• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

„Tam i z powrotem + trzy metry” to książka, która stanowi pewien ewenement - bowiem po tym, jak pochłonęłam ją w jeden wieczór, zdecydowałam się przyjąć propozycję, jaką złożył mi Sebastian Orszulik. Niniejszym obwieszczam, iż objęłam tę wyjątkową, zwichrowaną i pełną zawirowań historię PATRONATEM MEDIALNYM. Wstępnie zgodziłam się wziąć pod swoje mroczne, medialne skrzydła całą trylogię - choć część druga i trzecia dopiero powstają, zatem przed ostatecznym werdyktem naturalnie zapoznam się z tekstami, nim będę mogła ostatecznie to potwierdzić. 🔥 Dlaczego uznałam, iż pierwsza powieść Autora współgra ze mną na więcej niż wymagane sto procent? Ta cienista narracja zaskoczyła mnie dziesiątki razy. Początkowe rozdziały zapowiadały spokojną historię, z jakiej mógłby się wyłonić przedstawiany z perspektywy dwóch bohaterów, rodzący się dopiero romans. Co ciekawe, zarówno Sebastian, jak i Anna opowiadali czytelnikowi o tych samych wydarzeniach, po części powtarzając gawędę, za czym to w literaturze nie przepadam. Już kilkanaście przewróconych stron później zrozumiałam jednak sens tego zabiegu, a kiełkująca opowieść o miłości zaczęła ewoluować w wiele innych kierunków - przy czym każdy z nich okazywał się bardziej dynamiczny. Wątki kryminalne skręcały w stronę najlepszych opowieści sensacji oraz akcji, powodując szybsze bicie serca i rosnące wykładniczo zainteresowanie lekturą. Na domiar dobrego chwilę później dołączyła do tego jeszcze mocniejsza warstwa, jakiej tekst określiłabym mianem: dark thriller. Jakąż pyszną ilością zagrożeń, suspensów, niepewności i żywiołowości Orszulik nasączył swój tekst! Jestem pod wrażeniem doskonale stopniowanego napięcia - kolejne rozdziały tej niewtórnej treści mrocznieją coraz silniej. Przez co nie tyle zabierają odbiorcę w pełną niebezpieczeństw rzeczywistość, ile właściwie porywają go na najbardziej szaloną karuzelę zdarzeń, jaką tylko można… nie: jakiej nawet nie sposób sobie wyobrazić przed lekturą. Kapitalne ujęcie motywu: podpaliłbym dla niej cały świat i zstąpił do piekieł…

23:56:00 No comments

Od kiedy sięgniesz pamięcią, wiedziałaś, że jesteś wyjątkowa i z tego właśnie powodu zagraża Ci wielkie niebezpieczeństwo. Masz wrażenie, że ktoś lub coś ciągle bacznie obserwuje - i że nękają Cię przez byty, o istocie których nie masz najmniejszego pojęcia. Jednak zjawiają się w niektóre noce i wprowadzają w stan paniki... Próbujesz sobie wmawiać, ze to tylko omamy, lecz w głębi serca zdajesz sobie sprawę, że są równie prawdziwe jak ludzie, jacy Cię otaczają. Co jakiś czas śni Ci się także straszny moment, w którym straciłaś oboje rodziców. Miałaś wtedy zaledwie siedem lat, ale pamiętasz wszystko do najdrobniejszego szczegółu. Tego dnia poszłaś z nimi na wybrzeże, aby pooglądać wylegujące się na plaży foki. Gdy wracaliście, zaczepił Was wyraźnie podchmielony mężczyzna. Tata, będący niezwykle spokojnym i miłym człowiekiem, próbował go uspokoić, ale ten wykrzyczał mu coś mu prosto w twarz i rzucił się do morza. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Ojciec nagle zmienił się nie do poznania - nigdy nie widziałaś, aby zachowywał się tak gwałtownie. Zaatakował matkę, ale ta odepchnęła go na tyle silnie, że zsunął się z leżących nieopodal kamieni. Potem rzuciłyście się do ucieczki. Gdy dotarłyście do łąki za miastem, zmęczone przystanęłyście. Niczego nie rozumiałaś z całej sytuacji, więc pomimo protestów rodzicielki zaczęłaś wołać tatę. I wkrótce się pojawił, ale nie był sobą. Twarz zmieniła mu się nie do poznania a oczy stały się czerwone niczym rozżarzone węgle. Mama zasłoniła Cię własnym ciałem i zapłaciła za to najwyższą cenę. Po chwili jej ciało upadło na ziemię, obficie znacząc ją krwią. Ciebie uratowało nagłe pojawienie się nieznajomego, który stanął w Twojej obronie. Zapamiętałaś go jako czarodzieja - podczas walki z jego dłoni wydobywało się niebiesko-białe światło. Dalszych wypadków sobie nie przypominasz - popadłaś w omdlenie.

