„Nikt nie chciał uwierzyć, no bo jak to: taki ideowy z nieskazitelną przeszłością i zdradził.”
20 października 1984 roku „Dziennik telewizyjny” poinformował o tym, że ksiądz Jerzy Popiełuszko zaginął. Cała wartościowa strona ówczesnej Polski na dłuższą chwilę wstrzymała z niepokojem oddech. Ksiądz z Żoliborza nie był zwykłym wikarym. Jego niepokorność znana była w całym państwie, a kazania wysłuchiwane przez tysiące osób. Każda z homilii na wskroś skromnego Popiełuszki miała tylko i aż jeden cel: podtrzymać na duchu społeczeństwo, w którym z każdym kolejnym dniem zostawało mniej siły do walki z opresyjną bandą generała Jaruzelskiego. Gdybyś spotkał tego świętej pamięci Księdza na ulicy bez sutanny, pewnie nawet nie zwróciłbyś na niego uwagi. Niepozorny. Szczupły. Chorowity. Jednocześnie postać tak wielka, że stała się ogromnym zagrożeniem dla aparatu władzy, w związku z czym zdecydowano się ją usunąć. Zabijanie duszy narodu okazało się niewystarczające – trzeba było jeszcze raz pokazać Polakom, kto tu rządzi – i że nikt nie ma prawa w tym przeszkadzać, głosząc niezgodne z powszechnie uznawaną, a więc jedyną dozwoloną narracją. SB, MO, ZOMO, ORMO, tajne służby, wszechobecni agenci, donosiciele i bezprawie… Bezlik zbrodni; prawda bardziej przerażająca od jakiejkolwiek fikcji.
.jpg)

.jpg)
.jpeg)


