„Flirtowaliśmy wokół niewidzialnej linii, zanurzając ponad nią palec lub
dwa, a potem znów odskakując. Bawiliśmy się ogniem, tańcząc nad przepaścią czegoś,
z czego nie mogliśmy wrócić. Tak bardzo się bałam, że spadnę.”
Recenzję „London falling” mogłabym rozpocząć zdaniem: „patrzył, patrzył i wypatrzył”, bowiem dotychczas nie spotkałam się jeszcze z książką, w której tak wiele razy występuje słowo: „patrzeć” w każdej możliwej odmianie – w dodatku w towarzystwie wszystkich synonimów. Naprzemiennie prowadzona narracja bez mała kilkadziesiąt razy informuje nas o tym, że główni bohaterowie na siebie spoglądają, kierują ku sobie swój wzrok mniej lub bardziej ukradkiem, wpatrują się w swoje oczy… i tak dalej, i tak dalej. Spozieraniu temu, będącemu właściwie główną osią fabuły, asystują wzdychanie oraz bardzo monotematyczne myśli, dotyczące tego jak zaciągnąć to drugie do łóżka. Historia, skrywająca się za piękną okładką, która początkowo skojarzyła mi się ze znanym i lubianym serialem „Gossip girl”, niestety szybko przekształciła się w rozczarowującą i pozbawioną wartości opowiastkę. Dlaczego?


.jpeg)