„Jesienna miłość” Sparksa, tudzież – w wersji zekranizowanej – chwytająca za serce „Szkoła uczuć”. Najpiękniejsza historia o pożegnaniu i odchodzeniu, czyli „Ćwiczenia z utraty” Tuszyńskiej. „Gwiazd naszych wina” Greena. I perła w koronie, mój ulubiony wyciskacz łez, to jest „Cały czas świata” Nickles. W tym zestawieniu wzruszających propozycji powinna znaleźć się również druga część dylogii „Nowy początek” Zofii Pyłypczuk; „Uratuj mnie” sprawi bowiem, że nawet kamień zapłacze. Zafascynowana Skalnym Miastem, Stonehenge czy Błędnymi Skałami, wiem doskonale, o czym piszę. To nie jest lekka młodzieżówka, będąca jedną z wielu rozrywkowych książek, mających szansę stać się hitem wśród nastolatków. To wartościowa, słodka, choć przede wszystkim gorzka, opowieść o stracie, sile miłości i wadze przyjaźni. Coś, co poznać możesz jedynie w towarzystwie mnóstwa chusteczek – bo mroczna ja może Ci zagwarantować, że podczas lektury będziesz mniej lub bardziej ukradkiem ocierać łzy smutku i… zwijać się w kłębek wskutek wycieńczających napadów śmiechu. Pyłypczuk pisze w sposób świadomy – doskonale wiedząc, kiedy rozbawić czytelnika, bo ten czuje się zbyt przytłoczony żalem, niesprawiedliwością i tragedią. „Uratuj mnie” to historia o tym, jak wspaniale żyć i pięknie umierać; dramat YA, który złamie Twoje serce, roztopi powstałe fragmenty, a potem na całość pozostałych resztek przyklei plaster z uśmiechniętą buźką. Prawdziwy emocjonalny rollercoaster!
„Następnie patrzę w oczy mężczyzny, którego kocham, biorę głęboki oddech i zaczynam naszą historię…”
Seattle. Miasto grzechu, kawy, zespołów rockowych. The Emerald City z wiecznie zielonymi lasami. Ogromny punkt na waszyngtońskiej mapie, który na zawsze odmieni bieg Twojego życia. 750 tysięcy ludzi; wśród nich Ty… i leżący koło Ciebie, skatowany, definitywnie martwy mężczyzna. Jak?
To miał być wieczór jak każdy inny. Napój w pobliskim barze, piwo, może coś
mocniejszego. Wizyta w toalecie, w trakcie której wciągniesz głęboko w płuca dym
i dostarczysz niezbędną dla cukrzyków substancję do krwiobiegu. Ekstaza płynąca
z dwóch prostych, lecz także koniecznych przyjemności. Błogi spokój. Już zaraz,
za chwilę. Rozchodzące się głucho po brudnym pomieszczeniu kliknięcie
zapalniczki. Żarzący się płomień, zbliżony do trzymanego w ustach papierosa
podłej jakości. A potem tylko ciemność – nie rejestrujesz nawet upadku na zimne,
zniszczone kafelki. Kiedy otwierasz oczy, wszędzie krew. Zbryzgane nią ściany, Twoje
ubranie i leżący nieopodal, zamordowany rosły mężczyzna. Nie trzeba być geniuszem,
aby stwierdzić, że nie żyje. W łazience nie ma nikogo oprócz Was, z czego wyciągasz
dość oczywisty wniosek: to Ty to zrobiłeś, choć całkowicie tego nie pamiętasz.
Czujesz w ustach posmak odpalanego papierosa, a po tym… nic. Jak to możliwe?
Przecież od zawsze brzydziłeś się przemocą, wiedziesz najzwyklejszy żywot, masz
kobietę, marzenia i plany na przyszłość… Co teraz? Panika. Przez Twoje żyły
przepływa panika w najczystszej postaci; miliony igiełek kłującego chłodu,
rozprowadzające je po całym ciele przyspieszone oddechy, grożące
hiperwentylacją. Panika. Pan… PANIKA. Ogromny, czerwony neon w głowie: uciekać,
jak najszybciej uciekać! Ktokolwiek znajdzie Cię tu z zamordowanym ze szczególnym
okrucieństwem człowiekiem, dojdzie do tych samych wniosków co Ty: musisz być
odpowiedzialny za jego śmierć. W pamięci czarna dziura. Kto uwierzy Ci, że nic
nie zrobiłeś, skoro stoisz tutaj z oszalałym wzrokiem w ubraniu skąpanym w obcej
krwi?
Ciągle nawiedza Cię wspomnienie... Szybkie sięgnięcie po broń, strzał, upadające ciało. Jako początkujący funkcjonariusz policji spanikowałeś i pozbawiłeś człowieka życia. Potem krótkie śledztwo, które co prawda uwolniło Cię od zarzutów, jednak nie od wyrzutów sumienia i nocnych koszmarów. Pół roku bezczynnego gapienia się w ścianę i odtwarzania w pamięci raz za razem tamtego wydarzenia. Tego, które pozbawiło Cię ukochanej kobiety. Nie mogąc znieść Twojego milczenia i pustych oczu, wyjechała wraz z nienarodzonym jeszcze dzieckiem do odległej Wielkiej Brytanii. Nawet nie próbowałeś jej zatrzymać, choć do ostatniej chwili czekała na jakiś gest z Twojej strony.
„Nadal mam przed oczami spakowaną walizkę w kolorze zgniłej zieleni. Gdy Alina wychodziła, zatrzymała się w drzwiach. Długo na mnie patrzyła, zanim skierowała się do windy. Chyba czekała. Teraz jestem pewien, że czekała, aż ją zatrzymam. Nie miałem siły. Nie chciało mi się ruszyć z kanapy.”
Straciłeś wszystko, ale życie toczy się dalej. Odszedłeś więc ze służby i stałeś prywatnym detektywem. Zawód w sam raz dla Ciebie... Idealnie się do niego nadajesz. Twoje zgorzknienie i brak złudzeń co do otaczającej rzeczywistości uczyniły Cię odpornym na brud ludzkich uczynków.
„Nie
przyjmuję zleceń od znerwicowanych przestępców ani od tych, którzy mogą mieć
nierówno pod sufitem. Nie mam kwalifikacji psychiatrycznych, więc unikam tematu
jak ognia. Moją specjalnością są zdrady małżeńskie.”
Przybywam
do Was z kolejnymi pięcioma tytułami z bardzo popularnej serii wydawniczej
Bellony -„Biblioteka Żółtego Tygrysa”, które prezentują się równie atrakcyjnie
- zarówno pod względem graficznym, jak i merytorycznym. Niewątpliwie silną
stroną tomików jest fakt, że opisują one najbardziej pasjonujące wydarzenia
drugiej wojny światowej łatwo przyswajalnym językiem, pozbawionym naukowego
zadęcia. Dzięki temu „tygrysie” książeczki stanowią bardzo nęcącą propozycję
dla wszystkich miłośników historii tego globalnego konfliktu. Z tych właśnie
powodów, mają one wszelką szansę na powtórzenie sukcesu pierwszej edycji, która
cieszyła się niesłabnącym powodzeniem przez ponad trzydzieści lat i gościła w
prawie każdym polskim domu. O czym
traktują te, które miałam ostatnio okazję poznać bliżej?
Znalezienie debiutu, który pozbawiony jest szeregu wad, w pewien sposób charakterystycznych dla tych pierwszych pisarskich kroków, bywa niesamowicie trudne. Dialogi są zbyt sztywne, postaci wykreowane płasko, a zwroty akcji mało rzeczywiste. Powieść można by znacznie odchudzić lub wręcz przeciwnie – rozbudować, jako że zabrakło rozwinięcia istotnych wątków. Opisy przytłaczają albo odwrotnie, są tak skąpe, iż nawet mający bujną wyobraźnię czytelnik nie jest w stanie zwizualizować sobie literackiego otoczenia. Czasami korekta czy redakcja są mało przykładne. Część fabuły ginie w mroku lub staje się całkowicie nielogiczna. Językowo bywa zdecydowanie zbyt prosto czy inaczej – wszystko zostaje przekombinowane. Pojawia się za dużo sennej akcji lub ewoluuje ona w przesadnie dynamiczną. Można by tak wymieniać długo i jeszcze dłużej, ale warto dodać że debiuty rządzą się swoimi prawami, przez co nie można ich oceniać bardzo surowo. Niekiedy – choć bardzo rzadko, niemal tak nieczęsto jak się uśmiecham – nie trzeba tego robić… wcale, bo w pierwszej książce autora niewiele jest do zmiany lub ulepszenia. Wówczas należy chwalić, podziwiać i życzyć sobie tak dobrych, rozpoczynających przygodę z pisarzem, lektur więcej.
