• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Trzeba cechować się ogromną literacką zręcznością, aby na samym początku powieści (a także w opisie) przedstawić czytelnikowi w pełnej krasie popełnioną zbrodnię oraz jej następstwa ze zmyślnym ukryciem zwłok na czele, a przy tym przez całą pozostałą część fabuły utrzymywać go w niezmiennym napięciu. Niewielu autorów potrafi przeprowadzić poprawnie taki zabieg. “Podejrzany X. Pochodna zbrodni” udowadnia, że Keigo Higashino nie tylko umie tego dokonać, ale i udanie gmatwa czytającemu myśli. Śledząc z zaciekawieniem narrację, wielokrotnie przestaje on być bowiem pewien wyciągniętych - wydawałoby się - oczywistych wniosków. Może uprzednio zaserwowane informacje to jedynie zasłona dymna, wiodąca w niewłaściwe miejsce? Pisarski kunszt na najwyższym poziomie, wersja japońska; niepowtarzalna. I na szczęście wcale nie w stylu Larssona, który uśpił mnie wielokrotnie nużącymi i przytłaczającymi historiami, wbrew temu co mówi okładkowa polecajka. W zupełnej kontrze – wykwintnie grająca na emocjach, porywająca zręcznością kreacji rozrywkowych zagadek i na swój sposób nęcąco zwichrowana.  

Propozycja czytelnicza Higashino okazuje się skrzyżowaniem thrillera, kryminału oraz opowieści o poświęceniu w imię miłości. Prozaik próbuje postawić przed odbiorcą pytanie, gdzie przebiega cienka, umowna granica pomiędzy tym, co można dla niej uczynić - a posunięciami, jakie będą przesadnie paradne. Co zrobiłbyś dla kogoś, kogo kochasz? Czego nigdy byś się nie dopuścił? Jeśli sądzisz, że to katalog zamknięty, jestem przekonana o tym, że po lekturze przyzywającej nęcącą moralną szarością, niebanalnej fabuły “Podejrzanego...” zmienisz zdanie. Czy może być lepszy sposób na zaimponowanie podziwianej kobiecie niż... udzielenie pomocy w ukryciu zwłok przypadkiem zamordowanego, definitywnie będącego czarnym charakterem człowieka z jej przeszłości? Również sądzę, że nie (wycieczki do SPA w Petersburgu nie liczę). 😉  

17:05:00 No comments

Podobno dobrosąsiedzkie stosunki są podstawą szczęśliwego pożycia na każdym osiedlu mieszkaniowym. Wzajemna życzliwość, skłonność do udzielania pomocy i szeroki uśmiech niewątpliwie potrafią umilić szarą codzienność. Tyle teoria. A jak wygląda praktyka? Niestety dużo gorzej. Polskie blokowiska często przypominają raczej ring MMA, na którym ścierają się głęboko nienawidzący zawodnicy, okładający bez opamiętania pięściami i wymierzający kopnięcia poniżej dopuszczalnej granicy wysokości. Sondaże podobno nie kłamią 😉a te są jednoznaczne – aż 50% badanych nie ufa sąsiadom, zaś 20% nie zna żadnego z nich.  

