Witajcie.
Muszę się Wam pochwalić, że mam ostatnio spory zapał do pisania nowych postów! Bardzo mnie to cieszy, że nie dopadła mnie jakaś jesienno-zimowa chandra i na blogu wciąż coś się dzieję. Dziękuję Wam także za wszystkie komentarze, których ostatnio przybywa. Oby tak dalej! ☺
Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o mojej przygodzie z naturalnym surowcem kosmetycznym, który jakiś czas temu zagościł w mojej łazience. Masło shea jest produktem, którego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Na pewno nie raz spotkaliście się z nim w balsamach, maskach do włosów, czy też nawet pomadkach do ust. Nic zresztą dziwnego, że producenci je lubią- ma działanie pielęgnacyjne, nawilżające, natłuszczające. Sprawia, iż skóra staje się o wiele bardziej gładka i miękka. Nie ma prawa powodować alergii, co można powiedzieć o naprawdę niewielkim procencie składników kosmetyków. Jest także idealną ochroną przed starzeniem się skóry, mrozem, wiatrem, czy wysuszeniem skóry. Daje uczucie ukojenia. Mogłabym tak wymieniać jeszcze godzinę, ponieważ pozytywów wprost nie ma końca.
Uwielbiam półprodukty i surowce kosmetyczne nie tylko, jeśli chodzi o pielęgnację ciała, ale i jeśli chodzi o włosy. Masło shea stosuję więc nie tylko w klasyczny sposób, traktujący o pielęgnacji skóry. Jak sprawdza się to w praktyce?