo? Sugerować się oczywistością albo szukać niedopowiedzeń, w niedookreśleniach znajdując sens? Dziesięć minut, nim przejdziesz do historii. Z cienia wynurza się człowiek w przerażającej ptasiej masce. Czyżby zabójca nazywany Człowiekiem Zagadką naprawdę Cię dopadł? Przecież wszystko, co się wydarzyło, nie było Twoją winą. Jeśli jednak to złe miejsce i nie ten czas - być może teraz znajdujesz się w gorszym. Albo i ostatnim. Siedem minut... 

“Miał jasną wizję. Skupiał się na celu. Wykorzystywał słabości ofiary.” 

Najnowsza książka Janusza Onufrowicza, jaką miałam zaszczyt opieką medialną, to nietuzinkowo dynamiczne połączenie najeżonej zagadkami historii kryminalnej z dużą dozą thrillera. Sieć makabrycznych morderstw okraszonych odliczaniem; nieubłaganie uciekającym czasem zestawionym z rozrywką intelektualną na najwyższym poziomie. W stworzonej przez Autora nieschematyczności, stanąwszy przed dylematami moralnymi czytelnik nie będzie zastanawiał się, kto zabija, a z jakiego powodu czyni to w tak wymyślny sposób... Czy komukolwiek uda się ujść z życiem? 

16:39:00 1 comments

Poniższy tekst popełniłam w roku 2013 – absolutnie nie sądząc, iż kiedykolwiek go wykorzystam. Przeczytawszy zabawną, pełną ciekawostek i świetnie skrojoną historię o randkowaniu w Japonii, doszłam do wniosku, że dawna próba stworzenia komicznego felietonu może z powodzeniem posłużyć za zwichrowany wstęp do jej recenzji. Ponoć nudzić się ze mną nie sposób - równie trudno było umówić się na spotkanie, kiedy to jeszcze nie powzięłam decyzji o zmianie stanu cywilnego. Pewnego dnia w przeszłości przyszło mi jednak do głowy, że oto dziś stanę się it girl, gotową do rozpoczęcia najeżonej trudnościami misji odnalezienia księcia na białym koniu. A było to tak... 

16:19:00 No comments

W jaki sposób napisać recenzję powieści Mistrza słów, którego twórczość ukochało się i obdarzyło estymą jeszcze w minionych czasach największej prywatnej literackiej bohemy? Chwilach pierwszych zabaw ze złożonymi z liter halucynacjami, poznawania bezkresu poezji oraz książek otulających artyzmem tak bardzo, że do dziś naznaczających rzeczywistość? Wiele lat wstecz, zanurzywszy się w dziełach Schmitta, jego sztukach i pisemnych rewoltach, prędko przekonałam się o tym, iż tak właśnie składa się niedoścignione wzory, do jakich poziomu dotrzeć nie sposób. Pozostają jednak inspiracją, pewną formą absolutu, w której zanurzenie się zawsze przywodzi na myśl doświadczenie mistyczne. Czytając “Oskara i Panią Różę”, topisz serce; dotykając “Małżeństwa we troje” w uniesieniu unosisz w górę brwi; chcesz być “Marzycielką z Ostendy”, niekiedy “Trucicielką”; w końcu popełniasz “Małe zbrodnie małżeńskie”, licząc, iż nie dopadną Cię “Zazdrośnice”. Oddychasz tekstami, “Tajemnicą Pani Ming”; powietrze składa się z wyrazów materializujących się samoistnie, kiedy jesteś dziełem sztuki i obcujesz z prozą podaną tak zmyślnie oraz światle, że równie dobrze mogącą uchodzić za wiersz. Uwodzącą - pomimo kilkunastu lat rozłąki. Czyż nie to jest jej cel? Rozkochać w sobie; sprawiać, iż zechcesz do niej zawsze wracać, najgoręcej - zupełnie jak z najdalszej, choć potrzebnej podróży?  