Który z powyższych debiutanckich grzechów popełniła w „Za żywopłotem” Maria
Biernacka-Drabik? Otóż: żaden. Gdybym nie posiadała informacji z tak zwanej
pierwszej ręki, podałabym w wątpliwość fakt, że nie ma ona kilku
poprzedzających tę powieść książek w swoim literackim dorobku. To idealnie wyważone
połączenie świetnie skonstruowanej historii kryminalnej z ogromnie rozbudowaną
warstwą dramatu obyczajowego stanowi przykład tego, jak można zacząć pisarską
karierę „z przytupem” i na bardzo wysokim poziomie. Chapeau bas - także za
wręcz poetycką otoczkę językową.
Wyobraź sobie, ze wynaleziono lek na raka. Miliony chorych, którzy stali się ofiarami tej strasznej choroby, odzyskuje zdrowie, szpitale onkologiczne pustoszeją, a plaga odbierająca życie tak wielu ludziom, staje się nie bardziej groźna od zwykłej grypy. Zupełna fantazja? Na razie tak, choć koncerny farmaceutyczne i zatrudnieni w nich naukowcy cały czas pracują nad możliwością spełnienia takiej właśnie wizji. Czy są skazani na porażkę? Czy ich pragnienia mają szansę na jakąkolwiek realizację? Wydawałoby się, że w swej istocie jest to utopijny pomysł. A jednak są ludzie, którzy postawili sobie za cel osiągnięcie niemożliwego oraz realizują swoje zamierzenia z żelazną konsekwencją. I paradoksalnie wcale nie są to naukowcy czy lekarze...
Każdy z laików wizualizując sobie, jak powstają przełomowe medykamenty, widzi laboratorium, a w nim rząd ludzi w białych kitlach, mieszających w swoich menzurkach oraz próbówkach znane tylko im piekielne mikstury oraz co jakiś czas wykrzykujących fundamentalne słowo: Eureka! Tymczasem wcale tak to nie wygląda. Jest to żmudny, wieloletni proces, w który zaangażowane są, poza wiedzą i pasją całej rzeszy badaczy, przede wszystkim ogromne fundusze oraz praktyka biznesowa. I, co trzeba podkreślić, te pierwsze wcale nie grają w całym procesie naczelnej roli. Pełnią ją ludzie będący maszynami do zarabiania wielkich fortun, umiejący swoim siódmym zmysłem poczuć ostrą woń pieniędzy, które czekają na nich na końcu drogi wiodącej od powstania pomysłu - po opracowanie odpowiednio pożądanego na rynku zdrowotnym leku.
Mowa o menedżerach, zarządzających firmami farmaceutycznymi. To ludzie, którzy nie kierują się altruizmem, marzeniami o szczęściu ludzkości czy lepszej przyszłości dla rodzaju człowieczego. Są bezwzględnymi łowcami; rekinami które bez wahania i wyrzutów sumienia pożerają słabsze i mniejsze ryby. Pozbywają się bez mrugnięcia okiem swoich partnerów biznesowych czy wieloletnich współpracowników oraz z całą bezwzględnością przejmują inne firmy, których właściciele wcale nie mają na to ochoty. Przyświeca im jeden cel – zarobić gigantyczne pieniądze, zdobyć odpowiednią pozycję oraz zaspokoić tak bardzo dla nich charakterystyczny głód sukcesu. A że przy okazji ich upór w dążeniu do osiągnięcia wyznaczonych sobie zadań przynosi ulgę osobom dotkniętym różnymi schorzeniami, jest tylko uzupełnieniem podstawowego sensu ich działalności – osiąganiu zysku.

