Po drugiej stronie kamery staję zazwyczaj po to, aby nieco przestraszyć Cię w wizualizacjach - a Jakub Płoch właśnie tak zatytułował własny debiut, którego fabuła rozgrywa się w horrorowym klimacie. Przypadek? Jak doskonale wiesz, myślę, że te nie istnieją. Nie zdziwi Cię zatem wcale, że kiedy zobaczyłam nęcąco mroczną okładkę pierwszej powieści Pisarza i przeczytałam jeszcze bardziej przyzywający mą ciemną stronę (czyli całość, no dobrze!) opis, natychmiast pomyślałam, że oto potencjalne idealne dopasowanie. Autor zresztą z dużą dozą odwagi powierzył mojej recenzji napisaną treść. Nie ukrywam bowiem, że nie żadna historia, jaka w założeniu miała być straszna, jeszcze mnie nie przeraziła. Szkoda - wnikliwie wciąż takiej poszukuję! Do plejady poznanych nie wliczam tych, które właściwie na okrągło rozgrywają się w mojej głowie. To temat na inną opowieść - i dla egzorcystów. 😉 Z opowieściami z tak zwanym dreszczykiem mam zazwyczaj różnie, choć w żadnym wypadku nie tak, jak tego oczekiwałam. Albo bawią mnie one do rozpuku (co pewnie nie jest zwyczajową reakcją, ale cóż - winię za ten stan rzeczy nader plastyczny mózg), albo żenują głupotą, albo przyprawiają o obrzydzenie detalicznością w postaci iście rzeźniczej scenerii. Najczęściej, gdy oglądam lub czytam horror, kibicuję też złoczyńcom, tudzież do wtóru wesołej melodii typuję, kto zginie następny. Zaiste, świetny ze mnie towarzysz w podobnych rozrywkach, polecam! 😉 Jest jednak jeszcze inny typ narracji grozy - i, co stwierdzam ku uciesze, do tego właśnie zalicza się książka “Po drugiej stronie kamery”: powieści, które powodują u odbiorcy niepokój świetnie wykreowaną atmosferą. Eskalujące napięcie, nieprzewidywalne zwroty akcji, upiorni bohaterowie ze świata zjaw, cieniście mroczne otoczenie, niewyjaśnialne racjonalnie wydarzenia, pętla czasoprzestrzenna... Bez krwi i mięsa, a za to ze świetnie wykreowaną atmosferą. O tak, w to mi graj! Choć może do czasem do tego jumpscare’a daj. 😉
Twoje życie z pozoru wygląda wręcz idealnie. Masz dobrą pracę i chłopaka, który jako prawnik ma przed sobą świetlaną przyszłość. Gdy jednak przyjrzeć mu się z bliska, widać szereg poważnych rys, zaburzających ten sielankowy obraz. Zmartwień dostarcza Ci także miejsce zatrudnienia. Agencja reklamowa zawsze była Twoim marzeniem, toteż, gdy po skończeniu studiów otrzymałaś ofertę jednej z gdańskich firm z tej branży, Promotion SA, przyjęłaś ją bez namysłu. Zaczęłaś jako stażystka, aż w końcu po czterech latach zostałaś pełnoprawnym pracownikiem. Bardzo lubisz swoje zajęcie a tworzenie projektów i kreowanie kampanii reklamowych sprawia Ci wielką satysfakcję. Twój pech polega na tym, że trafiłaś na okropną przełożoną. Pani Iza ma sześćdziesiąt lat i jest chodzącą złośliwością. Despotyczna, o cholerycznym usposobieniu, bezpodstawnie pewna siebie - jest nieodmiennie skrajnie krytyczna wobec Twoich poczynań. Co gorsza, poddaje Cię wręcz skrajnemu mobbingowi. Głośno krytykuje wszystko, co robisz i posuwa się nawet do krzyku oraz notorycznego grożenia zwolnieniem. Do tego przypisuje sobie wszystkie sukcesy, które osiągnęłaś dzięki ciężkiej pracy, czym całkowicie lekceważy Twoje wysiłki. To przez nią jesteś coraz bardziej zniechęcona. Miewasz także bezsenne noce i nerwowe dni nawet wtedy, gdy masz wolne. Przed przestąpieniem progu firmy denerwujesz się do tego stopnia, że oblewają Cię zimne poty i czujesz ból żołądka. Iza niejednokrotnie doprowadziła Cię do płaczu i drżenia rąk. Na szczęście będziesz miała okazję zapomnieć o tym wszystkim na krótki czas. Właśnie pakujesz walizkę, gdyż czeka Cię długo planowany i kilka razy przekładany weekendowy wypad z partnerem. Jesteście razem od siedmiu lat. Wynajmujecie mieszkanie na Strzyży, która jest jedną z najbardziej uroczych dzielnic Gdańska. Na razie nie planujecie dalszej przyszłości, jest Wam dobrze w uroczej codzienności, jaką razem stworzyliście.
Paulina Świst wykreowała postać, jaką uważam za jedno z moich ulubionych i najbardziej komicznie skrojonych alter ego. Cechująca się czarnym poczuciem humoru pani prokurator o nader mrocznych i ostrych pazurach, na domiar dobrego zakochana w adrenalinie niesamowicie przypadła mi do gustu. Jeśli więc nie znasz cyklu “Bestseller”, zdecydowanie rekomenduję Ci naprawienie tego błędu. 😉 Ostrzegam jednak, zapoznanie się ze zwichrowanymi opowieściami o losach Niny i Aleksandra może spowodować niekontrolowane ataki śmiechu. Sama bacznie wypatruję kontynuacji serii!
W oczekiwaniu na nią sięgnęłam natomiast po najnowszą powieść Autorki, którą - co definitywnie mnie zaskoczyło - zdecydowała się stworzyć wespół z drugą równie tajemniczą, bo anonimową, postacią na scenie polskiej literatury. Jestem pewna, że Piotr C. to persona, jakiej nie muszę nikomu przedstawiać. Osobiście nie zaliczam się do fanów twórczości Pisarza z dwóch powodów - poznawszy kilka czytelniczych propozycji spod jego pióra, doszłam do wniosku, iż cechuję się skrajnie innym poczuciem humoru oraz mam kompletnie przeciwstawne poglądy na zbyt wiele kwestii, by jego teksty miały choć nikłą szansę mi się podobać. Po pierwszych tomach cyklu o niepokornej, zwichrowanej, barwnej i na wskroś charakternej prokurator polubiłam natomiast twórczość Świst na tyle, że nie mogłam nie pokusić się o sprawdzenie, jak wypadnie książka, którą napisała z inną osobą. Każdorazowo zresztą, gdy widzę na okładce dwa nazwiska, zastanawiam się czy tego rodzaju eksperyment ma szansę się udać, czy raczej okaże się niepowodzeniem.
Niestety, w mojej ocenie “Miasteczko” zalicza się do tej drugiej kategorii - z powodu słabo zarysowanej fabuły, ale przede wszystkim z uwagi na niski poziom żartów, które nawet w gimnazjum niezbyt by mnie bawiły. Nie pisząc już o stekach przekleństw, jakie wylewają się z treści. Uzasadniona “łacina podwórkowa” jest w porządku, lecz ta w natężeniu przekraczającym skalę na nieszczęście tylko żenuje.
Uwielbiam propozycje literackie, w jakich fabuła krzyżuje się ze sztuką - i ZNAKOMITY DEBIUT Magdaleny Furlepy to właśnie ten przypadek. To jednak nie wszystko, co mnie urzekło. Za tą nierzucającą się w oczy okładką spotkałam bohatera, który... z pewnością jest jednym z moich rozlicznych (rozglądaj się bacznie!) alter ego. Zgorzkniały malarz, mający niespełna czterdzieści wiosen, notorycznie wpada w szał twórczy, w trakcie jakiego zapomina o świecie a jego pracownia przypomina istne pobojowisko. Produkowane dzieła pełne są alegorii - w żadnym razie nie jest to sztuka zwyczajna, jako że stara się dostarczać coś unikatowego, przez co większość osób nie rozumie tego, co w istocie maluje. Nie szkodzi - wszak nie zależy mu na sławie, a na tym, by wnieść do tej niszczejącej rzeczywistości coś, co nie jest obecnie często spotykane. Na płótna przelewa z mistrzowską precyzją cząstki swojej duszy, do której nikogo nie dopuszcza. Czasem na tyle zatraca się w kreacjach, że budzi się z pędzlem w dłoni nad ranem, po czym okazuje się, że kreował bez ustanku przez wiele godzin. Leonard nie znosi przebywania w tłumie obcych - nawet wyprawa do sklepu okazuje się dla niego nie lada wyczynem. Nienawidzi hałasu i wrzasku, zaś gromadki dzieci przypominają mu upiorną trupę, rodem z horrorowego cyrku. Jest absolutnie wierny własnym przekonaniom i zawsze dotrzymuje danego słowa. Nigdy się nie łamie oraz nie poddaje; nie ustaje w wysiłkach, zmierzając do celu, który sam sobie wytyczył - choćby jego osiągnięcie miało mu zająć wiele lat. Przepada za samotnością, ciszą i ma niezliczoną ilość kreatywnych pomysłów, które skrupulatnie wciela w życie. To również dobry taktyk i niedościgniony planista, jakiemu stanie się kameleonem nie sprawia żadnych trudności w każdym środowisku. To też cynik, którego bogiem jest sztuka. Mogłabym tak charakteryzować Drzywińskiego dalej, ale tak naprawdę... pisałabym wciąż o sobie. Jeśli znasz mnie, wiesz już, jaką, cóż, złożoną postać wykreowała Autorka – za co jej dziękuję! Ciekawym doświadczeniem było... czytać jakby o innej wersji siebie!
Jesteś wyrzutkiem, śmieciem egzystującym na obrzeżach społeczeństwa. Niewidzialnym i nikomu niepotrzebnym. Człowiecze rysy odzyskujesz jedynie w grupie podobnych do siebie, takich samych „przegrywów”, których nikt nie szanuje - za to każdy się boi. I słusznie, bo w punkowym buncie wobec rzeczywistości idziecie najdalej jak tylko można, nie zważając na żadne konwenanse ani przyjęte przez wrogie Wam społeczeństwo zasady. Wprawdzie zdajesz sobie sprawę, że rebelia, jaką wzniecacie, jest całkowicie jałowa i nic nie zmieni - ani w Was, ani w otaczającym świecie, jednak nie pozostawiono Wam wyboru. I tak nie macie przyszłości - pokolenie „no future” istnieje także w Polsce lat dziewięćdziesiątych na bogatym do niedawna Śląsku. Choć nie powstało w brytyjskich miastach, pełnych biednych robotniczych dzielnic, to jego istota jest tożsama. Zamykane kopalnie, wiążące się z tym bieda i beznadzieja; szarzy, złamani ludzie, którym wraz z ich upadkiem zabrano nie tylko pracę i jedyne źródło utrzymania, ale przede wszystkim sens życia. To wszystko rodzi gniew i chęć oporu wobec sytych i zadowolonych z siebie oraz kształtującej się nowej rzeczywistości, jaka pieczętuje się niesprawiedliwością i nurza ludzi w bezwzględną walkę o egzystencję, pozbawiając godności i ludzkich odruchów. Wobec tych, którzy dzięki układom, znajomościom i zajmowanym stanowiskom są nadal na świeczniku. Nie zostali podeptani z taką bezwzględnością i patrzą na Was z pogardą, marząc, abyście zniknęli i nie budzili w nich wyrzutów sumienia, jeśli w ogóle je kiedykolwiek posiadali. Wasz sprzeciw wyraża się nie tylko zachowaniem, ale także ubiorem: irokez postawiony na cukier, czarne kurtki z ćwiekami i obowiązkowo podniesionym kołnierzem, obcisłe spodnie - to znaki rozpoznawcze przynależności do stworzonej wspólnoty. Jest jeszcze kapela - „Ferment” w której śpiewasz i piszesz teksty przepojone żółcią i mrokiem.
Egipt zawsze był krainą pożądaną. Przed wiekami przez zdobywców, obecnie - niezliczone rzesze turystów. Jednym i drugim jawił się w wyobrażeniach jako kraina bajeczna, przenosząca przybyszy w świat bardzo odległy od codziennej szarej rzeczywistości własnych ojczyzn. Pełna oszałamiających bogactw i całkowicie odmiennych obyczajów, obcych i jednocześnie wabiących zapachów i kolorów. Zachwyconym oczom prezentowała monumentalne piękno Aleksandrii, nieśmiertelność piramid, nieodgadnioność Sfinksa, grozę Sahary i życiodajność błękitnej wstęgi Nilu. Choć w ciągu upływających dziesięcioleci wiele się zmieniło, ten niezwykły kraj nadal wabi, obiecując przeżycie niezapomnianej przygody. Ale Kemet, jak zwali Egipt jego starożytni mieszkańcy, to nie tylko antyki. Określenie to znaczy dosłownie „czarna ziemia” i odnosi się do niezwykle żyznej gleby, która powstaje wskutek corocznych wylewów świętej rzeki. To jedyne zjawisko w swoim rodzaju - zwłaszcza w generalnie jałowej pod tym względem Afryce - uczyniło Egipt spichlerzem starożytnego świata. Wystarczy wspomnieć, że Rzym za czasów Imperium Romanum „importował” z niego rocznie co najmniej 135.000 ton zboża, a więc 1/3 swojego przeciętnego zużycia. Kraj zamieszkuje istna mozaika ludów. Zdecydowaną większość stanowią osoby pochodzenia arabskiego, ale oprócz nich można tam spotkać ciemnoskórych Nubijczyków, którzy zamieszkują południową część, Berberów osiadłych na zachodzie oraz starych znajomych Lawrence’a z Arabii - Beduinów, jacy do dziś prowadzą pustynną, koczowniczą egzystencję. Ciekawą grupę stanowią Koptowie - niezwykle ortodoksyjna i chrześcijańska grupa religijna. Każdy, kto był w Egipcie, z łatwością dostrzeże jeszcze jedną grupę mieszkańców..., czyli wszędobylskie koty. 🙀 Wprawdzie nie mają już statusu świętych zwierząt, ale nadal cieszą się wielką sympatią i są otaczane opieką. Ich liczbę szacuje się na co najmniej 100 milionów! Do tak niezwykłego miejsca zabierze Cię Magdalena Stępień.
Zapewne doskonale znasz już moje zapędy pirotechniczne, zatem bynajmniej nie dziwi Cię, że książka z ogniem w tytule zwróciła moją uwagę. A przy tym na chwilę mnie zafrapowała - w związku z tym, iż niebieskiego płomienia jeszcze nie udało mi się uzyskać, umierając ten czy inny krzak w ramach praktycznych tekstów. 😛 Ale, ale... wszystko jeszcze przede mną. A skoro już o ALE mowa - przed Tobą jedna z najnowszych propozycji Wydawnictwa Ale, które zalicza się do moich ulubionych. Pewien ewenement, jako że pod ich skrzydłami nie ukazała się jeszcze ANI JEDNA powieść, jaka nie trafiłaby w mój cokolwiek zwichrowany i definitywnie wybredny gust. Czy “Blue fire”, o którego napisanie pokusiła się Karolina Żynda utrzymało tę tendencję? Przyznaję, że narracja definitywnie mnie zaskoczyła. Nie jest to bowiem dynamiczna historia młodzieżowa z mnóstwem zawirowań, za jakie cenię Ale najbardziej czy bawiąca do łez komedia romantyczna albo romans biurowy najlepszego sortu, do jakiego Wydawnictwo zdążyło mnie przyzwyczaić. Tym razem czytający otrzymuje bardziej dojrzałą opowieść, utrzymaną w popularnej ostatnio konwencji “slow burn”, która wyłania się z motywu drugiej szansy oraz odsłaniania tajemnic przeszłości. Dodatkowo w tle pojawia się łyżwiarstwo, co definitywnie mnie uśmiechnęło. Od dawna powtarzam bowiem, iż nie miałam jeszcze okazji poznać żadnej fabuły, w której bohaterowie romantyczni są powiązani z tematyką sportową. Mogę więc uznać, iż Ale po raz kolejny uczyniło mi niespodziankę, dzięki jakiej odhaczyłam kolejny punkt z listy pod tytułem: “przeczytać koniecznie”. Graham, Tate, lodowisko, zostawiający koszmarne blizny pożar, zawody łyżwiarskie... Tak, tego definitywnie jeszcze u mnie literacko nie było, z czego bardzo się cieszę. Po lekturze “Blue fire” ogień w moim mrocznym sercu mógł zatem zapłonąć żywym pomarańczem albo zamarznąć w lodowym błękicie. Jak się stało?
Chodzą słuchy, że lekarstwem na miłość, szczególnie tę, która okazuje się rozczarowaniem, bywa odtrutka w postaci innego związku albo przeciwstawne uczucie, czyli paląca nienawiść. Nie zawsze jednak konieczne są tak drastyczne środki - wszakże nie każdą z relacji wieńczy zło czy też: nie wszystkie w ogóle się kończą. Twórczość przesympatycznej Agnieszki Łepki miałam już okazję w tym roku poznać dzięki jej nowej książce o tytule “Pokochaj mnie wreszcie!”, jaka definitywnie przypadła mi do gustu za sprawą niezwykłej językowej dbałości Pisarki oraz samej fabuły, której kreacja okazała się na wskroś uśmiechająca. Po dobre powieści obyczajowe zawsze sięgam z dużą chęcią - wówczas, gdy mam ochotę na to, by na chwilę (krótką!) opuścić... mroczniejsze odcienie mroczności, w których z ulubowaniem żyję. 😉 Z tego powodu bardzo ucieszyła mnie propozycja Autorki, jaka zdecydowała się powierzyć mojej ocenie wcześniejszą narrację, czyli mające piękną okładkę “Lekarstwo na miłość”. Oto nadszedł moment, kiedy poczułam odpowiedni poziom przyciągania, by po nią sięgnąć. Jak zapewne zauważyłeś już dawno, moja kolejka jest bowiem bardzo ruchoma. Wybieram kolejne lektury nie w tym porządku, w jakim u mnie zagościły - a wtedy, gdy historia wydaje się do mnie krzyczeć: bierz mnie, bierz mnie teraz, będę cała Twoja! Miłośników dark romansów proszę o spokój, to będzie bardzo życiowy obyczaj. Nie moja wina, iż moje myśli chodzą niekiedy pokrętnymi ścieżkami. 😉 Zresztą jestem pewna, że Ciebie równie często opowieści przyzywają podobnymi słowy. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo jeżeli nie, to - co szczególnie nie zdziwi - okaże się jeszcze, iż to moja zwichrowana jaźń powinna się gdzieś znaleźć pod kluczem. Okej - należałoby się jej, wiem. A tymczasem przekonaj się, jakie lekarstwo na miłość postanowiła zaserwować bohaterom i czytelnikom Łepki.

