Bukiet kwiatów, będący wyrazem największej i najszczerszej miłości oraz pamięci - darowany z okazji lub przesłany po prostu, aby przekazać bez słów: myślę o Tobie, jesteś dla mnie ważna. Sto dwadzieścia róż - za każdy z miesięcy, by podkreślić wzniosłość dziesiątej rocznicy związku. Tyle mieczyków, ile liczysz sobie lat, w celu dostojnego zaakcentowania liczby urodzin. I wreszcie jeden tulipan, będący znakiem; symbolem wydarzenia, jakie zdeterminowało całe Twoje życie. Płynąca z przeszłego wspomnienia radość czy przekleństwo, burzące skrzętnie kreowaną rzeczywistość?
“Tak bardzo Cię przepraszam, że nie kochałam Cię tak, jak powinnam...”
Thriller domestic noir - mój dom; naturalne środowisko, złożone z tysięcy przeczytanych książek. Matecznik, do którego zawsze wracam niczym z najdalszych podróży (“a te niespodziewanie mogłyby się przedłużyć... mogłyby, przecież nie chciałbym...”). Gatunek niemający przede mną żadnej tajemnicy, wciąż jednak zgłębiany wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu nowych, nieoszlifowanych jeszcze diamentów do odkrycia. Rzadkich kamieni, jakie wyłonione z mroku prezentują zupełnie inny obraz wszechświata. Czy takim klejnotem okazał się debiut jednej z bookstagramowych Recenzentek, której działalność obserwuję od kilku lat? Tak jak nie mam litości dla wrogów wolności, tak nie przejawiam jej również dla znajomych, postanawiających pewnego dnia znaleźć się po drugiej stronie lustra i chwycić własne pióro. Moją domeną niezmiennie pozostaje szczerość. Z szacunku dla czytelników, współtworzących profil Thrillerly, którym nie wyobrażam sobie polecić czegoś, będącego w moim mniemaniu stratą czasu. Przede wszystkim również z uwagi na dobro autorów. Wierzę, że poparte argumentami rzetelne recenzje bogate we wskazówki są w stanie sprawić, iż każda ich kolejna historia będzie barwniejsza. Czy jednak “Żółty tulipan” potrzebuje większej ilości kolorów?

