Wiele lat temu nie tylko chętnie zanurzałam się w poezji, ale i tworzyłam własną, której część została nawet wydana w antologii. Później straciłam swoją Muzę i na spory kawałek czasu zarzuciłam świat wierszy, do którego mogłam powrócić za sprawą tomiku Marcysi Koćwin, noszącego dumnie tytuł „Dym i kurz” i mającego nostalgicznie klimatyczną okładkę, która bardzo przypadła mi do gustu. Czy ten swoisty transfer do przeszłości przyniósł mi odpowiednią dawkę lirycznej przyjemności?
Zanim omówię warsztat i tematykę Poetki, będącej bohaterką dzisiejszej
recenzji… specjalnie dla Was: mała gratka. Poniżej wiersz, który przeniosłam z
uczuć żywionych do Kogoś wyjątkowego na papier kilkanaście lat wstecz. Choć
jest jednym z najkrótszych w moim arsenale, darzę go wyjątkowym sentymentem.
Kurtyna w górę, otrzepmy z niej mieniące się feerią barw drobinki, nomen omen,
kurzu…
„Nie wrócisz”
Jak powiedzieć mi, że
już nie wrócisz
zbyt zielone słowa
Jak powiedzieć Ci, że
Wszystko
tylko nie nauczyłaś mnie zapominać
.png.PNG)
.jpeg)
.png.jpg)

.jpg)
.png.PNG)