19:03:00 No comments

Od thrillerów zabarwionych odcieniami kryminałów o niewielkiej objętości oczekuję przede wszystkim, poza porywającą od pierwszych zdań historią, doskonałej dynamiki. Zarówno jednym, jak i drugim bez wątpienia cechuje się liczące zaledwie 181 stron „Wcielone zło” - druga beletrystyczna książka, którą napisał Karol Husak, lecz równocześnie pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Początkowe rozdziały tej nietuzinkowej opowieści porwały mnie do wykreowanego przez Pisarza świata, co uszyniły przede wszystkim… bardzo zaskakującą narracją. Wyobraź sobie bowiem, iż - jak to często masz w zwyczaju - właśnie odbywasz rowerową przejażdżkę. Po wielu naznaczających traumą, ciężkich przeżyciach z przeszłości zawsze starasz się mieć pozytywne nastawienie do ludzi oraz otaczającego świata. Nie inaczej jest tym razem. Zauważywszy czatującą na obrzeżach miejscowego targu grupę biedaków, liczących na to, że uda im się tego dnia znaleźć jakieś odrzuty, chociażby w postaci kilku warzyw, owoców lub innych produktów spożywczych, postanawiasz zaczepić jednego ze znanych Ci mężczyzn. Zupełnie ignorujesz fakt, jakiego znaczenie miałeś już wielokrotnie okazję obserwować w praktyce - że Marcin znany jest z tego, iż nijak nie panuje nad swoją agresją. Zmęczony trudami życia, tego dnia ma wyjątkowo podły humor. Zupełnie jak gdyby na chwilę odjęło Ci rozum, witasz się z nim uśmiechniętym dzień dobry, po czym rzucasz kilka wesołych haseł, nie zwracając uwagi na to, że z każdym z nich wściekłość mijanego ogromnieje. Moment później postanawia wdać się z Tobą w pościg i mimo, że pedałujesz z całych sił - udaje mu się Cię pochwycić. Widzisz w jego oczach czyste szaleństwo, lecz… i tak nucisz mu wręcz słoneczną piosenkę. Ciosy spadają na Ciebie niczym grad, lądujesz w szpitalu i wymagasz częściowej rekonstrukcji twarzy. Oprawca trafia na trzy lata do więzienia. Osobą, jaka go z niego odbiera… jesteś Ty sam. I na dodatek postanawiasz stać się jego mentorem… Właśnie tak oryginalnym wstępem opatrzył fabułę Karol Husak. Niewtórne.

01:52:00 No comments

 

