„Atmosfera była naprawdę niesamowita. Wędrowałem po lesie, na niebie świecił sierp księżyca, do głowy miałem przypiętą latarkę. Zamierzałem odkopać zwłoki żony i szukać wskazówek na temat tożsamości jej mordercy. Każdy czułby się dziwnie w takich okolicznościach.”
Współmałżonka można zamordować na wiele różnych sposobów. W afekcie,
uderzając go z całej siły rozgrzaną patelnią, kiedy po raz kolejny usłyszysz,
że zupa była za słona. Z rozmysłem, dusząc go w nocy poduszką, bo słuchanie
kanonady chrapania o iście czołgowej liczbie decybeli po raz trzysetny z rzędu
w końcu sprowadziło Cię do kresu wytrzymałości. Nieco bardziej przebiegle,
podtruwając codziennie jego ulubione przekąski, przez które kupiona przez
Ciebie za bajońską sumę kanapa z białej przeistoczyła się w żółtą. Albo trochę
bardziej wyrafinowanie – doprowadzając do zawału, niby to przypadkiem wrzucając
do pralki swoją dziko różową sukienkę z jego ulubionymi białymi koszulami. Jest
jeszcze inna opcja, znajdująca się bardzo wysoko na szali psychopatii i pomysłowości:
można pieczołowicie wybrać współmałżonka, już wówczas planując, że się go
pozbędziesz. Złowić podstępnie najgrubszą rybę w stawie, po której niewinnie
wyglądającej śmierci, na zawsze odmienisz swoje życie, zgarniając sumkę, o
jakiej nawet nigdy nie marzyłeś…








