W języku angielskim “Lustful” to “zmysłowy” - i bez dwóch zdań za taką właśnie można uznać kontynuację ciepło przyjętego “Sinful” Leny M. Bielskiej. Choć obie historie można czytać oddzielnie, jako że fabuły skupiają się na różnych bohaterach, uważam, iż zdecydowanie warto dać się porwać każdemu z tomów. W świecie romansów stanowią one bowiem coś na wzór tego ulubionego, najmilszego koca, jakim zawsze przyjemnie się otulić - i to niezależnie od panującej aury. Wszystko z powodu nieszablonowych kreacji postaci, których po prostu nie da się nie lubić. Tym razem narracja koncentruje się wokół losów Santo oraz Daisy – potencjalnej pary... podzielonej właściwie całokształtem, choć najbardziej 18-letnią różnicą wieku. Jak pokazuje praktyka, czasem magicznie się zdarza, że to tylko liczba. Parafrazując Marka Twaina, ma ona znaczenie jedynie wówczas, jeżeli sam jej je nadajesz. To, co wydaje się dzielić - może łączyć, nie wspominając o zasadzie przyciągania się przeciwieństw na każdej z możliwych płaszczyzn. Jak będzie w tym przypadku? O tym przekonasz się dzięki wybuchowemu duetowi. Niekiedy rozbawiającym do łez, innym razem inspirującym szaradą przekomarzanek, czasem smucącym. A przy tym nietuzinkowym – bo niezepsutym, mimo bogactwa i wartościowym oraz spragnionym towarzystwa, pomimo pozostawania w samotności i naznaczenia tragiczną przeszłością. Smaku dodaje unikatowo podany motyw macierzyństwa. Nie zdziwi mnie bynajmniej, jeśli przeczytam w innych opiniach, iż Santo wielokrotnie zostanie okrzyknięty mianem nowego książkowego męża. Moje Drogie, jeśli pozostało Wam w tym szerokim katalogu miejsce na jeszcze jedną taką męską sylwetkę do podziwiania, zaręczam, że po lekturze “Lustful” będzie ona już zajęta! 😉 Oto przed Tobą nieodkładalna opowieść o dwóch zagubionych duszach, które za moment stoczą bój o swój koloryt, zbliżające je do siebie uczucie oraz władzę.
Imperium Brytyjskie to pierwsze na świecie prawdziwe supermocarstwo. Jako jedyne w historii rozciągało się na sześciu kontynentach, obejmując w końcu XIX wieku około 36 milionów km2 zamieszkałych przez 1/4 ludności globu.
„Pod koniec panowania królowa Wiktoria sprawowała władzę nad ponad czterystu pięćdziesięcioma sześcioma milionami poddanych na całym świecie. Wielka Brytania rościła sobie prawo do oszałamiającej liczby podmiotów politycznych, które obejmowały kolonie, protektoraty, zwierzchnictwa, strefy wpływów porty traktatowe, konsulaty, bazy wojskowe i księstwa. Imperium (…) było ogromne i zróżnicowane.”
W jego skład, by wymienić tylko te najważniejsze, wchodziły obszary: Kanady, Australii, Nowej Zelandii, Egiptu, Sudanu, Nigerii, Birmy oraz perły w koronie – Indii. Wydawało się, że nie tylko, jak głosiło popularne hasło - „słońce nad nim nie zachodzi”, ale także, iż nigdy nie zajdzie. A jednak szybko i dość gwałtownie zapadła nad nim nieprzenikniona noc. Jedynie wnikliwi obserwatorzy dostrzegli dużo wcześniej symptomy upadku, swoiste nasiona, które powoli, lecz nieuchronnie wypuszczały pędy i wyrastały na potężne rośliny, powodując w końcu ruinę imponującego gmachu, nieposiadającego odpowiednio mocnych fundamentów. Pierwsze poważne rysy ukazały się już u schyłku XIX stulecia, choć wtedy jeszcze niewielu zdawało sobie z tego sprawę. Jego ostatnie lata to prawdziwy czas „pary i żelaza”, przynoszący ówczesnym ludziom i systemom władzy rewolucyjne zmiany. Nie inaczej było z Imperium Brytyjskim. Poszczególne i często od siebie odległe terytoria mocarstwa zostały połączone w spójną całość przy pomocy kolei, telegrafu oraz podwodnych kabli, biegnących po dnach oceanów. Pojawił się również przekaz ideologiczny, uzasadniający ciągłą ekspansję i sprawowanie rządów nad ogromnym konglomeratem narodów i ludów, zjednoczonych w jednolitym organizmie państwowym.
