• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Na co można niekiedy zamienić relaks z książką? Wielu czytających zdradziło mi, że doskonałym pomysłem jest... odpoczynek przy kolorowance! Uwielbiam wiedzieć, co święci triumfy u miłośników słów pięknie złożonych w zdania, dlatego po dokonaniu ściśle tajnego wywiadu i zliczeniu głosów, przedstawiam Ci aż 3 ciekawe propozycje zestawów obrazków do wypełnienia kolorami, w których dosłownie... można się zakochać, jak słusznie głosi nazwa serii. 💕 

00:16:00 No comments

Mistyk wystygł. Wynik? Cynik. To powiedzenie zalicza się do moich dewiz, choć wychodzę z założenia, że fakt, iż nie ufam praktycznie nikomu, bo nie sądzę, by było warto to robić, jest raczej realizmem, powstałym na bazie wielu wcześniejszych doświadczeń. Zanurzenie się w propozycji literackiej, którą napisał Luck Montelair, nie okazało się więc dla mnie skokiem na głęboką wodę, a raczej zanurzeniem się w doskonale znanych wodach. Już od dawna nie słonych od łez, lecz słodkich. Bliskich skamieniałemu i sczerniałemu sercu, jako że przepłyniętych wzdłuż i wszerz niezliczoną ilość razy. Nie licząc garstki najbliższych, po ludziach spodziewam się najgorszego, co pozwala uniknąć wielu rozczarowań. Podobnie jak i Autor, przekonałam się bowiem wielokrotnie, że ani karma, ani ofiarowane dobro nie wracają, przynajmniej w większości wypadków. Przebaczenie zaś niekoniecznie przynosi wolność i ukojenie - to tylko gest. Droga do niego, przede wszystkim względem siebie, prowadzi zupełnie innymi ścieżkami. Krętymi i pod górę - a w dodatku nikt postronny nie musi w nich towarzyszyć. Parafrazując tytuł pewnej książki, zwycięzcą jest się samotnie. To moja prawda, choć oczywiście, jeśli kierujesz się innym podejściem, masz własną.  

Żałuję natomiast, że wiele lat wstecz nie trafiłam na tak prawdziwą i otwierającą oczy narrację jak “Rachunek za zaufanie”. Z całą mocą stwierdzam, że to tekst, który powinien przeczytać absolutnie każdy. Ten podany w gawędziarskim stylu poradnik skrzyżowany z opowieścią pełną kapitalnych porównań jest czymś niewtórnym, co definitywnie warto poznać. Wszystko bowiem ma swoją cenę, nawet, jeżeli jeszcze tego nie dostrzegasz. A koszty nadmiernej wiary w krystaliczne intencje innych mogą przerosnąć nawet najpewniejszych siebie, nie pisząc już o tych, którzy wiecznie uważają się za projekt do naprawy. Kogoś, kto musi się zmienić, by przystawać do wydumanych oczekiwań... 

PS Mam nadzieję, że Pisarz zdecyduje się na wydanie książki w wersji papierowej, bo chciałabym mieć ją na półce. Póki co, znajdziesz ją w formie e-booka pod linkiem: www.naffy.io/rachunekzazaufanie/rachunek-za-zaufanie-Tr1