“Musiałem zrezygnować z czegoś, co nigdy się nie wydarzyło... Na ogół kończy się z przeszłością, a ja natomiast zrywałem z przyszłością.” 

Sądziłam, że to niemożliwe - a jednak oto Schmitt w formie jeszcze doskonalszej niż zwykle w swoim cyklu “Podróż przez czas”, urzekającego już samą nazwą, prezentuje czytelnikom trzeci tom niezwykłej wyprawy. “Ciemne słońce” to opowieść o niepowtarzalnej, obarczonej klątwą miłości, która trwa od kilku stuleci i nigdy się nie kończy. To narracja o ośmiu tysiącach lat oczekiwania - rzewnych wyrzeczeniach i mającego gorzki smak odrzucenia, okraszona mitologią, historią zataczającą koło, religią oraz... magią. Gawęda nowa, lecz starsza niż świat; majstersztyk absolutny. 

16:07:00 No comments

Na wzór rosyjskich carów, opowiadaczem historii o historiach mianowałam się sama. Obiecałam wówczas, że autokratycznemu bajaniu na profilu Thrillerly, poza snuciem halucynacji semantycznych, czarowaniem wizualizacjami oraz promowaniem czytelnictwa poprzez nietypowe przedstawianie tych mniej i bardziej znanych propozycji literackich, przyświecać będzie ważki cel: jednocześnie nigdy nie skrzywdzić żadnej książki nadto subiektywną oceną, jak i nie sprzeniewierzyć się własnym wartościom, oceniając którąkolwiek z nich nieszczerze. Nie bez powodu tusz na lewej ręce głosi: “faithful to her beliefs”. Choć staram się analizować powieści możliwie najbardziej wszechstronnie, biorąc pod uwagę niezliczoną ilość aspektów, faktem pozostaje, że coś, w czym się zakocham, nie musi spodobać się innym czytelnikom. I odwrotnie - mój negatywny odbiór może okazać się szokujący dla pozostałych, którzy będą wychwalać daną propozycję jak tylko się da. Wiesz co? Właśnie z tego powodu uwielbiam to, co robię - i samą sztukę literacką. Ta wielowymiarowość okraszona sposobnością przenoszenia się zarówno w czasie, jak i przestrzeni jest absoltunie wspaniała. Co człowiek, to opinia. Dlaczego o tym piszę? Otóż recenzje “Szkoły żon” oraz “Pensjonatu marzeń”, które Magdalena Witkiewicz niedawno sprezentowała czytelnikom podczas miesiąca miłości w zupełnie nowej szacie graficznej, są skrajnie zróżnicowane. Ciekawostka: w posłowiu pierwszej z powieści sama Autorka zamieszcza informację, że duet ten... albo się kocha, albo nienawidzi. Jak było w moim przypadku? I o czym właściwie traktują te dwie czarujące wizualnie książki? Jakie wnętrze okraszone zostało barwionymi brzegami w stylu ombre (jednorodna, krwista lub miłosna czerwień przechodząca w fiolet) oraz atrakcyjnymi okładkami? Uplasowałam się po środku, dołączyłam do grona chwalących czy zostałam zmuszona do krytyki? 

17:00:00 No comments

Co wpływa na kreatywność? Czy byłabym w tej kwestii niekiedy wręcz przesadnie paradna, gdyby nie dziecięce i nastoletnie etapy przeszłości? Nie sądzę. Wystarczy spojrzeć na większość współczesnych nastolatków, którzy pomysłowość zastępują wynikami wyszukiwania z Google, wyrzucanymi w ułamku sekundy jako odpowiedź na najprościej wpisaną komendę czy na przedszkolaków z nosami wiecznie wściubionymi w ekrany telefonów komórkowych, odtwarzających to, co modne (nuda). Jakiekolwiek twórcze działanie dla najmłodszej części społeczeństwa jest w dużej mierze abstrakcją. Na szczęście nie dla całości - pochwalić można chociażby fakt, iż coraz więcej nastolatek w wolnych chwilach oddaje się misji promowania czytelnictwa – pisze recenzje czy nagrywa książkowe rolki. To świetna tendencja, o której podtrzymanie należy zadbać. Aby jednak mieć taką możliwość - trzeba wiedzieć, w jaki sposób to uczynić. Wbrew pozorom nie ma w tym nic trudnego; wystarczy odpowiednia doza chęci, wiedzy oraz umiejętności. Jak zachęcić, a nie zniechęcić do kreatywności? 

