Wyobraź
sobie sześćdziesiąt trzy dni piekła: głodu, ostrzałów, bombardowań,
wszędobylskiej śmierci i straszliwych ran. Sześćdziesiąt trzy dni agonii miasta,
w którym biło serce walczącej Polski, a które miało na rozkaz Hitlera zostać
starte z powierzchni ziemi. I tak się stało, przy praktycznie całkowitej
bierności nie tylko Armii Czerwonej, ale także, co szczególnie bolesne,
zachodnich aliantów. Z zimną krwią pozwolono, aby Niemcy zniszczyli stolicę
kraju, dopuszczając się niewyobrażalnych okrucieństw, nie tylko wobec żołnierzy
Armii Krajowej, ale przede wszystkim bezbronnej ludności cywilnej. Rzeź Woli,
która, jak się szacuje, przyniosła co najmniej pięćdziesiąt tysięcy ofiar,
mordowanie rannych i sanitariuszek, strzelanie do dzieci - wszystko to stało
się udziałem ludzi, którzy znaleźli się w tym infernum i pozostało praktycznie
bez kary. Patrzyłeś na to wszystko z bezsilną wściekłością, przemierzając ulice
Warszawy ze swoim nieodłącznym towarzyszem – aparatem fotograficznym. Jesteś
żołnierzem Wojskowej Służby Ochrony Powstania, ale przede wszystkim fotografem
i… ojcem, który opiekuje się po śmierci żony samotnie trzyletnim synkiem.
Wszystko byłoby łatwiejsze, gdybyś nie był inwalidą, który od siedemnastego
roku życia musi wspierać się na lasce. To bardzo utrudnia szybkie poruszanie, ustawianie
się do zdjęć, a przede wszystkim uchylanie przed wszędzie świszczącymi kulami i
odłamkami. Najgorsi są „gołębiarze” - snajperzy, których Niemcy ukryli w
różnych punktach miasta. W każdej chwili możesz zginąć od ich kuli; strzelają
bez ostrzeżenia, z ukrycia, „zza węgła”. Poza obowiązkami służbowymi,
polegającymi na pracy wywiadowczej, Twoim największym zmartwieniem jest
zapewnienie swojemu dziecku opieki, pożywienia i przede wszystkim
bezpieczeństwa.
To dla “Skwiru” napisałam pierwszą w życiu rekomendację na skrzydełko. Myślę, że jej treść, którą przedstawiam Ci poniżej, doskonale charakteryzuje książkę Poli Gaudy.
🦅Dziecięca parasolka wirująca nad kałużą krwi. Kraty więzienia rozsuwające się po ćwierćwieczu - odsłaniające jeżącą się od kryminalnych zagadek historię o tym, ile waży strata. Przedstawiam Ci “Skwir”... ptasią pieśń morza, smutku i zbrodni – mroczny debiut, o którym nie zapomnisz. 🦅
Wyzwanie zamknięcia powieści w pigułce o tak skąpej objętości zrealizowane – wykonano, odmeldować... i można przejść do opowiedzenia historii o jednym z najlepszych kryminałów, które miałam mroczną przyjemność w tym roku poznać.
“Czy to tak działa, że im dłużej przyglądamy się sobie, tym straszniejsi stajemy się w swoich oczach?”