Zdaniem starego wyjadacza mrocznych lektur w mojej postaci, Brytyjczycy od wielu lat pozostają niekwestionowanymi mistrzami thrillerów. Nie inaczej jest w przypadku Cathryn Croft, spod której pióra przeczytałam absolutnie każdą opowieść. Tym większa była moja radość, kiedy dowiedziałam się, iż w Polsce ukaże się kolejna jej książka o obiecującym tytule „Ostatniej nocy” - i nadzieja na nieodkładalną narrację, pełną absolutnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, nie okazała się próżna. Za przystającą do treści okładką w pięknej kolorystyce skrywa się bowiem historia, która złożona jest z napięć, niedopowiedzeń i niewyobrażalnych w pozornej naiwności, niewytłumaczalnie niepokojących tragedii. W świecie thrillerów, oprócz udanego transferu emocji wprost z kart powieści na odbiorcę, za najcenniejszy zabieg uważam wplecenie do cienistych fabuł elementów dramatu rodzinnego. Tego rodzaju skrzyżowanie, znane pod nazwą domestic noir, jest tym, co bardzo rozbrykane tygrysy lubią najbardziej, przeformułowując nieco znane powiedzenie. Oto właśnie „The Last One To See Him” - bogate w plot twisty, które - na domiar dobrego - powodują u czytelnika może mało inteligentny, ale jakże pożądany wyraz twarzy, gdy jego brwi po raz wtóry wędrują gdzieś w okolice czoła a usta samoistnie otwierają się w związku z szokiem oraz podziwem dla kunsztu angielskiej Autorki. Zapewniam, że po lekturze tej wielowymiarowo moralnie szarej propozycji literackiej kilkukrotnie zastanowisz się nad tym, czy warto odwiedzić dopiero co poznanego znajomego - lub umówić się na randkę. Może bowiem dojdziesz do wniosku, iż przekroczenie progu jego mieszkania będzie tak znamienne w skutki, jak to miało miejsce w przypadku Kate, głównej bohaterki, którą zwrot przypadków, co to wcale przypadkowe się nie okazały, doprowadził tam, gdzie miała się już nigdy nie znaleźć. Wprost do odmętów piekielnej przeszłości, jaka zdeterminowała całe jej dalsze życie. W samo serce nieuleczalnej traumy sprzed wielu lat i historii, co to zbyt często się powtarza…

01:59:00 No comments

Powieść „Escape room” holenderskiej autorki Maren Stoffels, która zadebiutowała w roku 2005, mając zaledwie siedemnaście lat, bez wątpienia sprawi, że kilkukrotnie zastanowisz się, nim przyjdzie Ci do głowy udać się do tytułowego przybytku. Pełen zagadek pokój, z którego należy uwolnić się w określonym czasie z założenia jest bowiem doskonałą zabawą i dobrym pomysłem na spędzenie wolnych chwil z grupą przyjaciół czy znajomych. Jak udowadnia fabuła Autorki, tego rodzaju rozrywka szybko może zmienić się w straszną przygodę, z której… nie wszyscy wyjdą bez szwanku. Wyobraź sobie bowiem, że zamiast dbającej o bezpieczeństwo uczestników rozgrywki osoby, jaka nadzoruje jej przebieg na kamerach, tkwi psychopata. Na domiar złego - taki, który ma z nimi niedokończone sprawy z przeszłości i właśnie znalazł doskonały sposób na zrealizowanie krwawej vendetty. Zapętlona we własnym zwichrowaniu, napiszę: brzmi świetnie, prawda? 😉 Dokładnie taka jest też narracja pierwszej książki Pisarki, jaka ukazała się w Polsce. Choć niepozbawiona drobnych wad, w moim odczuciu pozostaje niezłym przykładem młodzieżowego thrillera, w jakim napięcie eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną. Tychże jest zaledwie 247, co w połączeniu z wręcz zaskakująco krótkimi rozdziałami nadaje opowieści rzadko spotykanej w literaturze dynamiki. Za jej snucie odpowiada czwórka bohaterów, naprzemiennie przejmujących stery, dzięki czemu odbiorca może spojrzeć na wydarzenia wieloperspektywicznie. Do tego dochodzą jeszcze mroczne wtrącenia złoczyńcy, oznaczone jedynie literą X… Cóż - gdybym nie obawiała się pójścia do jakiejkolwiek tajemniczej komnaty z powodu możliwości pojawienia się w niej ośmionogich ohydztw oraz faktu, że nie z  noszę niewielkich i zamkniętych pomieszczeń, po spędzeniu wieczoru z propozycją literacką Mieszkanki Amsterdamu z pewnością… uznałabym wizytę w escape roomie za kapitalną ideę. Ta adrenalina - zupełnie jak w rosyjskiej ruletce, mmm… Choć wziąwszy pod uwagę trzymający się mnie wiernie i dzielnie pech…

22:56:00 No comments

Od kiedy ludzkość dobrnęła do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama, poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących  iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego. To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir - pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że „ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?

