Nęcąca enigmatycznością okładka z twarzą karmelowoskórej kobiety, skrytą za dwiema niepokojącymi, złotymi maskami osłania niezwykłą powieść. Bez dwóch zdań nie spodziewałam się bowiem tego, co znajdę na jej stronicach. Pierwsze sto pięćdziesiąt zmaterializowało w mojej głowie cały sztafaż skojarzeń i przyporządkowało historię do nasączonej magią literatury pięknej. Poznając kolejne, miałam wrażenie, że oto zostałam przetransportowana do świata szaleńczo pędzącego fantasy przez Autora, jakiemu nie brakuje finezjo-fantazji i inteligentnego poczucia humoru. Przystający do osobistych preferencji finał okazał się zaś świetnym domknięciem - mrocznie ironicznym i zahaczającym o mój ulubiony motyw pętli czasowej. A może raczej przeznaczenia, które zawsze się ziści?
“Navi” Konrada Gontarczyka przypadnie do gustu każdemu miłośnikowi baśni spod ciemnej gwiazdy, oniryzmu, profetyzmu, mitu o Hadesie i Persefonie czy... gawędy o Jasiu i Małgosi. Narrację tę docenią także osoby kochające rzucanie złych uroków, wodzenie na pokuszenie, niedoścignioną serię “Caraval” z całym zestawem jej mylących iluzji, film “Woda dla słoni” i opowieści demoniczne, z uwagą na tę o powstaniu Lilit. Utrzymujący się w lekturze klimat miasta sprzed kilku wieków, w którym można spotkać niezwykłego znachora – przewodnika pomiędzy światami i... byłego legionistę w postaci człowieka-homara sprawi, że przeniesiesz się w czasoprzestrzeni. Poznawszy analogiczną wersję legendy o Roszpunce, zrozumiesz, że złota klatka to dalej więzienie - a zamiana wszystkiego w ten metal wcale nie oznacza szczęścia, o czym przekonał się już sam Midas.
Może jednak te wszystkie nawiązania do sztuki i literatury zmaterializowały się tylko w mojej zwichrowanej jaźni i to zupełnie inna opowieść. Ale przecież i ją każdy może mieć własną. 😉 Dla mnie “Navi” to... martwa natura jako literatura.