Uwielbiam wychodzić ze strefy czytelniczego komfortu, zbudowanej z mniej lub bardziej mrocznych powieści i sięgać po książki, które nie byłyby moim oczywistym wyborem. Na kończące się lato postawiłam przed sobą kilka wyzwań. Jedno z nich to poznanie historii o najbardziej pastelowej okładce, jaką znajdę. W tym konkursie zdecydowanie zwyciężyło „Wszystko, co skrywa Twoje serce” Martyny Nowak; opowieść, którą można by określić jednym słowem: urocza. Mnóstwo w niej scen chwytających za serce (jeśli się je ma), wzruszających, uśmiechających i… rozbrajających – z uwagi na fakt, że jednym z głównych bohaterów jest zadziorna i nader inteligentna jak na swój wiek czterolatka. Wbrew pozorom, nie przez cały czas jest jednak tak słodko, że aż mdli, a w oddali mogłyby majaczyć jednorożce, przemykające po tęczowej łące pełnej wonnych kwiatów. W propozycji Nowak są bowiem także momenty poważne oraz pełne smutku. Historia rodzącej się między postaciami trudnej miłości okraszona zostaje, oprócz wielu momentów humorystycznych, tematyką radzenia sobie z żałobą, wykluczenia w szkole czy samotnego wychowywania dziecka po stracie drugiej połówki. Ponownie jest więc „uroczo”… ale w otoczeniu odpowiedniej dawki gorzkości. „Wszystko…” jest świetnym wyborem na samotny wieczór u schyłku lata – ten w towarzystwie koca, kubka słodkiej herbaty i lukrecjowych cukierków, w trakcie którego życiowość poznawanej powieści tak samo często skłoni do refleksji, co spowoduje szczypanie oczu albo wymusi uśmiech na twarzy.
Kiedy masz 8 lat, oczekujesz od życia tylko jednego – szczęśliwego dzieciństwa. Odległy jeszcze świat dorosłych ma wobec Ciebie tylko jedno zadanie – zapewnić Ci miłość, spokój i bezpieczeństwo. Ludzie w zielonych mundurach, którzy budzą Twój naturalny respekt, kojarzą Ci się wyłącznie z defiladami w czasie świąt państwowych oraz przywiązaniem do ojczyzny w której żyjesz. Tak właśnie powinno być... Jednak, wszystko to przestaje istnieć o poranku 1 września 1939 roku. Twój dotychczasowy świat wali się w gruzy wraz ze świstem bomb, zapłakanymi oczami matki, drżącym szeptem ojca oraz tubalnym głosem oznajmiającym z głośnika aparatu radiowego: „A więc wojna. A więc wojna! Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory, weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami.”
Wszystko to budzi Twój niepokój, ale sądzisz, że atak Niemiec zostanie łatwo odparty. „Byłem przekonany, że Wojsko Polskie w mgnieniu oka wygra każdą wojnę. Czy nie mieliśmy najlepszej armii na świecie? (…) Czy polska kawaleria nie była niezrównana? (…) Znałem oficerów – wuja Karola, majora Kulczyńskiego... wiedziałem, że są najlepsi!”
Jestem konserwatystą, narodowcem i patriotą chętnie uczestniczącym w Marszach Niepodległości, nie bacząc na fakt, że jest to nader niepopularne. Czy należy zatem założyć, że Aleksander Majewski, powierzając mi zrecenzowanie swojej powieści, traktującej o zabójstwach osób homoseksualnych i neonazistowskich bojówkach, wykazał się wyjątkowo dużą dozą odwagi? Być może. Do każdej literackiej historii podchodzę jednak z całkowicie otwartą głową, odkładając na bok zarówno swoje preferencje jak i przekonania. Jeżeli książka jest dobra, zauroczę się nią nawet pomimo kompletnie sprzecznych z tymi literackimi poglądów. Dokładnie taka sytuacja ma miejsce w przypadku „Doktryny” – pełnokrwistego kryminału, którego mroczny powab szybko pochwycił mnie w swoje objęcia. Umiejętnie budowane napięcie, duszny klimat i niesztampowo prowadzone śledztwo wespół z wręcz poetycką warstwą językową oraz realistyczną kreacją głównych bohaterów przyzywają, nęcą i chwytają w swoje pozbawiające życia macki. Dodatkowa gratka w postaci pojawiającej się niekiedy narracji z perspektywy mordercy zachwyci każdego fana Jokera, widocznego na zdjęciu Negana z TWD czy wszelkich innych filmowo-serialowo-książkowych złoczyńców… których darzymy niewyjaśnialnymi uczuciami, choć przecież, czysto teoretycznie, powinno być inaczej. Wszak to nie dobro jest tak fascynujące.