00:42:00 No comments

Wpatrujesz się w twarz widniejącą przed oczyma i próbujesz sobie rozpaczliwie przypomnieć, do kogo należy. Omiatasz wzrokiem otoczenie i ze zdumieniem konstatujesz, że nie masz najmniejszego pojęcia, skąd się wzięłaś w podróżnym powozie pędzącym z pełną prędkością, na jaką stać ciągnące go konie. Zaczynasz odczuwać coraz większy strach i z całych sił zmuszasz się do zachowania zimnej krwi - nadaremnie. Z osłupienia wyrywa Cię głos siedzącego naprzeciwko mężczyzny, który wyraźnie zainteresował się malującym się na Twoim obliczu uczuciem oszołomienia. Z wyraźną troską pyta, co się z Tobą dzieje, powtarzając raz po raz, że jesteś całkowicie bezpieczna. Wydobywasz z siebie głos, zapewniając, że zasnęłaś i straciłaś kontakt z rzeczywistością. Tylko Ty wiesz, że te słowa kryją w sobie o wiele głębsze znacznie, niż się to na pozór wydaje. Jegomość na razie daje Ci spokój, a w Twojej głowie dudni pytanie kim jesteś? Masz wrażenie, że Twój umysł to całkowicie niezapisana, biała karta - nie ma w nim żadnych wspomnień, które zawierałyby jakiekolwiek obrazy z przeszłych wydarzeń. Nie znasz nawet swojego imienia i nazwiska. Cicho pytasz, który jest rok a odpowiedź uderza Cię jak obuch. Dowiadujesz się bowiem, że jest rok 1876 i właśnie wyjechaliście z Rothbury - uroczego miasteczka na północy kraju. Widocznie wyglądasz na mocno zaskoczoną, gdyż siedząca obok młoda kobieta, najwyraźniej jego córka, zaczyna gwałtownie potwierdzać, że tak w istocie jest. Bierzesz głęboki oddech i zapewniasz, że oczywiście zdajesz sobie z tego sprawę, przepraszając za całe zamieszanie wywołane Twoim dziwnym zachowaniem. W powozie zapada cisza, a Ty możesz zastanowić się nad swoim położeniem. 

19:03:00 No comments

Dawno, dawno temu - a może wcale nie tak dawno, za siedmioma górami, ośmioma lasami, wieloma polami i trzema jeziorami - a może wcale nie tak daleko, żyła sobie zwichrowana trzynastolatka o imieniu Julia. Niepomna słów urody, prosiła, by wołać na nią Rysia. Niestety, pseudonim ów nie miał nic wspólnego z dzikim kotem, a pierwszym zauroczeniem, które to na szczęście szybko zginęło w pomroce dziejów. Dziewczynka od wczesnych lat dzieckiem była zresztą dziwnym. Starczy wspomnieć, że w opisywanym czasie prowadziła równocześnie czterdzieści kilka blogów a na wielu z nich publikowała w odcinkach cokolwiek szalone opowiadania. Z radością stwierdzić trzeba, że dobrze, iż wówczas namierzanie personaliów za pomocą Internetu w nadwiślańskim kraju jeszcze raczkowało. W przeciwnym wypadku z pewnością błękitnooka trafiłaby do nastoletniej wersji pokoju bez klamek, jakiego nigdy by nie opuściła. Coś jak jej ulubiona Baba Jaga oraz uroczy domek na KURZYCH łapkach w wydaniu specjalnym. A skoro już przy uśmiechających historiach jesteśmy, całe dzieciństwo cokolwiek osobliwej brunetki upłynęło na oglądaniu Wilka i Zająca w oryginale, naprzemiennie z najmroczniejszymi wersjami baśni Braci Grimm, co w naturalny sposób odzwierciedlało jej późniejsze preferencje. Przekroczywszy mury gimnazjum w pieczołowicie wybranym stroju, który miał sprawić, że dziewczyna nie rzuci się w oczy (różowe jeansy, bluzka w identycznym kolorze, pasująca do nich sztruksowa kurtka, gargantuiczna torba w tym samym odcieniu oraz... marszczone kozaki za kolano na 12 cm szpilkach), wpadła... wprost pod skrzydła Muzy. Ta zaś nieszczęsna nie wiedziała jeszcze, na co się porwała, kiedy namawiała nader fuksjowego stwora na rozwijanie własnego warsztatu pisarskiego. Szybko się o tym przekonała, bo oto dziewczynka znalazła swoją niszę - baśnie o złamanej konwencji. Złe, tragiczne, makabryczne, krwawe, czarne. Piękne w najgorszości!  

Do dziś pamięta Julia przedkonkursową prośbę Patronki: czy możesz, proszę, choć raz nie wymordować wszystkich bohaterów po drodze w tak, ekhm, widowiskowy sposób? 😂 Misja się nie powiodła... 

