Jedna z najbardziej oryginalnych kobiet wszechczasów - Agnieszka Osiecka. Wolna, zwichrowana; gdyby stworzyć ją pędzlem czy ręką mistrza, stanowiłaby mozaikę feerii kolorów, faktur i materiałów. Poetycka ikona, utracjusz, twórca poruszających utworów, niezaprzeczalny talent, niespokojny duch... Określenia można mnożyć w nieskończoność, posiłkując się krążącymi o niej legendami i anegdotami. Kim była naprawdę? Aby spróbować udzielić odpowiedzi na to pytanie, należy cofnąć się do początku - tam, gdzie wszystko się zaczęło; gdy w powietrzu wirowały odbijane przez słoneczne światło drobinki połyskującego tęczowo pyłu...
“Cholera... takie to wszystko pokręcone i bez sensu... Życie zachorowało na anemię - nie ma kolorów.” (Osiecka)
Na gałęzi starego bukszpanu przysiadł z melodyjnym trelem mały ptak o nastroszonych piórkach. Każde z nich miało inną barwę i wydawało się być skierowane w zupełnie różną stronę. Obok odpoczywała reszta – szary gołąb, bury wróbel i czarna kawka. Żadne z nich nie było jednak podobne do kolorowej ptaszyny, wydającej z siebie piękne, przypominające pieśń poetyckiej tęsknoty przeplatanej z fraszkową radością, dźwięki. Zanim unikat stał się wyjątkowy, musiał przelecieć długą drogę - próbując stworzyć swoją oryginalność z miliona pozornie nieprzystających odłamków połyskujących szkiełek, fruwających czasem jak w kalejdoskopie...
“Z istnienia, stałości, przestrzenności, ruchliwości i czasowości stanów oraz rzeczy Osiecka wyciągnęła bowiem wnioski dotyczące ich niepojętości, nieskończoności i nieweryfikowalności.” (Felberg)
Już jako kilkunastolatka podziwiałam frenetyczne halucynacje semantyczne Agnieszki Osieckiej. Przepiękne wydanie “Listów na wyczerpanym papierze”, będących zbiorem tekstów oraz korespondencji, którą prowadziła ona z ukochanym Przyborą, zaczytałam na śmierć, nurzając się w chaosie uczuć i poetyckiej klatki słów. Przyszła pora na zderzenie z pierwszym tomem wnikliwej biografii Karoliny Felberg, zatytułowanej po prostu “Osiecka”. Czy okazało się wystarczająco ujmujące?

.png)