Choć każdy przynajmniej raz zastanawiał się nad tym, jak w istocie wygląda życie za murami więzienia, większość ludzi nie przekona się o tym osobiście. Tym chętniej sięgamy po produkcje filmowe i serialowe oraz książki, które w mniej lub bardziej rzeczywisty sposób prezentują pozbawioną wolności rzeczywistość. Z właśnie taką propozycją przybyła do nas dziennikarka śledcza i scenarzystka Ewa Ornacka. „Skazaną” można uznać za unikatową z wielu względów. Chociaż jej narratorką jest Beata Krygier, były asesor sądowy, Autorka oprócz przedstawienia historii tej tajemniczej kobiety, poważyła się także na przytoczenie opowieści o mnóstwie innych znanych osadzonych, okraszonych w dodatku doniesieniami prasowymi. Całość przypomina mieszankę reportażu i wywiadu, będącą czymś stosunkowo rzadko „granym” w polskiej literaturze. Pomimo tego, mam mieszane odczucia względem tej pozycji. O realiach kobiet za kratami więzień czytało mi się ciekawie, natomiast wartość merytoryczna „Skazanej” i przesłanie, które momentami się z niej wyłania, nie do końca do mnie trafiają. Dlaczego?
Wiele spośród obecnie wydawanych książek romantyzuje drugą wojnę światową. „Agentka Churchilla” NIE JEST taką powieścią. Przedstawione w niej historie doskonale obrazują zaś, że nawet niewielka decyzja małej wzrostem, choć wielkiej duchem, jednostki może odmienić bieg historii. Opowieść snuta w porywający sposób przez Alana Hlada udowadnia, że sabotażowa praca u podstaw zawsze ma znaczenie, podobnie jak utrudnianie życia okupantom w jakikolwiek dostępny sposób. Wykonawszy godny podziwu pod względem rzetelności research, Autor skrupulatnie przedstawia w swojej częściowo fikcyjnej narracji realia wojenne i obozowe, przygotowywanie agentów do pracy pod przykrywką oraz tajnej służby na obcej ziemi, okraszając to wszystko plejadą ludzkich dramatów i szokującą brawurą bohaterów; zwykłych-maluczkich, którzy walcząc o niepodległość swoją i przyszłych pokoleń, poważyli się na ogromne czyny. Choć te niekiedy można dostrzec takimi jedynie z perspektywy czasu – zawsze będą fascynowały, dawały przykład i nadzieję.
„Walcz o to, by nigdy już nikt nie popełniał zbrodni przeciwko ludzkości.”
„Jesienna miłość” Sparksa, tudzież – w wersji zekranizowanej – chwytająca za serce „Szkoła uczuć”. Najpiękniejsza historia o pożegnaniu i odchodzeniu, czyli „Ćwiczenia z utraty” Tuszyńskiej. „Gwiazd naszych wina” Greena. I perła w koronie, mój ulubiony wyciskacz łez, to jest „Cały czas świata” Nickles. W tym zestawieniu wzruszających propozycji powinna znaleźć się również druga część dylogii „Nowy początek” Zofii Pyłypczuk; „Uratuj mnie” sprawi bowiem, że nawet kamień zapłacze. Zafascynowana Skalnym Miastem, Stonehenge czy Błędnymi Skałami, wiem doskonale, o czym piszę. To nie jest lekka młodzieżówka, będąca jedną z wielu rozrywkowych książek, mających szansę stać się hitem wśród nastolatków. To wartościowa, słodka, choć przede wszystkim gorzka, opowieść o stracie, sile miłości i wadze przyjaźni. Coś, co poznać możesz jedynie w towarzystwie mnóstwa chusteczek – bo mroczna ja może Ci zagwarantować, że podczas lektury będziesz mniej lub bardziej ukradkiem ocierać łzy smutku i… zwijać się w kłębek wskutek wycieńczających napadów śmiechu. Pyłypczuk pisze w sposób świadomy – doskonale wiedząc, kiedy rozbawić czytelnika, bo ten czuje się zbyt przytłoczony żalem, niesprawiedliwością i tragedią. „Uratuj mnie” to historia o tym, jak wspaniale żyć i pięknie umierać; dramat YA, który złamie Twoje serce, roztopi powstałe fragmenty, a potem na całość pozostałych resztek przyklei plaster z uśmiechniętą buźką. Prawdziwy emocjonalny rollercoaster!
.png.PNG)
.png.PNG)
.png.PNG)