Na przestrzeni dziejów wielu proroków wieściło rychłe przybycie Antychrysta. Dziś również podnoszą się głosy, że ludzkość jest świadkiem nadejścia jego ery – wskazuje się nawet konkretne znaki, które mają tego dowodzić. Samo pojęcie wywodzi się z języka greckiego i znaczy „anty-Bóg”. W dosłownej wymowie to „anty-Chrystus”, a więc ktoś, kto całym jestestwem będzie występował przeciwko jego nauce. Postać ta była obecna już w Starym Testamencie. I choć oczywiście nie została wyrażona wprost poprzez użycie tego terminu, obejmowała wszelkie siły występujące przeciwko Bogu. Dosłowne nazewnictwo po raz pierwszy pojawiło się w Apokalipsie św. Jana Apostoła w Nowym Testamencie. Zgodnie z opisem, to wcielenie zła, pseudo-mesjasz, który obejmie władzę nad światem na trzy i pół roku przed jego końcem. Ojcowie Kościoła sprecyzowali, że działania Antychrysta jako kłamcy i zwodziciela będą polegały na kopiowaniu wszystkich działań Chrystusa. Utworzy więc własny kościół, powoła uczniów i apostołów, a także odbuduje świątynię w Jerozolimie. Będzie się przedstawiał jako zbawienie dla grzesznego świata, w istocie pragnąc go zniszczyć. Według innych koncepcji, Antychryst nie stanowi żadnej konkretnej osoby, lecz jest eklektycznym tworem, na jaki składają się ogólne siły zła - skupiające w soczewce amoralny byt, ziejący nienawiścią do wszystkiego, co szlachetne, dobre i ludzkie. Jego ucieleśnieniem jest nazizm czy komunizm, niszczące naturę człowieka i posuwające się do niewyobrażalnego ludobójstwa na przemysłową skalę.
Jako wysłannik sił ciemności, mogłabym Ci zdradzić, jak jest naprawdę, ale z oczywistych przyczyn zachowam to dla siebie. 😉 Oddam głos Autorowi recenzowanej książki, który udziela odpowiedzi na to pytanie w sposób sugestywny i przemawiający do wyobraźni...
Debiut w thrillerowym świecie - czy może jeszcze zaskoczyć? Co poszło nie tak... lub przeciwnie: oczarowało? Przekonaj się.
Dlaczego właśnie Ty? Jesteś zwykłą 21-letnią dziewczyną, która nikomu nie zrobiła krzywdy ani nie ma wrogów. A pomimo tego zostałaś skazana na ciągły strach i nieustanne oglądanie się za siebie. A życie już wcześniej nigdy nie głaskało Cię po głowie. Gdy ukończyłaś ósmy rok życia, nieznany sprawca potrącił Twojego ojca, pozostawiając go bez udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Utraciłaś człowieka stanowiącego drogowskaz i czułego opiekuna, poświęcającego się Twojemu wychowaniu. Mama zaś – kochającego męża i podporę rodziny. 11 lat później odeszła także ona. Zostałaś sierotą, co fatalnie odbiło się na Twoim stanie psychicznym. Próbowałaś nawet odebrać sobie życie.
„Życie przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Postanowiłam je sobie odebrać. Po co miałabym żyć? Byłam zła na świat. Zabranie mi Taty było jak cios w plecy, zabranie mamy było ciosem w serce. Żyjąc, umarłam.”
Połknęłaś garść tabletek i napisałaś list pożegnalny. Uratowała Cię Jessica - sąsiadka, z jaką bardzo się zaprzyjaźniłaś. Po tym incydencie mieszkałaś w jej domu przez całe pół roku - do czasu, aż nie poprawił się Twój stan. Jej rodzina, a zwłaszcza tata, wlała w Twoje serce dużo otuchy. Jessica skłoniła Cię również, abyś poszła na terapię do doktor Morgan. Psychoterapeutka pomogła - jesteś jej pacjentką do teraz. Potem przeniosłaś się do własnego domu, który kupiłaś za pieniądze zapisane przez mamę w testamencie. Zdobył Twoje serce, gdy tylko go zobaczyłaś, choć uważasz, że jest trochę za duży. Najbardziej zauroczyło Cię sekretne pomieszczenie, ukryte za regałem na książki. Idealnie nadaje się na pracownię, w jakiej odcięta od świata możesz malować swoje obrazy. Nigdy nie przypuszczałaś, że będzie na nie aż tak duży popyt. Twoim ulubionym miejscem jest rozciągające się za działką jezioro - oaza spokoju, idealna do rozmyślań. Oczyma wyobraźni wizualizujesz tam swoją przyszłą rodzinę – szczęśliwą siebie z ukochanym mężczyzną i gromadką rozbawionych dzieci. Czy to możliwe?
Dziś wyrzęzisz ostatni oddech. Jestem doskonałym taktykiem. Planuję. Analizuję. Zabijam. Choć to nie obrazuje pełni mojego artyzmu. Kiedy na Ciebie patrzę, nie widzę człowieka. Jesteś jak obrzydliwie czyste płótno, które mogę ukształtować według własnej koncepcji. Obrać ze skóry jak kwiat z opadających płatków. Rzeźbić rysy i pęknięcia, zlizać wirującą po nich krew... Przerzucam długie włosy w odcieniu lodowego błękitu na plecy i sprawnie wiążę je w schludny kok. Ty chcesz, abym pokazała Ci, co potrafię. Ja pragnę z kolei nie pozostawić po sobie choć jednego śladu, a fryzura w nęcącej czerwieni mi w tym nie pomoże. Poczekaj, musimy odpowiednio się przygotować. Obiecuję, że warto. Naciągam na szczupłe, zahartowane ciało kombinezon, na buty wzuwam ochraniacze. Przysłaniam piękną twarz, na jakiej niewinność tak wielu dało się nabrać, szczelną maską. Przestań się wiercić, jeszcze nie widziałeś najlepszego. Nie psuj mojego show; festiwalu zemsty, najważniejszego spektaklu, jaki zorganizowałam specjalnie dla Ciebie. Tak, możesz mi pomóc, jeżeli chcesz. Podaj mi leżący w kącie, nieprzemakalny worek. W środku są rzeczy, które już za chwilę będą nam potrzebne. Dziękuję - również za to, że tu jesteś. Tak długo na to czekałam... Postrzępionymi od szarpanin paznokciami rozsuwam zamek - spójrz, tym pomalujemy obraz. Widzę, jak nerwowo przełykasz ślinę; to zbędne. Pieszczę przedramię, przesuwając po nim leniwie ostrze drogiej brzytwy. Nie dociskam jej jednak do końca, to tylko przedsmak przyszłego przedstawienia. Tyle możliwości, kierunków pociągnięć, śmierci do sprawienia. Przerzucam metalową kochankę między palcami, leniwie kreśląc ósemki w powietrzu i łapiąc promienie słoneczne. Gotowy? Otwórz tamte drzwi. Wiesz, kto się za nimi znajduje?! Nieważne. Teraz Cię zwiążę...
Piękny sen, prawda? Dalej czuję tę metaliczną, niemożliwą do pomylenia z czymkolwiek innym woń; najlepsze perfumy. Dłoń - zamiast brzytwy – chwyta za bok metalowego łóżka. Owszem, dalej jestem w szpitalu psychiatrycznym. Ale już niedługo, przyrzekam...
O przebijaniu głową szklanych sufitów mogłabym napisać własną powieść. Zarysuję krótko: one nie istnieją, jeśli tylko tego chcesz. A teraz historia o historii Janusza Muzyczyszyna.