Nie sięgnęłabym po pierwszą książkę przed pójściem do zerówki, gdyby w dzieciństwie nie czytali mi Dziadek i Mama - cudowną pierwszą Osobę notorycznie widywałam zresztą z tą czy inną propozycją literacką. Nie poszłabym na pierwszy konkurs humanistyczny, gdyby moją wychowawczynią w podstawówce nie była pełna ciepła Polonistka. Nie stworzyłabym żadnej historii o historii, skrawków poezji czy krótszej i dłuższej prozy, gdyby nie Nauczycielka języka polskiego z gimnazjum. Ta jedna, najważniejsza Osoba, zawsze prowokująca do unikalnej twórczości, zwichrowanej kreatywności, absolutnej niezłomności. Muza, prawdziwy pasjonat; ktoś, kto zdarza się raz na milion. Wiesz, że nie pisałabym w tej chwili do Ciebie, gdyby nie ta najważniejsza Motywacja? Pewnie właśnie wychodziłabym z biura albo zamykała sklep po skończonej zmianie... Nigdy nie stałabym się tym, kim jestem, gdyby nie... No właśnie. Klucz do sukcesu jest prosty: właściwe miejsce, odpowiedni czas, jednak przede wszystkim - ludzie. Jednym z nich możesz być kiedyś dla kogoś Ty sam. Jak? 

17:24:00 No comments

Słowo „matka” na ogół budzi w synach ciepłe uczucia i nostalgiczne wspomnienia. Czasami jednak jest inaczej – u niektórych wywołuje strach, a nawet nienawiść. Istnieją bowiem rodzicielki, które zasługują tylko na krótkie, lecz treściwe określenie: „toksyczne”. Taka kobieta, zamiast wychować swojego potomka na silnego, zdolnego do samodzielnej egzystencji mężczyznę, skupia wszystkie swoje wysiłki na niszczeniu jego osobowości i skrajnym uzależnianiu od siebie. Traktuje go nie jak podlegające jej opiece dziecko, ale bardziej jako partnera, któremu będzie towarzyszyć na całej drodze życia - oczywiście tak długo, jak biologia na to pozwoli. Psychiatrzy wskazują pewne modus operandi takiej niewiasty. Na ogół zaczyna od ciągłego podważania roli ojca, wyśmiewając go w obecności chłopca, drwiąc także z innych przedstawicieli męskiego rodu. W ten sposób powoduje, iż wykształca się w nim przekonanie, że płeć, jaką reprezentuje, jest „do niczego” i stanowi bardziej powód do wstydu niż dumy. Jednocześnie rodzi w nim poczucie, że jej pragnienia i chęci są identyczne z tymi, jaki odczuwa on sam, pozbawiając własnego światopoglądu i niezależności myśli. Dąży przy tym do bycia w centrum zainteresowania syna, skupiając jego uwagę tylko na sobie i swoich przeżyciach oraz ciągle znajdując się w pobliżu. W ten sposób powstaje toksyczna relacja, w której potomek traci całkowicie swoją odrębność, stając się cieniem matki, przekonanym, że jego byt zależy tylko i wyłącznie od jej obecności, wsparcia oraz umiejętności. Oczywiście w owym układzie istnienie innej kobiety jest wykluczone, więc mężczyzna wychowany w takich warunkach nie ma szans na stworzenie związku. Pozostaje mu towarzyszenie swojej rodzicielce, którą z jednej strony kocha, a z drugiej się obawia i nienawidzi. Istny zaklęty krąg, z jakiego nie ma jak się wyrwać. 

11:30:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (75)
    • ▼  cze (4)
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates