Będąc na miejscu Hrabiego
Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z
grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam
moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was,
najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi
wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania
swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew
dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja
szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych
zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest
stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy,
którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale
dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci.
Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób
„wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi”
symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci
bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną
powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy.
Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów
Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie
Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się
przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej.
Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając
nekrofilii…
„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”



.png)
