Hyvää huomenta! Hei! Dzisiaj przybywam z dwiema książeczkami dedykowanymi młodszym czytelnikom, które oczarowały również mnie – naczelnego bookstagramowego Grincha. Dlaczego pokochałam serię “Cienie” w chwili, w której ujrzałam ją na oczy? Po pierwsze... dzięki nim mogłam poczuć się jak młodsza, choć już wówczas mroczna, zaczytująca się w “Szkole przy cmentarzu”, wersja siebie; ta marszcząca brwi w wyrazie zniesmaczenia częściej niż sto razy dziennie, ale jeszcze niepomarszczona na stałe. Po drugie, “Aurorię” i “Dzwoneczka” stworzył utalentowany duet pochodzący z mroźnej Finlandii – a kto obserwuje mnie chwilę dłużej, ten wie, że na punkcie tego odległego kraju mam kręćka. Wreszcie jednak... tematyka obu opowieści przystaje do moich preferencji – to śnieżne ujęcie czasów okołoświątecznych, jednak nie takie, za którym przepada większość (przesłodzone, przekolędowane, przelampkowane, przeurocze i inne inwektywy), a... spod znaku bardzo ciemnej Gwiazdki. Fińskie bajki i podania mają to do siebie, że cechują się pewnym nęcącym odcieniem czerni. Próżno szukać w nich krasnali wesoło nucących pastorałki czy Gwiazdora z (niepiwnym) brzuchem, którego twarz rozjaśnia dobrotliwy uśmiech cukrowego dziadka. Są za to złośliwe skrzaty, które kradną cienie, oszukując dzieci i w ten sposób na zawsze je więżą... oraz Święty Mikołaj, prowadzący pozbawiony nadziei dziennik, w którym opowiada o utracie powołania. Czyż to nie jest piękne? Na deser, last but not least, NIESAMOWITA oprawa graficzna historii, za którą odpowiedzialny jest Pasi Pitkänen - tak wspaniale mrocznych ilustracji ubarwiających opowieść i dodających jej charakteru nie widziałam od wielu, wielu lat – a może i nigdy wcześniej. Tämä on jotain upeaa!
A teraz wskakuj na sanie – koniec ociągania się. Zabiorę Cię w podróż do pewnej śnieżnej krainy, której kreacji nie powstydziłby się sam Burton... gdyby odważył się na fińską, marzącą mi się po nocach, wyprawę. Gotowy?