Wraz ze śmiercią ojca skończył się bezpowrotnie istotny etap w Twoim życiu. Straciłeś filar, który podtrzymywał je w chwilach zwątpienia. Zawsze mogłeś liczyć na jego pomocną dłoń i rozsądną radę. Doświadczenie i mądrość taty pomogły Ci wyjść obronną ręką z niejednej opresji. Gdyby nie on, nie stałaby obok Ciebie Majka – kobieta, na jaką czekałeś całe życie, czego w swojej głupocie nawet nie dostrzegałeś. To ojciec przekonał Cię, żebyś skorzystał z szansy, którą dał Ci los i czym prędzej się z nią ożenił. Przemówił Ci do rozumu, za co zawsze będziesz mu wdzięczny. Zresztą nie tylko Ty. Ostatni rok życia osiemdziesięcioletni Jan Marczak spędził w domu opieki. Ujmował wszystkich otwartością, przyjaznym zachowaniem i skłonnością do udzielania pomocy. Dzięki niemu parę osób wyszło z kryzysowych sytuacji. Jednak starszy pan ostatnie chwile spędził na uporządkowywaniu nie tylko losu innych, ale także swojego. Przeprowadzał z nim swoisty rozrachunek, rozpamiętując blaski i cienie.
„Kolejny raz analizował minione, mniej czy bardziej udane związki z kobietami, spowiadał się sam przed sobą nie tylko z błędów młodości, lecz także z tych które popełnił jako mocno dojrzały człowiek. Wiedział, że odchodzi, i chciał to zrobić pogodzony ze sobą i światem.”
Zdawałeś sobie sprawę z jego stanu zdrowia – byłeś w stałym kontakcie z lekarzami, którzy nie pozostawiali wątpliwości, że Wasz czas się kończy. Wiedziałeś więc, że nieuchronnie zbliża się chwila ostatecznego rozstania i nawet często w myślach wyobrażałeś sobie, jak będzie przebiegała. Gdy jednak siedząc przy łóżku, puściłeś bezwładną dłoń ojca, okazało się, że zupełnie nie jesteś na to gotowy. Ogarnął Cię bezbrzeżny smutek - zrozumiałeś, jak wiele straciłeś. Pojawił się nad Tobą szklany sufit rozpaczy...
Tkwisz tam, gdzie fikcja przenika się z rzeczywistością a motywy oniryczne splatają w owianym mgłą nierealności uścisku z wielowymiarową historią. Jakaż to ironia losu, że to właśnie tu spotkałeś eteryczną miłość, której poszukiwania zajęły Ci prawie 40 lat. Może takie było Twoje przeznaczenie? Albo ta, nomen omen, wyśniona tak naprawdę nigdy nie istniała? Witaj w świecie rodem z nęcącego klimatem filmu “O północy w Paryżu”, trwożącego serialu “Black Mirror” i wywołującej podziw działalności Kliniki Budzik. Poznaj “Asystenta” - debiut, w jakim bezsenność oraz śpiączka mogłyby odegrać najważniejsze koncertowe akordy. Czynią to jednak próba odtworzenia wspomnień, oddzielenia prawdy od zwichrowanych wymysłów oraz dążenie do urzeczywistnienia nasączonej uczuciami fantazji, podane zmyślnie wciągającą narracją, kierowaną do... tajemniczej kobiety. Albo tylko tworu pozostającego w stanie spoczynku umysłu? Lub Ciebie – czytelnika? Co faktycznie się wydarzyło?
“Im więcej spacerowałem, tym bardziej noc traciła swoją grozę, a pojedyncze postacie w mrocznym krajobrazie wydawały mi się bliskie. Stałem się jednym z nich - partyzantów sennego miasta, stróży nocy, ludzi, którzy szli spać dopiero, gdy niebo robiło się różowo-pomarańczowe i wreszcie wstawało słońce.”
Odkąd wróciłeś ze szpitala w Glasgow, w jakim specjaliści pozbyli się tkwiącego w Twojej głowie guza, cierpisz na bezsenność. Wypróbowałeś wszelkie możliwe metody, które sugerowali domorośli medycy na forach internetowych. Przetestowałeś porady przyjaciół oraz znajomych. Na niewiele się to zdało. O ile można spędzić bez snu dobę, dwie, trzy – o tyle po kilku więcej zmęczenie odbiera chęci do życia i przemienia w zombie. Uspokajające specyfiki, wyciszanie się lekturą, elektroniczny detoks, medytacja, nawet prozaiczne liczenie owiec – nie pomogło nic. Przepisane przez lekarzy środki wyłączały Cię na zbyt długo; niektóre doprowadzały nawet do lunatykowania. W końcu dowiadujesz się, że cierpisz na zaburzoną, bo odwrotną produkcję melatoniny. Odtąd zostajesz skazany na funkcjonowanie nocą i próbę chwytania skrawków snu za dnia...
.png)
.png)
.png)