“Ulepimy dziś bałwana” bywa traumatyczne - zwłaszcza, jeśli w ślad za nim podąża “dla niektórych rzeczy warto się roztopić”. Skoro stworzony z trzech śnieżnych kul za chwilę może przestać istnieć - czy w ogóle warto go stworzyć? Okazuje się, że tak – bo zanim zniknie, pozwoli na stworzenie wspomnień, które pozostaną w pamięci na dłużej - jeżeli nie na zawsze. Podobnie jest przecież ze wszystkimi relacjami. Przyjaciele nie mają gwarancji, że zostaną nimi do końca wieczności, kochankowie - iż kiedyś się sobą nie znudzą, wymieniając, zgodnie ze słowami jednej z piosenek, na lepszy model, a wrogowie, że będą darzyli się niezmienną nienawiścią. Każde z uczuć pozostawia po sobie niezacieralny ślad. Nawet albo szczególnie wtedy, kiedy jest chwilowe. Przede wszystkim jednak wówczas, gdy jest nieprzemijalne. Ponoć “władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” - i może jest w tym pewna słuszność, jeśli pierwszy wyraz zastąpi się miłością. Bo czyż nie jest tak, że obojętnie jakiego z jej odcieni nie odstępuje się już nigdy?
“Prędzej piekło zamarznie, niż im na to pozwolę.”
Przyjaciele, byli przyjaciele, wrogowie – potem kochankowie. “Prędzej piekło zamarznie” to pierwsza powieść Ludki Skrzydlewskiej, jaką miałam przyjemność przeczytać. Opowieść z motywem dobrze znanym miłośniczkom romansów - a jednak podanym zupełnie inaczej. Okolona ośnieżonymi szczytami gór, umiejscowiona w uroczej mieścinie Silver Springs, znajdującej się w Kolorado i pełna skomplikowanych relacji rodzinno-romantycznych, okazuje się doskonałą rozrywką dla kogoś, kto poszukuje bogatej w zwichrowania historii osadzonej w zimowej scenerii. Słodko-gorzką narrację niepozbawioną elementów niepokoju prowadzi dwójka bohaterów - skłonny do ładowania się w tarapaty świąteczny świrek imieniem Marigold oraz mieszkający obecnie w dużym mieście, zblazowany Grinch (to nie ja, przysięgam!) - Saint. Czyżby w tym roku faktycznie miało nie być Gwiazdki?
.png.jpg)
.png.jpeg)
.png.PNG)
.png.PNG)