Powodów sąsiedzkich waśni jest bez liku. Część lokatorów posiada czułość słuchu na poziomie nietoperza, więc bezbłędnie wychwytuje każdy, nawet najdrobniejszy szmer dobiegający z pobliskiego mieszkania, co doprowadza ją do szewskiej pasji i nie pozwala normalnie funkcjonować. Rezultatem są awantury, mające na celu zmuszenie jego bywalców do cichszego oddychania, niesikania w porze nocnej, wyzbycia się szkodliwego nawyku lania wody do wanny oraz przemieszczania się pomiędzy pomieszczeniami za pomocą lotni lub balonu, tak aby nie było słychać „dudniących” kroków. Sama kiedyś miałam (nie)szczęście zetknąć się z małżeństwem zajmującym lokal powyżej mojej ostoi, które wzywało po kilka razy dziennie policję lub administratora budynku z powodu „hałasów”, jakie rzekomo czyniłam, słuchając w ciągu dnia programów informacyjnych na YouTube przy użyciu rachitycznych głośników komputerowych, z których wydobywał się dźwięk o takim natężeniu, że aby go usłyszeć, trzeba było praktycznie dociskać do nich ucho. W drugą stronę też nie jest lekko. Są bowiem „człowieki” uważające, że generowanie dźwięków o wielkim natężeniu uszczęśliwia wszystkich wokół... Well. W tej rywalizacji palmę pierwszeństwa wiodą ciągli imprezowicze, bawiący się beztrosko całymi tygodniami przy wtórze gromkich okrzyków oraz przebojów muzyki tanecznej, rozkręconej na cały regulator. Na równi z nimi są urocze małżeństwa, wrzeszczące na siebie i dzieci całodziennie oraz używające przy tym słów i tekstów, przy których słynny aforyzm „o udawaniu wszystkich orgazmów” budzi co najwyżej wzruszenie oględnością. Nie gorsi są właściciele szczekającej i miauczącej fauny, pozostawianej samopas i ćwiczącej najwyższy możliwy tembr swojego głosu bez najmniejszego ustanku przez bite dziesięć godzin na dobę. 😉 Wszystko to jednak blednie w porównaniu z oceanem wzajemnej wrogości i odrazy do bliźniego, jaką wywołują „sprawy parkingowe”. Na wielu osiedlach podziemne miejsca postojowe dla samochodów świecą pustkami jak lochy w czasie rewolucji francuskiej po zgilotynowaniu wszystkich dostępnych w danej chwili arystokratów. 😂Za to „na powierzchni” panuje tłok jak na sopockim „Monciaku” w czasie słonecznego lipca. Auta praktycznie parkują wszędzie, gdzie są w stanie dotrzeć koła bez ryzyka urwania zawieszenia, nie wyłączając ścieżek przeznaczonych dla pieszych, wypielęgnowanych trawników, na których umieszczono wielkie tablice z jaskrawo wyeksponowanymi wezwaniami, by ich nie deptać a nawet placów zabaw. Ponieważ jednak tylko samce i samice „alfa” są w stanie dzięki swojej przebojowości i bezwzględności dokonać takiej sztuki, cała reszta musi postawić na łut szczęścia lub odpowiednio wcześnie zająć upragnioną powierzchnię, zanim zjawią się w jej pobliżu silniejsi oraz sprytniejsi konkurenci. Taka rywalizacja rodzi istne „wojny sąsiedzkie”, w których podstawowym orężem są tak zwane „karne chujki”, przytwierdzane do szyb pojazdów lub ich karoserii przy użyciu kleju, przy jakiego wytrzymałości blednie hasło: „Co kropelka sklei, sklei...”. Stosowane są też radosne wypuszczanie powietrza z kół (najlepiej od razu czterech) a nawet „scyzoryki”, wielkości rzeźniczych noży, dzięki którym można wykłuć we wrażej oponie dziurę sięgającą od jednej krawędzi felgi do drugiej. Annały odnotowały również przypadki oblewania znienawidzonych aut farbami olejnymi. Trzeba przyznać, iż ludzka pomysłowość w zakresie sztuki uprzykrzania życia sąsiadom wydaje się nieograniczona i niespętana żadnymi zamierzchłymi konwenansami, co mimo wszystko rodzi nadzieję efektywnego zaprzęgnięcia jej w przyszłości do celów bardziej pożytecznych dla społeczeństwa. Czego chyba należy sobie życzyć... 

12:01:00 No comments

Od dawna nie masz już własnego zdania. Słysząc kolejne przytyki, pokornie opuszczasz głowę i powtarzasz w myślach, żeby nawet nie próbować ich odpierać. To mogłoby jedynie stać się zaczątkiem bezsensownej kłótni, której wygrać nie sposób. Twój mąż wie swoje - przecież zawsze ma rację. Jeśli twierdzi, że zrobiłaś coś niewłaściwie, pozostaje Ci przytaknąć. Najwidoczniej dokładnie tak było, skoro o tym wspomina. Jeżeli zaplanował wzięcie udziału w następnym sąsiedzkim pikniku, pędzisz się szykować. To niepodobna, byś nie trwała przy jego boku, rozdając wszystkim uśmiechy, od jakich sztuczności niemalże pękają Ci kąciki ust. Nieważne - wszak odpowiednio się prezentując, musisz podtrzymywać znajomości z pięknymi w swojej plastikowości żonami innych bogaczy. Nigdy nie wiadomo, która z nich może się jeszcze Gary’emu przydać. Kurcząc się wewnętrznie, prostujesz plecy i żałujesz tylko, że nie wzięłaś z nowoczesnego domu okularów przeciwsłonecznych. Miałabyś szansę schować za szybkami spojrzenie – bo wyzierających z niego smutku i zniechęcenia życiem nie da się skryć. Stukasz obcasami o wypielęgnowany chodnik, z przekąsem stwierdzając, że zaślubiony wybrał Ci doprawdy genialny strój na upalne, letnie popołudnie. Dziesięciocentymetrowe szpilki i dopasowana garsonka Chanel – idealna businesswoman ze strzeżonej okolicy; sztuczna poza zaprojektowana przez Gary’ego i jego rodziców, dla których nigdy nie byłaś zadowalającą synową. Jakbyś się nie starała, mieli wyższe oczekiwania względem wybranki swojego złotego chłopca. Ba, wespół z nim zadbali nawet o to, byś rzuciła kiepsko płatną pracę i nabrała odpowiedniego wykształcenia. I to nic, że na studiach prawniczych czułaś się jak płotka wrzucona do szalejącego morza harpii. Najistotniejsze, że przed Twoim – a raczej męża - nazwiskiem stanął tytuł magistra. Jak to by wyglądało, gdyby go tam nie było? Na co jednak miałabyś narzekać? Przecież wszystko masz... Przynajmniej pozornie. 

16:36:00 No comments

Włochy są krajem kontrastów. Z jednej strony to największa europejska skarbnica dóbr kultury, co powinno łagodzić obyczaje, a z drugiej miejsce, które, wydaje się, nie opuściło epoki kamienia łupanego. Szczególnie w dziedzinie wszechogarniającej korupcji. Co zdumiewające, zatacza ona szerokie kręgi nawet w tamtejszej policji, a może właściwiej byłoby napisać, zwłaszcza w niej. Choć niby oczywistym jest, że ryba psuje się od głowy, to co się tam dzieje przerasta granice wyobraźni. Umoczeni są wszyscy - od najniższych pięter służbowych, po najwyższe. Powstał system, jaki niejako samoczynnie eliminuje jednostki próbujące zachować uczciwość, a hydra demoralizacji oplata całe państwo. Od czasu do czasu podejmowane są pokazowe akcje, w wyniku których odrąbuje się jedną z głów - tylko po to, żeby w jej miejsce odrosło kilka kolejnych. Szacuje się, iż z powodu korupcji włoska gospodarka traci rocznie do 236 miliardów Euro. Kwota ta odpowiada około 13% produktu krajowego brutto i jest 12 razy większa niż budżet włoskiej policji. Niektóre przykłady dotyczące łapownictwa są wręcz karykaturalne. W latach 2003-2011 wydano 81 milionów euro na bransoletki elektroniczne dla więźniów; tylko po to, aby do końca 2012 roku zastosować je w przypadku zaledwie czternastu osób. W 2005 zakupiono w Rumunii dwanaście tysięcy par butów dla włoskich policjantek za okrągłą kwotę 600 tysięcy euro – żadna z nich nigdy nie opuściła magazynów, gdyż okazały się wybrakowane. W 2020 roku ujawniono, że karabinierzy z posterunku w Piacezie dostarczali dilerom nar*kotyki pochodzące z zasobów skonfiskowanych innym przestępcom. Na dużą skalę przeprowadzali też nielegalne aresztowania oraz fabrykowali dowody i podrzucali je niewinnym ludziom, aby uzyskać ich skazanie. Dzięki temu komisariat dostał nawet nagrodę od ministra za wyjątkową skuteczność. 😉 To się nazywa państwo z kartonu! A my biadamy nad naszym. Okazuje się, że w ojczyźnie Wergilego jest jeszcze gorzej, przynajmniej pod pewnymi względami... 