00:47:00 No comments

Malarstwo aż do XX stulecia niewątpliwie jawiło się jako domena mężczyzn - kobiet parających się tą dziedziną było jak na lekarstwo. Powodów takiego stanu rzeczy było bardzo wiele, począwszy od uwarunkowań społecznych i prądów epoki a skończywszy na indywidualnych zdolnościach, które opatrzność niestety rozdaje umiarkowanie. Dopiero w ubiegłym wieku niewiasty wdarły się przebojem na malarski Parnas. Najbardziej popularna pozostaje Meksykanka Frida Kahlo. Jej żywiołowa, kobieca ekspresja zaowocowała obrazami pełnymi surrealistycznych akcentów splecionych w nierozerwalny węzeł z elementami indiańskiego folkloru. Można je podziwiać zwłaszcza na licznych Autoportretach, sycących oczy niezrównanym bogactwem istnej feerii barw. Ciężkie przeżycia zdrowotne i osobiste również odcisnęły swoje piętno i znalazły wyraz we wstrząsającej „Strzaskanej kolumnie”, która plastycznie obrazuje cały ból, jaki musiała na siebie przyjąć. Z dumą można stwierdzić, że Polacy również nie wypadli sroce spod ogona i mają w swoim panteonie przynajmniej dwie wybitne artystki - Tamarę Łempicką oraz Zofię Stryjeńską. Pierwsza zasłynęła „Autoportretem w zielonym bugatti” - niezrównanym odzwierciedleniem postaci bogini męskich westchnień, kobiety niezależnej i wyzwolonej, istnej „femme fatale” patrzącej na adoratorów z jawną pogardą oraz uzasadnionym poczuciem wyższości. Druga stworzyła przepiękne „Zaloty”, w których dynamicznie przedstawione ciała „mających się ku sobie” splecione są w łuku, przypominającym pełną wigoru, płynącą figurę taneczną w otoczeniu wspaniałej gry świateł i niezwykle nasyconych kolorów. A jak było we wcześniejszych wiekach? No cóż, prawie kompletna posucha, zwłaszcza do XVIII stulecia. W XVII annały historii sztuki odnotowują tylko jedną białogłowę, która parała się sztuką pędzla. Była nią Artemizja Gentileschi - a jej wartą uwiecznienia sylwetkę przybliża ks. Witold Kawecki. 

17:54:00 No comments

Dawno temu najstarsza z moich przyjaciółek twierdziła, że moje życie przypomina brazylijską telenowelę. Definitywnie się nie myliła! Kiedy prosiła, bym opowiedziała jej, co u mnie nowego - pytała o fabułę kolejnego odcinka. Ten tasiemiec definitywnie nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. 😉 Przyznaję, że kiedyś byłam fanką seriali i oglądałam równocześnie wszystkie możliwe produkcje, jakie serwowała widzom telewizja, a do tego dodawałam mnóstwo tych dostępnych wówczas jedynie w Internecie. Jest pewien urok w obejrzeniu kilkunastu sezonów tasiemca po dziesięć odcinków każdy, aby w tym finalnym, oczywiście odpowiednio widowiskowym, zobaczyć jak ta jedna para, której na przeszkodzie po drodze stało to, co możliwe i niemożliwe, nareszcie jest razem. Wiem, że się ze mną zgadzasz. 😉 Choć w mojej kolekcji obejrzanych propozycji tytułów jest bez liku - nigdy nie zdecydowałam się na obejrzenie koreańskiej dramy. Jak mniemam, już wtedy uważałam, że wystarczająca ich ilość jest obecna w moim prawdziwym życiu, by jeszcze zaprzątać sobie zwichrowaną jaźń tymi spod reżyserskiej ręki. Nie zmienia to faktu, że jako tematyczny wyjadacz zdecydowanie wiem, skąd ich fenomen. Stąd też “Mój najlepszy Jin-Su” Agaty Kołakowskiej od razu zwrócił moją uwagę. Po nieco cukierkowej okładce, która doskonale pasuje do mających słodką otoczkę seriali z Korei, nieco obawiałam się treści - jak pamiętasz, nie czuję się najlepiej wśród tęczy i jednorożców. Na szczęście całkowicie niesłusznie, bowiem najnowsza powieść polskiej Pisarki bez dwóch zdań otula czytelnika i napawa optymizmem, ale pozostaje życiową historią, w której odnaleźć można także dozę goryczy. Przede wszystkim jednak to taka opowieść, jaka urzeka fabułą - pokręconą i na wskroś oryginalną. Kto bowiem nie chciałby choć na chwilę przenieść się do ulubionego serialu?

02:23:00 No comments

Rdzewieją liście kąpiących się w złotej poświacie drzew. Już niedługo rozniesie je po zamierającym na zimę świecie wiatr - prowadzony podmuchem czasu. Cisza. Kubek zaprawionej miodem i cytryną herbaty, miękkość koca na pokrytych gęsią skórką ramionach. Z zimna czy ze strachu? O szyby okien miarowo uderzają krople, żłobiąc nerwowe ścieżki w osiadłych na nich drobinach kurzu. Co ujrzysz, jeśli je przetrzesz? Dookoła Ciebie las szepcze niepokojące melodie; wygrywa nuty, których wolałabyś nigdy nie usłyszeć. Znasz tę piosenkę, przypomnij sobie. Akordy przeszłości wybrzmiewają tak, jak gdyby wcale nie chodziło o wydarzenia sprzed dziesiątek lat - pięciolinie prowadzą w teraźniejszość. Wiodą w mrok, który rdzewieje na krawędziach, niczym naznaczony krwią lub niszczeniem. Krzepną czerwone kałuże, jakich lustro jeszcze przez chwilę można zmącić dotykiem opuszka palca. Ujrzeć w nich własne oblicze; wykrzywioną grozą i przejęciem twarz człowieka, który zastanawia się, czy to jawa, czy może jednak najkoszmarniejszy sen. Gdzieś nieopodal kasztan upada na ziemię, w tej upiornej ciszy powodując wręcz koszmarny łoskot. Pęka gałązka, a Twój rwany oddech niesie się głuchym echem głęboko w dal. Wydaje Ci się, że znowu widzisz zjawę, Śpiącą Królewnę, która pojawia się w nieoczekiwanych momentach. Tak blisko Ci do zmarłych, Kochanko Śmierci. Ona jednak tym razem milczy i wydaje się tylko niemo prosić: odkryj tamte historie. Mroczne baśnie, podania, legendy, a może prawdziwe wydarzenia, jakie sprawiły, że jesteś tym, kim jesteś - choć nawet piórko tej świadomości nie łaskocze Cię w zamknięte powieki. Hush... 

“Październikowa rdza” obiecywała oniryczny klimat spod ciemnej gwiazdy, który uwiedzie mnie poetycką kreacją rzeczywistości znajdujących się na obrzeżach świadomości. Czy dotrzymała słowa? Bez wątpienia okazała się najbardziej złożoną i skomplikowaną narracją, z jaką ostatnio wdałam się w romans. Chaos czy mistrzostwo? 

23:25:00 No comments


Po raz ostatni spoglądasz na rozgwieżdżone niebo rozciągające się nieskończonym bezkresem nad pogrążoną w nocnej ciemności Ziemią. Twoje oczy chciwie wpatrują się w błyszczącą poświatę drogi mlecznej, tkanej blaskiem kosmicznych kaganków i dyskretną poświatą księżyca. Jutro zabierzesz ze sobą ten obraz na odległość 12 lat świetlnych i nigdy już nie zobaczysz go ponownie. Po 150 latach podróży staniesz się mieszkańcem planety ochrzczonej z wdziękiem godnym rachmistrzów nazwą GJ1061D, która leży 114 bilionów kilometrów od Słońca. Z dumą myślisz, że niesiesz w sobie dziedzictwo Kolumba, Jamesa Cooka i tylu innych, jacy niepomni niebezpieczeństw i przeciwności, odkrywali nieznane lądy i obejmowali je we władanie na chwałę swoich suwerenów. Tym razem jednak podbój będzie całkowicie bezkrwawy, a jedynym monarchą - dumna ludzkość, zjednoczona w jednym celu - zasiedlenia planety, dającej nadzieję na odrodzenie cywilizacji, gdy Błękitny Glob stanie się całkowicie niezdatny do życia. A ta chwila jest coraz bliżej. Nawet teraz częściowo oddycha się przy pomocy aparatów tlenowych z powodu chronicznego zanieczyszczenia powietrza. Z dumą myślisz o osiągnięciach technicznych swojego rodzaju, który w niezrównanym geniuszu jest w stanie stworzyć cztery ogromne promy kosmiczne z napędem termonuklearnym, zapewniającym im osiąganie 1/10 prędkości światła. Jak srebrzyste pociski pomkną w niemającą końca otchłań wszechświata, by bezpiecznie dowieźć do nowego domu tysiące kolonizatorów. Z jeszcze większą satysfakcją dumasz o tym, że wszystko to jest możliwe właśnie dzięki Tobie. Jesteś uznanym naukowcem, który dokonał tego, na co czeka każdy człowiek Twojego pokroju - życiowego odkrycia. Po wielu latach ciężkiej pracy zaprojektowałeś wektor wirusowy, umożliwiający ciągłe odbudowywanie telomerów w komórkach ciała. To zaś zapobiega starzeniu się organizmów, a więc da się uśpić podróżników na cały okres wyprawy, bez żadnego uszczerbku dla ich sprawności. Po 150 latach obudzą się równie młodzi, jak na chwilę przed startem.  

15:05:00 No comments

Tego jeszcze nie grali! Oto przepis na kinowy hit stulecia - nakręcić film o Wikingach... przenosząc się do jedenastego wieku i ich krainy za pomocą umożliwiającego podróże w czasie wehikułu. Brzmi szalenie? Wyobraź sobie potencjał, jaki to za sobą niesie. Już sama uwieczniona mina rosłego, nieokrzesanego, brutalnego, zarośniętego, muskularnego (miłośniczki romansów i darków, proszę o spokój, to nie ta bajka! 😉) wyznawcy Odyna, który stoi przed domostwem z toporem w jednej ręce i piwem w drugiej, gdy oto materializuje się przed nim... współczesna ciężarówka, byłaby kapitalną sceną! Co innego bowiem umierać chętnie i mężnie w boju czy dokonywać nader krwawych (mmm!) zemst z imieniem bóstw na ustach. Czymś zupełnie odmiennym jest współczesny czort, którego silnik wydaje z siebie raczej piekielne dźwięki. Dla statystycznego Wikinga podobne wydarzenie zwiastowałoby nadejście końca świata, zawarte zresztą pewnie w jakiejś z opasłych sag. Tymczasem taka właśnie akcja ma miejsce w jednym z pierwszych rozdziałów “Filmowego wehikułu czasu” Harry’ego Harrisona - przepyszne! Mój przesadnie fantazyjny mózg natychmiast wszystko zwizualizował, ciesząc się na dalszy ciąg zapowiadającej się unikatowo rozrywki. Ta okazała się całkiem dobra, choć przyznam, iż spodziewałam się większej ilości nasuwających się żartów czy komicznych sytuacji. Uważam, że potencjał nie został do końca wykorzystany, lecz nie zmienia to faktu, iż chętnie poznałabym więcej narracji w tak krzywym zwierciadle. Podróże w czasoprzestrzeni - w istocie najazd na spokojną krainę Wikingów w ich schyłkowym XI wieku... Świetny punkt wyjścia dla komicznej opowieści, lecz ta przede wszystkim pozostaje smutną satyrą na hollywoodzkie produkcje. Czegóż bowiem nie zrobią ich twórcy dla jeszcze ogromniejszych pieniędzy? Śmiem twierdzić, że są gotowi na niemożliwe... 

16:29:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (80)
    • ▼  cze (9)
      • Weronika Jaczewska - Twój ruch - recenzja
      • Mariolina Venezia - Tajemnica Serra Venerdi - rec...
      • Michał Kuźmiński - Złodziej czasu - recenzja
      • Bartłomiej Ludwisiak - Belwood Quarry - recenzja
      • Łukasz Piper - Kryształowa wieża - recenzja
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates