Bardzo się potłukłaś, kiedy spadałaś z nieba?
Żartuję. To moim skromnym zdaniem jeden z najmniej mądrych tekstów na rzekomy podryw, które miałam okazję słyszeć w długim i mrocznym życiu.
Wiesz, w jaki sposób Vanessa Możdżer pisała “Ślad anioła”? Ja również nie – ale widzę to dokładnie tak...
Autorka siedzi w biurze przy solidnym biurku z dębowego drewna, niepozbawionym wyżłobionych zdobień, nadających mu wyjątkowego charakteru. Na nim jedynie cienki laptop, po prawej stronie którego stoi magicznie odbijająca światło figurka kryształowego anioła. Przed nią, zupełnie tak jak na okładce, ciemnoszara ściana. Nim Pisarka otworzy pierwszy rozdział, podchodzi do niej z niebieską kredą w ręce i pewnymi pociągnięciami nanosi na farbę błękitne, detaliczne skrzydła. “Niech każde z piór będzie innym bohaterem” - myśli, a potem tworzy pomiędzy nimi nieziemską sieć powiązań. W pełni realistyczną, a jednak namalowaną słowami oraz wręcz GENIALNĄ fabułą w sposób, który zwykłemu śmiertelnikowi z pewnością nie przyszedłby do głowy. Czytając propozycję literacką Możdżer czułam się bowiem, jakbym oglądała film “Angel-A” albo jedną z wybitnych produkcji Woody’ego Allena. To literackie kino, powodujące chęć zaklaskania nad nieoczekiwanymi rozwiązaniami i rozciągające usta w szczerym uśmiechu - rzadko bowiem można natrafić na takie, w jakim każda, najcieńsza nawet nić narracji splotłaby się w wielowymiarowy wzór. Co bardzo zaskakujące, “Ślad anioła” okazuje się powieścią obyczajową niepozbawioną elementu nadnaturalności, wiodącego do... przepięknej historii o miłości i tym, że nawet wzgardzane i obdarzane niewiarą przeznaczenie prowadzi dokładnie do tego miejsca, które wybrało. Jeśli krętymi ścieżkami i przez mrok – to i tak finalnie będzie tak, jak miało się zdarzyć. Mój ulubiony determinizm może mieć czarodziejski wydźwięk - jeżeli tylko odpowiednio się o to postarać.
.png)
.png)
.png)
.png)