20:39:00 No comments

Oto imponujący reprint - unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.

Przyroda, jaka jest - każdy widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny, to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne, które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra, który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z "koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający? 

16:57:00 No comments

W końcu nadszedł tak niecierpliwie wyczekiwany przez Ciebie długi weekend. Jutro wypada 11 listopada, więc będziesz mógł trochę się rozluźnić i zająć od dawna zaniedbywanymi osobistymi pasjami. Dziś, jak to często robisz w niedzielę, siedzisz w ulubionej knajpce na lunchu. Gdy więc rozlega się dzwonek telefonu odbierasz go z dużą niechęcią. Ku swojej irytacji dostajesz rozkaz, aby w trybie pilnym stawić się w Hotelu Sheraton, w którym odkryto zwłoki niemieckiego obywatela. Nie rozumiesz, jaki udział w prowadzeniu śledztwa związanego z prozaicznym morderstwem może mieć służba odpowiadająca za ochronę państwa, czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak nawet Twój kapitański stopień nie daje prawa do dyskutowania z decyzjami przełożonych, więc niechętnie wstajesz od stolika i wychodzisz na ulicę. Pogoda jest pod psem, leje deszcz, zatem mocniej wciskasz na głowę swój staromodny, „gangsterski” kapelusz. Nie cierpisz używać parasoli, toteż z jego ronda cieknie na Twoje wierzchnie okrycie powiększająca się systematycznie strużka wody. Gdy docierasz na miejsce, z daleka dostrzegasz stojącą przed budynkiem komisarz Ewę Dzik, która na Twój widok pośpiesznie gasi cienkiego papierosa. Razem wsiadacie do windy i wjeżdżacie na szóste piętro. Na korytarzu mijacie policjanta w cywilu i techników obładowanych różnorakim sprzętem. W końcu wchodzicie do apartamentu wynajmowanego przez Georga Telmana. Na środku stoi krzesło z przywiązanym do niego ciałem. Jego stan wskazuje, że do zabójstwa doszło kilka godzin temu. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, a na jego twarzy zakrzepła krew spływająca z oczu, uszu i nosa...

„Ponownie weszła do darknetu i zostawiła umówiony znak wykonanego zadania. Teraz musiała czekać. Wkrótce będzie wiedziała, czy Dzień Wolności nadszedł, czy też czeka ich kolejna bitwa.”

19:00:00 No comments

Pamięć gubi drogowskazy. Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek, które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć. Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej, wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką, wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki, wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?

01:54:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (71)
    • ▼  maj (20)
      • Paweł M. Arent - Medalion - recenzja
      • Miłosz Wołk - Łaniewski - Miejmy to za sobą - rece...
      • Sebastian Orszulik - Tam i z powrotem + trzy metry...
      • Joanna Kurek - Amartu-Ziqqu. Przebudzenie - recenzja
      • Karol Husak - Wcielone zło - recenzja
      • Kathryn Croft - Ostatniej nocy - recenzja
      • Maren Stoffels - Escape room - recenzja
      • Stanisław Lem - Głos Pana - recenzja
      • B. Dyakowski - Z naszej przyrody - recenzja
      • WP Rdzanek - Akord - recenzja
      • Bożena Bisewska - To, co nie pamięta - recenzja
      • Krzysztof Drozdowski - Wampir z Osielska - recenzja
      • Piotr Żymełka - Niewierny - recenzja
      • MAESTRIA - Selena. Córka dwóch światów - recenzja ...
      • Agnieszka Łepki - Domek nad jeziorem Borzymskim - ...
      • Kyra Parsi - Jak rozkochać gbura - recenzja
      • Marta Górna - Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świe...
      • Katarzyna Hewa - Małe wstrząsy - recenzja
      • Michael Connelly - Wilcza jagoda - recenzja
      • Barbara Seleman - Zanim spłonę - recenzja
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates