Czujesz, jak głowa pęka Ci od
pulsującego bólu, który miarowo rozchodzi się po całym ciele. Starasz się oddychać miarowo, aby uspokoić
ogarniające Cię przerażenie. Jednocześnie rozglądasz się gorączkowo - próbujesz
zidentyfikować pomieszczenie, w jakim Cię uwięziono. Wyraźnie rozpoznajesz
zapach świeżo położonej, drewnianej podłogi, więc wnioskujesz, że zamknięto Cię
w jakimś dopiero co urządzonym mieszkaniu. Na szczęście dookoła panuje nieprzenikniona
ciemność a wokół jest całkowicie cicho, co oznacza, że Twój oprawca nie
znajduje się w pobliżu. Budzi się w Tobie nadzieja, że może uda Ci się wydostać
z matni. Próba nie będzie łatwa - masz ręce związane na plecach a nogi mocno
ściśnięte trytytką, której plastik boleśnie wrzyna się w skórę. Usta zaklejono
Ci szeroką taśmą, co utrudnia oddychanie. Jesteś w trudnej sytuacji, jednak
wiesz, że musisz podjąć walkę o wolność, a może nawet życie. Skupiasz w sobie
wszystkie siły i powoli turlając się, docierasz do ściany. Z trudem dźwigasz
się do pozycji pionowej i opierasz plecy o mur. Teraz przyszedł czas na
najtrudniejsze - zrzucenie więzów. Zdajesz sobie sprawę, że wszelkie dynamiczne
ruchy będą skutkowały ich silniejszym zadzierzgnięciem. Jedynym wyjściem jest
przełożenie spętanych rąk przez nogi. Choć nie bardzo wierzysz, aby się to
udało, nie ustajesz w wysiłkach, które w końcu przynoszą rezultat. Z ulgą
zrywasz knebel i gorączkowo myślisz, co dalej. Jesteś wściekła na samą siebie,
że pomimo bogatego, policyjnego doświadczenia, tak łatwo dałaś zwabić się w
pułapkę. Ale z drugiej strony, czy mogłaś podejrzewać, że Maria, świadek
koronny w sprawie wyjątkowo niebezpiecznego typa imieniem Miestwin, jest
zdrajcą?
Drugi
tom dylogii mojej Mistrzyni słów okazał się niebagatelnie lepszy od pierwszego -
a nie sądziłam, że to możliwe. Katarzyna Hewa udowadnia, iż wszystko jest, choć
początkowo wydawało się zupełnie inaczej. Przywodzącą na myśl literaturę piękną
najwyższych lotów opowieścią, Pisarka ponownie przenosi czytelnika w czasie
oraz przestrzeni w niemalże widowiskowy sposób. Wierne, wielowarstwowe i wielowymiarowe
tło, które wykreowała dla trzeciej powieści historycznej w swoim dorobku i niemalże
poetycka warstwa językowa to jednak nie wszystko, co urzeka kochającego
niebanalny urok odbiorcę. „Bestia i Pani Róża. Demon” to bowiem również cały
sztafaż uczuć: porywająca narracja o zemście planowanej przez osiem lat i ukazanie
jej konsekwencji zarówno dla osoby, która poświęca się jej realizacji w
najdrobniejszych detalach przez tak długi czas, jak i dla tego, kto zostanie
jej poddany. To mistrzowsko domknięta historia o pozornie nieistotnych błędach młodości,
które okazują się brzemienne w skutki. Rozważania o wierności sobie oraz własnym
przekonaniom oraz wierze w ukochaną osobę, chociażby wszechświat dookoła wskazywał,
iż należy w nią zwątpić. O miłości, która jest skłonna do ustępstw w imię wspólnego
dobra, walce o ideały oraz marzenia i niezginaniu karku nawet wtedy, kiedy
łatwiej byłoby to uczynić niż uparcie przeć pod prąd. Hewa prezentuje także pełną
uroku treścią wzorzec przyjaźni oraz małżeństwa o niełatwym starcie - które zamiast
niszczyć i zaprzepaszczać, woli pracować nad uczuciem, które zawsze jest tego
warte. Teoretycznie akcja rozgrywa się pod koniec XIX stulecia, a jednak jakże
bardzo tę treść można osadzić we współczesności, dla jakiej wszystko jest instant…
Podobnie zresztą jak walkę tlącego się we wnętrzu tytułowego Demona dobra ze
złem, które - po niemalże dekadzie aktorskich przygotowań do słusznej vendetty
- miało przyćmić wszystko inne. Proces obserwacji tej swoistej wiecznej bitwy
przywodzi na myśl uśmiechający wniosek, że może w niektórych światła nie da się
zgasić, nawet, jeśli to ostatni płomień w ciemności.
„Idzie
nowe. Manifest na koniec epoki ciszy” Mileny Cybulskiej to nie poradnik, wbrew
temu, co sądziłam. A przynajmniej nie tylko - bo przede wszystkim to sfabularyzowana
opowieść o tym, że inne i lepsze może nadejść tylko wtedy, kiedy człowiek nie
ma obaw przed… lustrem. Jeżeli nie boisz się stanąć przed odbijającą obraz, szklaną
taflą i spojrzeć sobie w oczy - to doskonale. Jest jeszcze lepiej, jeśli potrafisz
dostrzec w niej inną osobę. Tę, która na co dzień udaje, że udźwignie na własnych
barkach cały świat, choć ugina się pod jego ciężarem. Tę, co nosi głowę wysoko -
nawet w obliczu wewnętrznego bólu, nieustającej walki i znieważenia, którego doświadcza.
Tego, który od dawna nie śmie już marzyć, bo przecież wciąż trzeba przeć do
innego więcej, silniej, szybciej i goręcej. Odbici w lustrze, wszyscy zrzucają
maski. Tak, Ty także dałeś się na nie nabrać - tak przecież było wygodniej, a może
noszący je okazali się zbyt dobrymi aktorami. Teraz jednak najważniejsze pytanie:
co zrobisz z prawdą, którą zobaczyłeś? Czy nadejdzie nowe? Przestaniesz oceniać
po pozorach, zauważywszy, że krzywdzą? Teoria budynku. W każdym z pomieszczeń
wielopiętrowca jest ktoś, kto właśnie raduje się z nowej pracy, ciąży żony, przygotowań
do zbyt długo odkładanej wycieczki ze snów. Inny jednak dowiedział się, że umiera,
został na świecie sam czy zwolniony lub oskarżony o coś niewybaczalnego. Każdy ukrywa
odmienną, stale zmieniającą się prawdę, co Milena Cybulska nader oryginalnie
przedstawia swoją książką. Katastroficzna, wizja, w jakiej bohaterowie uczą się
w szkole bez emocji i programach bez serca wiedzie dzięki zawirowaniom do innej
wersji teraźniejszości. Tej, na którą wciąż masz wpływ. Jeśli uwierzysz,
przeżyjesz i poczujesz. Pomyślisz, przemyślisz i… docenisz fakt, że słowo wciąż
ma jeszcze moc. To podróż w tak nowe, jak i stare - miejsce, w jakim rozliczysz
się z tym, co najważniejsze. Tu, gdzie wybuch skały powoduje oświecenie i ulgę,
rodzi się Twoja prawda. Wolna i związana. Rzeczywiste lustro.
Znasz swoje imię, ale nie
wiesz kim jesteś ani skąd się wziąłeś w tym groźnym, pogrążonym w nocnym mroku
lesie. Zdajesz sobie sprawę tylko z jednego - jeśli w nim pozostaniesz,
zginiesz. Zewsząd słyszysz dziwne głosy i widzisz złowrogie cienie przemykające
pomiędzy drzewami. Ściskając w ręku kamień, który nie wiadomo jak się w nim
znalazł, ruszasz przed siebie. Biegniesz z całych sił, raniąc bose stopy na
wystających z ziemi konarach oraz ostrych wybojach. Wyczerpany, po pewnym
czasie zwalniasz, ale nie przestajesz przeć do przodu. Cały czas masz wrażenie,
że jakaś istota podąża za Tobą krok w krok i woła, byś się zatrzymał. Sam nie
wiesz, czy to omamy, czy rzeczywistość, więc gnany przerażeniem zmierzasz w
nieznanym kierunku, byle dalej od przeszywających strachem zjawisk. Po długim
marszu spostrzegasz wyłaniające się z ciemności koryto rzeki, więc
przyspieszasz, aby znaleźć zbawcze schronienie w jej nurtach. Masz nadzieję, że
woda odetnie Cię od prześladowców, ale bardzo się mylisz. W ciszy toni głosy w
Twojej głowie stają się jeszcze bardziej donośne. Jeden z nich zanosi się
złowrogim rechotem i szepcze słowa, których znaczenia zupełnie nie rozumiesz:
„Witaj w Equalibrum, Alex”. Chwilę potem wyczołgujesz się na brzeg i tracisz świadomość.
Gdy ją odzyskujesz, wokoło panuje przenikliwa cisza. Spostrzegasz, że zgubiłeś
kamień, na jakim z niewiadomych powodów Ci zależało. Nie masz jednak czasu
zastanawiać się, jak wielką stratę poniosłeś. Jest Ci zimno a w żołądek domaga
się strawy. Obolały, zmęczony i głodny podejmujesz dalszą wędrówkę.
Dzisiaj otworzyłaś kolejny
rozdział w życiu. Odprowadzając syna na dworzec z trudem się uśmiechasz i udajesz,
że nie jest Ci smutno. Chłopak rozpoczyna studia w Gdyni i musisz pogodzić się
z tym, że na długi czas opuszcza rodzinne gniazdo. Pozostaniesz w nim sama, do
czego zupełnie nie jesteś przyzwyczajona. Z jednej strony cieszysz się, że
realizuje ambitną drogę życiową. Z drugiej - zdajesz sobie sprawę, iż odtąd
będą witały Cię w domu jedynie cztery ściany. Zaledwie pół roku temu wzięłaś
rozwód z człowiekiem, który bardziej cenił alkohol niż Ciebie a co gorsza
stawał się po nim agresywnym zwierzęciem i posuwał do rękoczynów. Na szczęście się
od niego uwolniłaś, choć nie umiesz się pozbyć przejmującego lęku, że nie da Ci
spokoju. Wprawdzie od zapadnięcia wyroku nie masz z Darkiem kontaktu, jednak
dręczy Cię przekonanie, że ten czeka tylko na okazję, aby zemścić się za to, że
jego „własność” w końcu się zbuntowała. I wcale się nie mylisz. Gdy nadchodzą
święta Bożego Narodzenia, odpuszczasz ubieranie choinki - uznajesz, że dla
samej siebie nie warto tego robić. Wieczorem nalewasz lampkę wina dla
rozluźnienia i zabierasz się do pracy. Jesteś zatrudniona w biurze
architektonicznym i zajmujesz się sporządzaniem projektów domów oraz aranżacją
wnętrz. Bardzo lubisz to zajęcie i wykonujesz je z prawdziwą pasją, więc czas,
jaki przy nim spędzasz, sprawia Ci przyjemność. Ledwie zdążyłaś włączyć
laptopa, gdy słyszysz dzwonek. Machinalnie otwierasz drzwi wejściowe, nie
zastanawiając się kogo za nimi ujrzysz. Chwilę potem serce podchodzi Ci do
gardła, gdyż przed Tobą stoi były mąż, w dodatku wyglądający niezwykle
niechlujnie. Jest brudny i jak zwykle agresywny, a także śmierdzi procentami.
Dawno, dawno temu - a może wcale w tak odległych czasach - za siedmioma górami i wieloma lasami… choć niekoniecznie tak daleko, w śnieżnej Krainie Legend żyła sobie Bajarka, która opowiadała historie z morałem, nader przystające do gustu niejakiej Thrillerly. Słowami skreślonymi przez Joannę Kurek, tworzyła baśnie utkane ze smutków i tragedii, w których jednak, co kochającej łamanie bajkowych konwencji Julii niekoniecznie już tak się podobało, zakończenia niosły dozę światła i nadziei. Och, gdyby tak zamordować po drodze widowiskowo wszystkich bohaterów… rozmarzyła się w trakcie lektury autorka niniejszej recenzji. Jej złożony z cienistości, odcieni czerwieni i czerni mózg poczynił zresztą odpowiednie wizualizacje. Kto wie, być może kiedyś przemienią się w halucynacje semantyczne, jak zresztą drzewiej się działo… 😉 Tymczasem pora oddać głos skrytemu za przepiękną okładką zbiorowi opowiadań „The Storyteller from the Land of Snow. Bajarka z Krainy Legend”, jaki idealnie przystaje do urzekającej zimowością pory. Dwanaście narracji - chłodnych niczym lód i przenoszących w zaczarowane, choć realistyczne światy, spośród których każdy jest niepowtarzalny zupełnie jak płatek śniegu. Tom gawęd idealny dla miłośników nieoczywistych legend i podań, którzy lubią zastanowić się nad sensem rzeczywistości. Przed Tobą iście północne fabuły o moście osób zniechęconych egzystencją, Duchu Wigilijnej Dobroci, Czarnej Łapie, Choince Cudów, krwawych śladach na śniegu, Zimowej Pani Frau Perchcie, Śnieżnym Koźle - Strażniku Zimowej Rogatki, Strażniku Fiordu, Yuki-Onnie, Księżycowej Wilczycy, Diabełku co stał się Aniołkiem oraz… przyszłości. Opowieści idealne do czytania pod ulubionym kocem, z kubkiem rozgrzewającej herbaty czy przy kominku - w samotności, z dziećmi, mężem… albo zawsze, kiedy potrzebujesz uwierzyć w to, że na świecie wciąż jest miejsce dla cudów i baśni, mimo szalejącego na nim zła. Nawet wówczas, gdy wydaje Ci się, że majaczące na obrzeżach wzroku światełko w tunelu zwiastuje li przybycie Pendolino. Może to jednak przebłysk magii?
Żal Ci tej dziewczyny, ale
postanowiłaś od razu, że nie zostaniesz dla niej „nową matką”. Nie będzie
zabawy w partnerstwo czy wspólny, rodzinny dom. Zapewnisz jej opiekę, wikt i
opierunek dopóki nie dorośnie, ale to wszystko, co jesteś w stanie zaoferować.
Miejsca w Twoim wielkim warszawskim mieszkaniu, położonym w prestiżowym pałacu
Teppera jest dosyć, by wszystkich z łatwością pomieścić. Żyjesz w nim z
gosposią Anką, którą przed wielu laty sprowadziłaś ze wsi do miasta, aby
pomagała Ci w prowadzeniu gospodarstwa. A teraz przybędzie Ci dodatkowy lokator
- córka bliskiej kuzynki Stefanii, zmarłej przed ponad dwoma laty. Kiedy to się
stało, Stasia była jeszcze dziewczynką i półsierotą. Jej ojciec, wiejski
nauczyciel, odszedł w zaświaty niedługo po jej urodzeniu. Matka była silną
kobietą - na tyle, że pomimo stanowczego sprzeciwu zamożnych rodziców,
wyprowadziła się z ich domu, aby osiąść wraz z ukochanym na odległym przysiółku
pod Lwowem, klepiąc ciągłą biedę. Dziadkowie nie chcieli mieć nic wspólnego z
wnuczką, więc obowiązek zaopiekowania się dzieckiem przypadł w udziale właśnie
Tobie, choć między Bogiem a prawdą wcale się do tego nie paliłaś. Jednak, po
pierwsze - jesteś kobietą, po drugie - nie masz męża, po trzecie - dysponujesz
po zgonie rodziców wystawnym lokum. Po czwarte wreszcie, tak zdecydował za
Ciebie wuj Andrzej, będący głową rodziny, wcale nie pytając Cię o zdanie. Na
szczęście mała była już w wieku odpowiednim, abyś mogła ją posłać do szkoły.
Zdecydowałaś, że będzie to ciesząca się wielkim uznaniem pensja pani
Zamoyskiej. Bardzo Ci pasowało, że znajduje się aż w Zakopanem, dzięki czemu
nie miałaś zbyt wielu kontaktów z niespodziewaną podopieczną. Przez dwa lata
Stasia uczyła się w niej przyrządzania posiłków, sztuki towarzyskiej
konwersacji, zachowań właściwych dla socjety, noszenia gorsetu i sukien, a więc
wszystkiego tego, co musi umieć panienka pochodząca z dobrego domu.
Witaj w piekle, które
składa się z ośmiu kręgów, spośród jakich każdy jest jeszcze bardziej
przerażający od poprzedniego. Jeśli sądziłaś, że walka o uzyskanie doktoratu na
Cambridge - jednym z najbardziej prestiżowych magicznych uniwersytetów na całym
globie - przypomina wojnę o przetrwanie resztkami sił oraz energii, ogromnie
się myliłaś. Dopiero teraz przekonasz się, jak wiele niebezpieczeństw czyha na
czarownika, jeżeli ten poważy się na szalenie ryzykowny krok i dzięki
odpowiednim ułożeniu zaklęć zdecyduje się zstąpić do samych diabelskich czeluści.
Nawet teoretycznie przygotowana, skoro przecież przeczytałaś na ich temat każdą
akademicką księgę, narażasz się na zetknięcie z siłami, o jakich nie śniło Ci
się w koszmarach najczarniejszych nocy. Cóż zresztą w walce z nimi miałyby
pomóc źródła sprzed wielu wieków albo te starożytne? Jak właściwie wygląda ta
owiana najgorszą sławą kraina, do której trafiają osoby po niesławnym żywocie,
złożonym ze złych uczynków? Już za chwilę poznasz odpowiedzi na te powodujące
ciarki na ciele pytania. W plecaku masz kilka opakowań kredy - mag nigdzie nie
powinien się ruszać bez tej najwyższej jakości, gdyby przyszło mu za chwilę
rozrysowywać zaklęcie - obrzydliwe w smaku, lecz sycące batony energetyczne, ciepłe
okrycie i całą resztę niezbędnego ekwipunku. Cóż, przynajmniej taką, która daje
Ci nikłą nadzieję na przeżycie. O ile cała misja się powiedzie, bo przecież
działasz mocno intuicyjnie, mimo całej uniwersyteckiej kariery i faktu, że
jesteś jednym z najlepszych doktorantów. Ponoć ceną za przekroczenie bram
piekieł za życia oraz teoretyczne wydostanie się z niego jest połowa lat, jakie
pozostały Ci na ziemskim padole. Uważasz, że warto je poświęcić. Udajesz się na
sam dół w bardzo konkretnym celu. Masz zamiar sprowadzić z powrotem duszę
Jacoba Grimesa - prawdziwego mistrza w dziedzinie magii, pod okiem jakiego
kształcisz się od lat, by otworzyć dla siebie najświetniejszą ścieżkę kariery i
zdobyć upragniony dyplom. Bez mężczyzny nadzieja na wszystko przepadła… i to z
Twojej winy.
Uwięzione w tragicznie zlodowaciałej bajce nieszczęścia, namalowane onirycznymi słowami “Kwiaty zimnej wiosny” Katarzyny Hewy nie rozkwitają pod warstwą śnieżnego puchu, którego ilość wydaje się ogromnieć wraz z każdą przewróconą stroną książki. Ich płatki zaczynają zamarzać na samych krawędziach i obrastają warstwą szronu, by kolejny podmuch przenikającego do szpiku kości wiatru spróbował sprawić, że ugną się pod ciężarem nieuniknionego losu. Prawie żadna dusza nie dostrzega jednak tego zmyślnego spektaklu. Skrzydła rośliny tak oślepiają jasnością bieli, że aż niemalże idealnie wtapiają się w tło rozszalałego przedstawienia przyrody. Może właśnie to było jej celem? Napisałam kiedyś kilka wersów, które w oryginale głoszą: Любовь сильнее смерти и опаснее рока, потому что ведёт вперёд, даже когда путь растворяется в тумане обречённости. Она не ищет спасения, выбирает верность чувству и своим ценностям. За этот выбор всегда платят высшей ценой… - i jakie w mojej ocenie doskonale przystają do twórczości Hewy, władającej literackimi zdaniami wziętymi jakby z zupełnie innej rzeczywistości. Lepiej brzmią po rosyjsku, lecz wolnym tłumaczeniu znaczą: Miłość silniejsza jest niż śmierć i groźniejsza niż fatum, wszak prowadzi naprzód nawet wówczas, gdy droga rozpływa się we mgle przeznaczenia. Nie szuka ocalenia. Wybiera wierność uczuciu i swoim wartościom, za jaki to wybór zawsze płaci się najwyższą cenę... Gdybym miała krótko podsumować “Kwiaty zimnej wiosny” - wybrałabym te właśnie wersy i dodała do nich dwie znaczące informacje. Po pierwsze, choć przewidziałam możliwy rozwój fabuły, ta opowieść złamała mi serce, rozbiwszy je na milion kawałków. Cóż, a przynajmniej tak by zrobiła, gdybym nim dysponowała. Na domiar złego wycisnęłaby z mrocznych oczu łzy. Po wtóre, to JEDNA Z NAJPIĘKNIEJSZYCH historii o miłości, jakie przeczytałam W ŻYCIU. Jej narracja majestatycznie odziewa czytelnika woalem utkanym ze smutku. Otula go także mistrzowską liryką, która szepcze do ucha opowieść o kwiecie, jaki musiał delikatne płatki zahartować niczym stal. Jest wspaniała.
).jpg)
).jpg)
).jpg)