Cześć, Kochani.
Ostatnimi czasy moja szanowna Wena udała się chyba na dalekie wakacje i, cholera paskudna, nie zamierza szybko z nich wrócić. Książkowych recenzji mam Wam jednak do przygotowania co niemiara, w związku z czym będę musiała chyba posłać za nią list gończy... Póki co korzystam więc z przybyłej nagle, dawno zapomnianej już rezerwy. Z góry za opóźnienie przeprosić muszę, jednak reklamacje wszelkie przyjmuje moja paskuda, huśtająca zapewne obutymi w szpilki zgrabnymi nogami gdzieś w okolicy Cancun.
O debiutanckiej powieści dwóch polskich autorek zatytułowanej Klątwa przeznaczenia miałam Wam opowiedzieć już dość dawno, wciąż jednak nie mogłam odpowiednio emocji swoich ubrać w słowa. Nigdy nie byłam bowiem przekonana do literatury fantasy, czego dowiedzieliście się już z mojej poprzedniej książkowej recenzji. Ba! Tym bardziej nie do końca przepadałam za literaturą polską- wiem, shame on me. Pewnej nocy kilka miesięcy temu znużona coraz bardziej zagłębiałam się jednak w facebookowe zakamarki i nagle moją uwagę przykuła grafika. Nie pamiętam już dokładnie jaka, choć nie byle jaka, jednak to, co mnie zaintrygowało to tekst- niedługi, więc przeczytany jednym tchem. Po małym wywiadzie ustaliłam, iż jest to fragment Klątwy właśnie. Niewiele myśląc, skontaktowałam się z jedną z przemiłych autorek i na mojej książkowej półce stanął dumnie recenzencki egzemplarz. Czy jednak krótki, acz urzekający fragment słuszny osąd rzucił na całą powieść, liczącą sobie, bagatela, 812 stron?








