Znalezienie debiutu, który pozbawiony jest szeregu wad, w pewien sposób charakterystycznych dla tych pierwszych pisarskich kroków, bywa niesamowicie trudne. Dialogi są zbyt sztywne, postaci wykreowane płasko, a zwroty akcji mało rzeczywiste. Powieść można by znacznie odchudzić lub wręcz przeciwnie – rozbudować, jako że zabrakło rozwinięcia istotnych wątków. Opisy przytłaczają albo odwrotnie, są tak skąpe, iż nawet mający bujną wyobraźnię czytelnik nie jest w stanie zwizualizować sobie literackiego otoczenia. Czasami korekta czy redakcja są mało przykładne. Część fabuły ginie w mroku lub staje się całkowicie nielogiczna. Językowo bywa zdecydowanie zbyt prosto czy inaczej – wszystko zostaje przekombinowane. Pojawia się za dużo sennej akcji lub ewoluuje ona w przesadnie dynamiczną. Można by tak wymieniać długo i jeszcze dłużej, ale warto dodać że debiuty rządzą się swoimi prawami, przez co nie można ich oceniać bardzo surowo. Niekiedy – choć bardzo rzadko, niemal tak nieczęsto jak się uśmiecham – nie trzeba tego robić… wcale, bo w pierwszej książce autora niewiele jest do zmiany lub ulepszenia. Wówczas należy chwalić, podziwiać i życzyć sobie tak dobrych, rozpoczynających przygodę z pisarzem, lektur więcej.
Który z powyższych debiutanckich grzechów popełniła w „Za żywopłotem” Maria
Biernacka-Drabik? Otóż: żaden. Gdybym nie posiadała informacji z tak zwanej
pierwszej ręki, podałabym w wątpliwość fakt, że nie ma ona kilku
poprzedzających tę powieść książek w swoim literackim dorobku. To idealnie wyważone
połączenie świetnie skonstruowanej historii kryminalnej z ogromnie rozbudowaną
warstwą dramatu obyczajowego stanowi przykład tego, jak można zacząć pisarską
karierę „z przytupem” i na bardzo wysokim poziomie. Chapeau bas - także za
wręcz poetycką otoczkę językową.

.png.PNG)
.jpeg)
.png.jpg)