17:17:00 No comments

Z właściwą sobie upartością schudłam 19 kilogramów w 5 miesięcy. To była najlepsza decyzja mojego życia - choć okupiona potem, łzami i bólem. Szczególnie gdy ćwiczyłam codziennie, dostarczając ciału 500 kalorii na dobę. Drastyczne, ale było warto. W sierpniu miną 2 lata, odkąd osiągnęłam cel, a dieta i aktywność fizyczna stały się dla mnie oczywistą przyjemnością. Z powodu doświadczeń uważam, że w każdej siłowni ku przestrodze powinien się znajdować egzemplarz “Miłości bez przedawnienia” - powieści, której pomysł powstania zrodził się w nietypowych, bo więziennych okolicznościach. Spisana ze straty, nie jest jednak historią, jaka wzrusza i przytłacza uczuciowością - choć muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z tym, by mężczyzna z tak dużą klasą przekazywał skreślonymi słowami emocje, towarzyszące mu w najbardziej burzliwych okresach życia. W debiutanckiej książce Robi King czyni czytelnikowi lekcję pokory - bo sam miał okazję doznać jej wcześniej. Doceniwszy ją i zrozumiawszy, pokonaną drogą pokazuje niesamowitą przemianę, na jaką ma szansę każdy - niezależnie od krytyczności obecnego położenia. Jeżeli cenisz aktywność fizyczną, wybierasz ścieżkę na skróty, oszukujesz się albo nie wiesz, czy w Twoim życiu jest coś wartego docenienia albo po prostu chciałbyś poznać wstrząsającą narrację, napisaną przez samo życie - to doskonały wybór. Z nieodłączną pełnią szczerości przyznaję, iż nie sądziłam, że ten pisarski “pierwszy raz” będzie aż tak dobry. 

“Wyrzeczenia i poświęcenia to jednak podstawa, kiedy ma się jakiś cel do zrealizowania.” 

Od noworocznej nadziei na najlepszy rok, przez przypadkowe spotkanie prawdziwej miłości aż po walkę ze skokami emocjonalnymi, spowodowanymi przyjmowaniem sterydów i wiecznym gonieniem za formą idealną a wreszcie więzienie. Oto historia, którą poznaje się jak szokujący pamiętnik - tym bardziej poruszający, iż stuprocentowo prawdziwy... 

12:12:00 No comments

RECENZJA PATRONACKA! 🔥 

Cóż mają w sobie Brytyjczycy, że wykreowane przez nich thrillery porywają w tak ogromnym stopniu? Nęcą niepokojącą atmosferą, okalają dusznym klimatem, potęgują napięcie i wywołują cały sztafaż emocji. Kuszą niemożliwymi do przewidzenia zwrotami akcji oraz porywają w świat, w jakim przyszłych wydarzeń nie da się przewidzieć, suspens goni suspens a w pewnym momencie trudno ocenić, co jest prawdą a co tylko iluzją roztoczoną przed czytającym przez pisarza. Wszystko, co w krainie thrillerów cenię najbardziej, najczęściej znajduję u autorów pochodzących z Wielkiej Brytanii. Co na to wpływa? Geny słynnej angielskiej arystokracji, zestawione z wyniosłą zmyślnością niczym nieograniczonej wyobraźni w połączeniu z dzikością mniej słynnych krajobrazów, jakie aż proszą się o to, by stać się scenerią dla idealnej mrocznej książki? Ciężko stwierdzić. Z całą mocą przyznać muszę jednak, że oto najlepiej napisany thriller młodzieżowy, jaki miałam okazję ostatnio przeczytać - i ogromny zaszczyt otoczyć opieką medialną. Patronowanie historii, w jakiej uczucie nieustającego zagrożenia w udanych proporcjach krzyżuje się z zagadką przeszłych zbrodni otoczoną wręcz poetycko zaserwowanymi relacjami rodzinnymi głównych bohaterów o niebanalnych sylwetkach to najwyższa przyjemność. A przy tym kolejny sukces na moim koncie, z którego jestem niewyobrażalnie dumna - dziękuję Ci, że mi w nim towarzyszysz! 👑 

W powieści “Sekrety nigdy nie umierają” znalazłam nowe motto: “(...) po co kopać dziurę, której nie ma czym wypełnić?”, jakie mogłabym dodać do innego posiadanego: “każdy problem da się rozwiązać, o ile ma się odpowiednio duży, czarny, plastikowy worek” - ale zaręczam, że akurat o zasadności tych słów nie chcesz się przekonywać. Gdyby było inaczej - służę pomocą. 😉  

Tymczasem zapraszam Cię na historię o historii, którą musisz przeczytać. Niewykonanie polecenia poskutkuje... Patrz wyżej!  

17:48:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (81)
    • ▼  cze (10)
      • A.A. Milewska - Kim jestem? - recenzja
      • Weronika Jaczewska - Twój ruch - recenzja
      • Mariolina Venezia - Tajemnica Serra Venerdi - rec...
      • Michał Kuźmiński - Złodziej czasu - recenzja
      • Bartłomiej Ludwisiak - Belwood Quarry - recenzja
      • Łukasz Piper - Kryształowa wieża - recenzja
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates