• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Podobno każdy kryje w sobie zwierzę. Na ogół lepiej, żeby się nie ujawniało. Niektórzy twierdzą jednak, że wszyscy posiadają odpowiedniki w przebogatym zbiorze ziemskiej fauny. Takie, które oddają ich naturę i zbiór cech charakterystycznych usposobieniu. Indianie wierzyli, że posiadali przodków będących zwierzętami, z jakimi byli w stanie nawiązać duchową więź. Wyrazem tego było noszenie totemów – animalistycznych symboli mających ułatwiać obranie właściwej drogi życia. Wiele osób jest przekonanych o istnieniu tak zwanych zwierząt mocy. Ich istota wywodzi się z szamanizmu i sprowadza do utrzymywania, że każdy człowiek posiada wewnętrzną moc, talenty i możliwości, które jest w stanie wyzwolić duchowy przewodnik, będący ich uosobieniem. Stanowi on odbicie charakterystycznych dla danej persony cech umysłowych, emocjonalnych i fizycznych. Do najbardziej popularnych należą: niedźwiedź, orzeł, koń, wilk, lis oraz ryś. Ten pierwszy symbolizuje siłę, hart ducha i poczucie pewności siebie. Drugi – potęgę, wolność i odpowiedzialność. Trzeci - dynamiczną moc, szybkość i mądrość. Czwarty – dzikość, lojalność i familiarność. Piąty – inteligencję, zręczność i przebiegłość. Ostatni - bystrość, twórczą moc i kreatywność. Nie można zapomnieć o kocie, który reprezentuje tajemniczość, niezależność, wrażliwość oraz magię. Moim zdaniem posiada jednak także ukryte cechy, o których wie każdy “kociarz”. Najczęściej przybierają one postać niezdrowej skłonności do trwałego pozostawania w pozycji horyzontalnej, terroryzowania żądaniami natychmiastowego nakarmienia, kształtowania pazurami foteli, kanap i innych elementów domowego wyposażenia oraz unikalnej zdolności do reagowania tylko na wybrane przez siebie zjawiska i bodźce, do których z całą pewnością nie należy głos właściciela, choćby przybrał najbardziej błagalne formy. Muszę przyznać, że jeśli miałabym wybrać „swoje” zwierzę mocy, z całą pewnością byłby to właśnie swojski „mruczek”, który jest dla mnie wzorem postępowania i stosunku do otaczającego świata. A Ty na co byś się zdecydował? 

16:57:00 No comments

Zanim odbędziesz ze mną literacki wojaż do Katalonii – anegdota. Przyjaciółka, która wytrzymała ze mną najdłużej (pozdrawiam, Kasiu) do dzisiaj wymienia ze mną pewien związany z “Españą” żart sytuacyjny. Otóż jako dwunastolatka nie tylko pochłaniałam imponujące ilości książek tygodniowo i prowadziłam jednocześnie czterdzieści cztery (!) onetowskie blogi. Co przyznaję ze wstydem, a właściwie - o czym nie opowiadam wcale - byłam też fanką argentyńskich i hiszpańskich telenoweli, jakie oglądałam z godnym podziwu zapamiętaniem, chociaż już wtedy dostrzegałam ich skrajną niemądrość fabularną. Nie przeszkadzało mi to jednak w śledzeniu losów Mariny i... marzenia (wcale niemającego nic wspólnego z przystojnymi aktorami, w ogóle!), że kiedyś z wyżej wspomnianą panią K. wybiorę się w podróż na nęcącą wyspę - czyli hiszpańskie Cancun, gdzie ów serial się rozgrywał. Wszystko pięknie, choć jako że lubię zimno, absolutnie nieprzystająco do mojego gustu... z takim tylko problemem, że kraina ta leży w Meksyku, czego moja Towarzyszka nie omieszkała należycie wyśmiać - tak szyderczo i ironicznie, jak to jedynie Ona potrafi. Owszem, geografia nigdy nie była moją mocną stroną. Dlatego tym razem książkową wycieczkę rozpocznę mądrością z życia wziętą: śląskie dziewczyny nie mają litości... a ja i tak z uśmiechem i sentymentem będę twierdzić, że Cancun leży w Hiszpanii. 😉  

“Trudno było zapomnieć tak inspirujący widok. Już jakiś czas temu postanowiła sobie, że koniec ze wstydzeniem się, że woli być bardziej otwarta, odważna, że chciałaby czerpać z życia garściami.” 

Okowy ograniczeń. To, co czynić wolno i rzeczy absolutnie zabronione; społecznie nieakceptowalne, oceniane najsurowiej. Ze strachu, zazdrości, a może całkowicie zasadnie? Szereg zasad i norm, nacechowany przez cały zestaw wartości. Wciąż ważnych czy przestarzałych? Kim jesteś, żyjąc spełnianiem oczekiwań innych? A gdyby tak... rzucić wszystko i uciec do Katalonii? 



17:12:00 1 comments

❗ Autorka tej książki próbowała mnie zabić - zobacz jak [zdjęcia]. ❗ 

Mam Twoją niepodzielną uwagę? Doskonale. Przepraszam, że zyskałam ją w ten sposób, ale... tak było i sądzę, iż powinieneś o tym wiedzieć. O tym jednak kilka zdań niżej. Teraz na poważnie, bo być może coś Cię jeszcze rozprasza, a potrzebuję pełnego skupienia. 

GDZIE TAKICH PSYCHOPATÓW CHOWAJĄ?! 

I... 

Niebo wali się nam na głowę, niebo wali się nam na głowę!  

A ta powieść jest z a j e... KAPITALNA. 

Zastanawiając się pod prysznicem nad tym, jak rozpocząć recenzję propozycji literackiej Autorki występującej pod pseudonimem Queen Cara, długo myślałam, po jakie motto sięgnąć. Co potwierdzone wieloletnią praktyką, właśnie podczas kąpieli duma się najlepiej. I tak oto w moim mózgowym magazynie danych o powierzchni przekraczającej wyobrażenie człowiecze i diabelskie wyświetlił się neon. “Niebo wali się nam na głowę” - migał czerwienią! Na domiar złego, jak już ustaliłam, że kwestię tę wypowiada Kurczak Mały, potwierdziło się, że ciąży nade mną kurza klątwa. No te importa. Zdanie to pasuje więcej niż doskonale, bowiem tak właśnie zachowuje się szybko ewoluująca w osobny byt fabuła powieści “Porwana przez Jokera. Obsesja”; książki nieznanej, o niepozornej okładce, którą PO PROSTU MUSISZ PRZECZYTAĆ.  

Widzisz te wszystkie motywy? Zapewniam, że to tylko wierzchołek przenoszącej do innego świata góry lodowej, która - no właśnie, nomen omen – w pewnym momencie zacznie się kruszyć i sypać na Twoją głowę. Stąd dość zawiłe powiązanie jaśnie kurczaczej bajkowej kwestii z tą PEREŁKĄ. 

To nie jest zwykły romans mafijny. To historia, która komediowością sytuacyjną doprowadziła mnie do łez ze śmiechu rekordową ilość razy. To opowieść doskonale ukazująca dualizm ludzkiej natury niesamowitą kreacją bohaterów. To opowieść o tym, że... miłość zawsze jest obsesją, która już dziś zasila grono tegorocznego TOP10. 

KUP TERAZ. Albo będziesz miał ze mną do czynienia. Zdanie to nie podlega odpowiedzialności karnej na podstawie doskonale Ci znanej ustawy o niezrównoważeniu psychicznym osobnika występującego pod nazwą Thrillerly.  

17:08:00 No comments


Zauroczona kulturowo wszystkim, co rosyjskie i będąca po części krwi Rosjanką, oddałabym wiele za choć jedno dzieło, które wyszło spod ręki mistrza złotnictwa Fabergé, odpowiedzialnego za powstanie budzących niemy zachwyt słynnych jaj. Biżuteryjny majstersztyk jest obiektem pożądania każdego, kto kryje w sobie pierwiastek wręcz nadnaturalnie tęsknej miłości do tego, co niedoścignione, niepowtarzalne i czarujące perfekcjonizmem. Jubilerskie “pieces of an art” póki co pozostają nieszczęśnie poza moim zasięgiem - szacuje się, że powstało ich około pięćdziesięciu (choć sama optuję za wyższą liczbą), spośród których część jest warta... po 50 milionów dolarów. Mogłabym napisać: pomarzyć dobra rzecz lub zanucić “someday” Flipsyde, ale bardziej zasadne będzie moje ulubione motto: превращай мечты в цел - przekształcić marzenia w cele. Dopóki jednak nie doznają stosownej przemiany, poszukuję nęcącego arystokratycznością północnowschodniego uroku wszędzie tam, gdzie tylko dostrzegam jego skrawki. Dlatego właśnie na moim przepełnionym rosyjskością regale znalazła się wizualna perła; яйцо Фаберже w postaci najnowszej książki Moniki Raspen, otwierajacej cykl “Kobiety Romanowów”. Malowane brzegi, złocenia, wariacja na temat herbu tego znamienitego rodu – wszystko to okolone majestatem barwy butelkowej zieleni, doskonale współgrającej ze złotem. Odsuwając na bok wszelkie inklinacje oraz zwichrowane sympatie, obiektywnie przyznaję, że to jedno z najbardziej estetycznych wydań powieści, jakie miałam okazję podziwiać. Tak oto jajco Fabergé, szybciej niż myślałam, znalazło się w mojej kolekcji.

Dzieła spod magicznych dłoni jubilerskiego czarodzieja urzekały przede wszystkim oprawą zewnętrzną - choć w środku najczęściej skrywały miniaturowe cuda, zachwycające równie mocno. Czy da się stwierdzić, że ich wnętrze było w pewien sposób puste? Albo inaczej - iż zawartość to zbędne przeładowanie rzeczy i tak nader zdobnej? Ten sam dylemat objął mnie w posiadanie po przeczytaniu “Wnuczki Fabergé”...

13:22:00 No comments

Czy warto latami czekać na osobę, którą się pokochało? Czy tego rodzaju poświęcenie nie jest zbyt wielką ofiarą? Może lepiej o wszystkim zapomnieć i rzucić się wir życia, zamiast odliczać mijający czas przesycony tęsknotą i samotnością? Odpowiedzi na takie pytania każdy znajdzie w głębi serca. Dla jednych wzorem będzie Penelopa, niezmiennie wyglądająca Odyseusza przez prawie dwie dekady, pomimo roztaczanych przed nią blichtrów związanych z ponownym zamążpójściem.  

Inni wybiorą odmienną ścieżkę, uznając, że najważniejsze jest chwytanie okazji, które podsuwa życie, a nie rozpamiętywanie minionych chwil szczęścia i jałowe trwanie w wierności, z której nic wartościowego tak naprawdę nie jest w stanie się wyłonić. Dwie odmienne postawy tak od siebie odległe, jak różne są ludzkie charaktery i podejście do istoty człowieczego losu. Jedna, dla której miłość i stałość są najwyższą wartością; druga twierdząca, że najważniejsze jest „tu i teraz”, a bierne oczekiwanie na ponowne pojawienie się wybranka jest pozbawione sensu.  

Na domiar złego, upływ czasu nieuchronnie zmienia każdego człowieka i jego pojmowanie świata oraz podejście do życia - przecież wszystkie wydarzenia odciskają niezatarte piętno. Ten, który był darzony miłością, po wielu latach nieobecności może objawić się jako ktoś zupełnie obcy, nieprzystający już do obecnej rzeczywistości. Stanie się wtedy przed świadomością, że tak naprawdę pielęgnowało się w pamięci jedynie wyobrażenie ukochanej osoby, a nie jej prawdziwy obraz, który okazał się rozczarowujący.  

Kiedyś trwanie w wierności na przekór wszystkiemu było wręcz naturalną postawą. Obecnie tego rodzaju „staroświeckie” zachowanie kwitowane jest co najwyżej lekceważącym wzruszeniem ramion. Czy na pewno słusznie? Czy w pędzącym tak szybko do przodu świecie ludzie nie zatracili cząstki własnego człowieczeństwa i nie stali się zbyt wygodni, niezdolni do trwałości, która cechowała poprzednie pokolenia? Na te pytania próbowała znaleźć odpowiedź Autorka recenzowanej książki. Czy jej się to udało? 

18:02:00 No comments

This is forever... Oto Twoja wieczność i Wasze zawsze – zaczarowana kula, wypełniona śniegiem o połyskujących feerią barw, błyszczących płatkach. Pełna magii, nasączona doskonałym poczuciem humoru najpiękniejsza zimowa historia o miłości, jaką przeczytasz w tym roku.

Gwarant najwyższej jakości Thrillerly, czyli... moja pierwsza tegoroczna RECENZJA PATRONACKA. Niezwykle dumna, bowiem objęcie opieką medialną książki Autorki słusznie cenionej przez czytelników na całym świecie, poczytuję za kolejne osiągnięcie.

This is my forever... What’s yours?

“Małe punkty na mapie naszej historii, które wtedy wydawały mi się błahe, ale przecież dla niej znaczyły wszystko.”

Dziewczyna z sąsiedztwa. Ta, do której pokoju wspinałeś się potajemnie po gałęziach drzewa, niejednokrotnie ryzykując gniewem rodziców po nakryciu na niecnym uczynku lub kontuzją. Było warto – przecież każda chwila spędzona na osobności znaczyła niewiele. Zawsze nierozłączni; nie tyle jak brat i siostra, a dwie pokrewne dusze, ulokowane z niejasnej przyczyny w osobnych ciałach. Jedna piaskownica, wakacyjne szaleństwa, opatrywanie nieopatrznych urazów po zabawach, dzielenie szkolnych rozterek i wspólne studia, zmierzające ku tej samej ścieżce kariery w przyszłości. Z dzieciństwa do dorosłości - wciąż ramię w ramię, krok w krok, minuta za minutą i rok po roku... zawsze obok. Dwójka przyjaciół tak nierozłączna jak żadna inna; budząca uznanie, podziw, niekiedy nawet zazdrość. I jedno bardzo trudne pytanie, które przychodzi do głowy wszystkim poza Wami, a może jedynie poza Tobą samym: czy tak niepowtarzalna relacja nie powinna w końcu ewoluować w coś więcej? From ashes to ashes, like to love; wreszcie – friends to lovers... Dlaczego nie dostrzegasz tego, co tak oczywiste? A może to strach przed utratą czegoś niepowtarzalnego? Oto chwila próby...

15:40:00 No comments

Widmo wojny nuklearnej dręczy ludzkość od chwili wynalezienia bomby atomowej. Nikt do końca nie wie, jak wyglądałby świat po jej użyciu, jednak pewne wyobrażenie daje jej trzykrotne zastosowanie.   

Dwa pierwsze nastąpiły w Japonii. 6 sierpnia 1945 roku o godzinie 8:16:02 śmiercionośny ładunek pieszczotliwie nazwany „Little Boy” eksplodował nad Hiroszimą, a jego brat „Fat Man” o 11:02 nad Nagasaki. Skutki ataków były przerażające - zginęło około 250 tysięcy osób, w większości wskutek przejścia potężnej fali uderzeniowej oraz silnego napromieniowania. Jednak konsekwencje użycia nowego wynalazku ludzkości trwały jeszcze wiele lat, objawiając się w postaci choroby popromiennej, zbierającej krwawe żniwo. Dotknięci nią ludzie umierali na choroby nowotworowe oraz zawały serca. Ich liczbę szacuje się na wiele tysięcy przypadków.  

Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie było to ostatnie posłużenie się bombą atomową, które spowodowało liczne ofiary. Kolejne nastąpiło w Związku Radzieckim i przez wiele lat było otoczone ścisłą tajemnicą. To dość oryginalnie miłujące pokój państwo, którego naczelnym celem było zaprowadzenie kom*unizmu na całym globie, postanowiło sprawdzić, czy jego wojska będą w stanie atakować przeciwnika w strefie popromiennej. Ponieważ tego rodzaju pytanie nurtowało marszałka Gieorgija Żukowa, postanowiono znaleźć na nie szybką odpowiedź, wychodząc z założenia, że jak mawiał Józef Stalin: “людей У нас много” (ludiej u nas mnogo). Jak pomyślano, tak zrobiono. W 1954 roku na poligon wojskowy w Tockoje zapędzono 45000 żołnierzy Armii Czerwonej i… zrzucono na nich bombę atomową. Trzeba podkreślić, że w tej historii istnieje także polski akcent, gdyż w tym samym miejscu w czasie drugiej wojny światowej formowały się i ćwiczyły polskie wojska pod dowództwem generała Władysława Andersa. Specyficznym manewrom, których istoty oczywiście nie podano do wiadomości żołnierzy, nadano dumny kryptonim „Śnieżok”.  Zadbano, aby sołdaci prezentowali się jak na defiladzie, więc wydano im nowe mundury i bieliznę. 14 września 1954 roku w odległości pięciu kilometrów od oddziałów zrzucono z samolotu ładunek jądrowy dwukrotnie silniejszy niż ten, którym obdzielono Hiroszimę. 40 minut potem padł rozkaz „nacierać!” i masy radzieckich chwatów z bojowym okrzykiem rzuciły się naprzód, w kilka godzin przedzierając się przez strefę skażoną wybuchem. Ilości ofiar nikt nie zna, gdyż prawda o tym spoczywa w przepastnych głębiach archiwów, jednak przypuszcza się, że prędzej czy później skutki poddania się tak olbrzymiemu napromieniowaniu musiały uśmiercić praktycznie wszystkich uczestniczących w ćwiczeniach. Liczne zgony musiały także paść po stronie cywilów, ponieważ chmura radioaktywna dotarła aż do Nowosybirska. Wprawdzie sowieckie władze próbowały zminimalizować ich liczbę stawiając wiele szpitali polowych, jednak... pomysłowo umiejscowiono je w strefie wybuchu.  

Wszystko to daje ogólne pojęcie o skutkach użycia broni atomowej, jednak wielką niewiadomą pozostają konsekwencje, które spadłyby na ludzkość w razie jej masowego użycia. Możliwe, że najgorsze byłyby powstałe wskutek tego ogromne zmiany genetyczne. Wielu twierdzi, że mogłyby one skutkować z biegiem lat powstaniem nowych form życia i snuje wizje zmutowanych istot, wyglądem przypominających ludzi, jednak posiadających świadomość na poziomie drapieżnych zwierząt. I tak właśnie się zachowujących. Pozostaje skonstatować, że najlepiej byłoby, abyśmy nigdy nie mieli możliwości tego sprawdzić...   

17:34:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (71)
    • ▼  maj (20)
      • Paweł M. Arent - Medalion - recenzja
      • Miłosz Wołk - Łaniewski - Miejmy to za sobą - rece...
      • Sebastian Orszulik - Tam i z powrotem + trzy metry...
      • Joanna Kurek - Amartu-Ziqqu. Przebudzenie - recenzja
      • Karol Husak - Wcielone zło - recenzja
      • Kathryn Croft - Ostatniej nocy - recenzja
      • Maren Stoffels - Escape room - recenzja
      • Stanisław Lem - Głos Pana - recenzja
      • B. Dyakowski - Z naszej przyrody - recenzja
      • WP Rdzanek - Akord - recenzja
      • Bożena Bisewska - To, co nie pamięta - recenzja
      • Krzysztof Drozdowski - Wampir z Osielska - recenzja
      • Piotr Żymełka - Niewierny - recenzja
      • MAESTRIA - Selena. Córka dwóch światów - recenzja ...
      • Agnieszka Łepki - Domek nad jeziorem Borzymskim - ...
      • Kyra Parsi - Jak rozkochać gbura - recenzja
      • Marta Górna - Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świe...
      • Katarzyna Hewa - Małe wstrząsy - recenzja
      • Michael Connelly - Wilcza jagoda - recenzja
      • Barbara Seleman - Zanim spłonę - recenzja
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates