Od kiedy ludzkość dobrnęła
do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama,
poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy
pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak
gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej
wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne
wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w
Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady
kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w
gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po
ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny
obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków
chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat
liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego.
To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była
skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia
zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo
symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on
całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami
podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a
wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir
- pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że
„ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i
nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że
intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu
kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?
Oto imponujący reprint -
unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego
popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.
Przyroda, jaka jest - każdy
widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza
Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie
dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny,
to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne,
które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian
cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal
niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie
goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra,
który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach
bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają
zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i
wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu
niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach
przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i
często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i
uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież
jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda
stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc
człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z
"koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał
niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie
Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod
rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający?
W końcu nadszedł tak niecierpliwie wyczekiwany przez Ciebie długi weekend. Jutro wypada 11 listopada, więc będziesz mógł trochę się rozluźnić i zająć od dawna zaniedbywanymi osobistymi pasjami. Dziś, jak to często robisz w niedzielę, siedzisz w ulubionej knajpce na lunchu. Gdy więc rozlega się dzwonek telefonu odbierasz go z dużą niechęcią. Ku swojej irytacji dostajesz rozkaz, aby w trybie pilnym stawić się w Hotelu Sheraton, w którym odkryto zwłoki niemieckiego obywatela. Nie rozumiesz, jaki udział w prowadzeniu śledztwa związanego z prozaicznym morderstwem może mieć służba odpowiadająca za ochronę państwa, czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak nawet Twój kapitański stopień nie daje prawa do dyskutowania z decyzjami przełożonych, więc niechętnie wstajesz od stolika i wychodzisz na ulicę. Pogoda jest pod psem, leje deszcz, zatem mocniej wciskasz na głowę swój staromodny, „gangsterski” kapelusz. Nie cierpisz używać parasoli, toteż z jego ronda cieknie na Twoje wierzchnie okrycie powiększająca się systematycznie strużka wody. Gdy docierasz na miejsce, z daleka dostrzegasz stojącą przed budynkiem komisarz Ewę Dzik, która na Twój widok pośpiesznie gasi cienkiego papierosa. Razem wsiadacie do windy i wjeżdżacie na szóste piętro. Na korytarzu mijacie policjanta w cywilu i techników obładowanych różnorakim sprzętem. W końcu wchodzicie do apartamentu wynajmowanego przez Georga Telmana. Na środku stoi krzesło z przywiązanym do niego ciałem. Jego stan wskazuje, że do zabójstwa doszło kilka godzin temu. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, a na jego twarzy zakrzepła krew spływająca z oczu, uszu i nosa...
„Ponownie weszła do darknetu i zostawiła umówiony znak wykonanego zadania. Teraz musiała czekać. Wkrótce będzie wiedziała, czy Dzień Wolności nadszedł, czy też czeka ich kolejna bitwa.”
Pamięć gubi drogowskazy.
Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej
wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły
Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego
potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach
świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie
miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej
części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek,
które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się
bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc
wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych
myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć.
Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym
znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak
zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i
urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym
razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak
słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu
i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A
może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej,
wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć
wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką,
wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych
kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki,
wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz
się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie
przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż
pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?
Będąc na miejscu Hrabiego
Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z
grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam
moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was,
najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi
wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania
swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew
dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja
szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych
zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest
stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy,
którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale
dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci.
Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób
„wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi”
symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci
bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną
powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy.
Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów
Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie
Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się
przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej.
Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając
nekrofilii…
„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”
„Niewierny” udowadnia, iż
Piotr Żymełka ma niekwestionowany talent. Dotychczas znany z wyśmienicie
napisanych kryminałów retro, tym razem przybywa z w pełni współczesną odsłoną
gatunku - na domiar dobrego udanie skrzyżowaną z thrillerem. (Z uwagi na charakter
tej propozycji literackiej, czuję się w obowiązku przestrzec wszystkich panów -
zaręczam, iż po tej lekturze dwukrotnie zastanowicie się, nim przyjdzie Wam do
głowy skusić się na tak zwany skok w bok - skądinąd słusznie. 😉) O biegłości Autora w halucynacjach
semantycznych świadczy również umiejętne, naprzemienne prowadzenie dwóch linii
narracyjnych - trzecioosobowej, przybliżanej czytelnikowi przez komisarza, jaki
na szczęście bynajmniej nie jest przedstawicielem typowych dla rodzimych powieści
spod ciemnej gwiazdy stróżów prawa oraz pierwszoosobowej, za jaką odpowiada
tytułowy bohater. Niepowielane, podane całkowicie odmienną warstwą językową,
dodają historii niesamowitej wręcz wielowymiarowości oraz ukazują wydarzenia w
dynamiczny sposób. To jedna z tych książek, których zwyczajnie nie sposób
odłożyć przed poznaniem zakończenia, choć dbająca o niewtórną jakość publikacji
Sonia Draga, moje ulubione wydawnictwo, zdążyło już do podobnie niedoścignionego
poziomu przyzwyczaić. Nadzorowane przez policjanta śledztwa nijak nie dominuje
fabuły, a jedynie staje się barwnym tłem teatralnej rozgrywki dla uciekającego
przed sprawiedliwością męża, jaki - męczony kryzysem wieku średniego - połasił
się na wdzięki pewnej pani, mimo rzekomo szczęśliwego pozostawiania od ponad
dekady w zaobrączkowanym stanie i… szybko tego pożałował. Ustaliwszy, iż pewne
części ciała bezpieczniej jednak trzymać na niewłasnym terenie w szczelnie
zapiętych spodniach, walczy z niewidocznym przeciwnikiem, który z sobie tylko
znanych przyczyn, postanowił go wrobić w niejedną zbrodnię… Czas ucieka, zabójczy
przestępca czeka - a gra zaczyna się toczyć o coraz wyższą stawkę. Wszystko to
w otoczeniu przekornie mrocznego humoru z postaciami, jakie mogły opuścić tylko
pełną finezjo-fantazji głowę. Brawo, panie Żymełka - to się robi tak.
RECENZJA PATRONACKA! 🔥
Trzecią powieść, jaką zdecydowałam się w bieżącym roku wziąć pod medialne skrzydła, niezaprzeczalnie można nazwać wyjątkową. Debiutancka książka Autorki tworzącej pod pseudonimem MAESTRIA to bowiem jedna z tych historii, które wyróżniają się pod każdym względem. „Selena. Córka dwóch światów” to zaledwie 233 strony treści… na jakie składają się dwa tomy narracji, przedzielone na domiar dobrego kartami, które charakteryzują najważniejszych bohaterów. Oprócz tego za mistyczną okładką czytelnik znajdzie wprowadzenie do krainy naczelnej postaci - w tym chociażby przedstawienie żyjących w niej ras, z uwagą na wszystkie cechy, jakie je wyróżniają. Unikatowości wielości pomysłów Pisarki dopełnia sama warstwa językowa. Wielokrotnie zakrawająca na poetycką, złożona jest z nader krótkich rozdziałów i ekspresyjnych zdań, które doskonale oddziałują na emocje odbiorcy. Jak sama Maestria informuje, jej literacki „pierwszy raz” to świetny wybór dla każdej osoby, która nie ma zbyt wiele czasu na czytanie lub też nie przepada za długimi i obszernymi tekstami. Jest to novum w realiach polskiej literatury, jakie moim zdaniem rozkocha w sobie każdego nastolatka, lubującego się w fantasy - jednak nie tylko. Urzeknie także tych, jacy z pewnych powodów czują się odrzuceni, wykluczeni i niepasujący do miejsca, w którym przyszło im egzystować, niezależnie od wieku. Właśnie z powodu kreacji tytułowej Seleny zdecydowałam się na objęcie tej opowieści patronatem medialnym. To postać wyklęta, swoisty odmieniec; ktoś, kto nie przystaje do żadnej grupy. Wychowywana wśród ludzi wody, sztuki i poezji, co prawda jest na wskroś wrażliwa, ale jednak nie przejawia cech typowych dla własnego gatunku. Dawno już przestała szukać jakiejkolwiek przystani, w której czułaby się dobrze. Zwyczajnie… jest niewidzialna. W szkole niczym wystrój wnętrza, wśród Akuarystów najczęściej obdarzana strachem z uwagi na bliżej niesprecyzowaną inność. Wszak każdy boi się tego, co mu nieznane… i zaczyna to nienawidzić.
Jak zniszczyć stosunki rodzinne w kilka minut i narobić sobie kłopotów na długie miesiące? Odpowiedź jest prozaiczna i w zasadzie oczywista: odziedziczyć majątek, a konkretnie dom. Zwłaszcza taki, który położony jest w malowniczej miejscowości nad pięknym jeziorem. Nawet przez głowę Ci nie przeszło, że tak właśnie może rozwinąć się sytuacja, choć prawdę mówiąc nigdy ze swoją matką i siostrą nie egzystowałaś w szczególnie zażyły sposób. Pierwsza jest zaborcza i krytykuje wszystko, co robisz. Druga, całkowicie od niej uzależniona, zatraciła osobowość i wściekle zazdrości Ci tego, co osiągnęłaś. W przeciwieństwie do nich, dzięki wyjątkowemu uporowi, prowadzisz stabilną egzystencję. Masz stałego partnera, z którym żyjesz od wielu lat, własne mieszkanie i firmę zajmującą handlem kosmetykami w Internecie. Niby niewiele, ale bardzo dużo wysiłku kosztowało Cię, aby do tego wszystkiego dojść. Z pozoru wygląda to różowo, jednak coraz częściej dostrzegasz, iż na Twój los padają długie cienie. Tymon to mężczyzna po przejściach, a raczej „z odzysku” - i to wielokrotnego. Posiada dwoje dzieci, każde z inną kobietą, a jego „przychówek” nieodmiennie wyprowadza Cię z równowagi roszczeniowością i cechami charakteru. Synalek Grzegorz, choć od siedmiu lat jest dorosły, cały czas zachowuje się jak dziecko i pod względem finansowym żeruje na ojcu bez umiaru, co rusz wyciągając od niego pieniądze na zachcianki. Dwunastoletnia córeczka Sara to istne „diable pacholęcie” - rozwydrzone ponad wszelką miarę i posiadające zdumiewającą umiejętność manipulowania rodzicielem. Nienawidzi Cię z całego serca, z czym zresztą wcale się nie kryje i za każdym razem stara się sprowokować tę wyśnioną awanturę, która trwale Was podzieli. Do tego co chwilę domaga się dodatkowych funduszy, choć ojciec płaci sute alimenty.
Choć ciężko w to uwierzyć,
w całym majestacie mroczności… wciąż przepadam za komediami romantycznymi - i
poszukuję tych, które są w stanie mnie rozbawić, o co doprawdy niełatwo. Wybredna
i zakochana we wszystkim, co złe, okrutne, smutne i depresyjne, dla odmiany
lubię niekiedy odnaleźć uśmiech w nietuzinkowych historiach, jakie mimowolnie podnoszą
kąciki ust ku górze. Z pomocą w tym nieprostym zadaniu po raz wtóry przybyło do
mnie Wydawnictwo Ale - swoisty ewenement, jako że nie ukazała się w nim jeszcze
ani jedna książka, która nie przypadłaby mi do gustu! Kyra Parsi i jej
najnowsza propozycja literacka zatytułowana ujmująco „Jak rozkochać gbura” to -
nie przesadzając - kapitalna opowieść. Nasączona ogromną dozą dobrego humoru, złożona
z wielu pomyłek o nieprzewidywalnych skutkach, lecz przede wszystkim o nader
wartościowym tle. Przedstawieni czytelnikowi przez Autorkę bohaterowie są
wielowymiarowi, przez co pozostają na wskroś prawdziwi. Zamiast papierowych
sylwetek czy pustych osobowości - osoby o ujmującej przeszłości, naznaczone
tragediami czy uparcie dążące do wyznaczonych celów. Nie sposób nie kibicować w
trakcie lektury niemalże wszystkim, co należy uznać za rzadkie zjawisko wśród
podobnych publikacji. Kanadyjska Pisarka to dla mnie duże odkrycie, jako że z
pozornie lekkich narracji tworzy wielowymiarowe historie, w jakich relacje
międzyludzkie czy kreacje rodzinne wciąż pozostają jednym z najważniejszych
elementów. Okrywa to woalem uroku ale i smutku - wszak kiedyś było to na
porządku dziennym, a w dzisiejszych czasach pustki i pustoty należy za to
pochwalić. Druga część serii „Grzeszni miliarderzy” (jakiej wszystkie tomy
można czytać oddzielnie) okazała się nawet lepsza niż pierwsza, przynajmniej w
mojej ocenie. Zabiorę Cię zatem do świata pewnego bardzo nieznośnego bogacza,
który nie wierzy w przeznaczenie, kobiety, jaka kocha miłość i zawodowo zajmuje
się kojarzeniem ludzi w pary, wróżki, cudownej służby oraz definitywnie kapryśnego
i jeszcze bardziej puszystego kota, jakiemu pewnego dnia zamarzy się mieszkać w
pałacu.


