• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Dziś coś, czego jeszcze nie było – recenzja gościnna mojego szanownego Małżonka. 😉

Wszystkim wielbicielom epoki napoleońskiej zadrżało z radości serce na wieść, że Bellona w ramach serii Historyczne Bitwy opublikowała książkę „Pułtusk – Gołymin 1806” autorstwa Szymona Jagodzińskiego. W tym skromnym gronie znalazłem się i ja! Pozostało tylko przekonać się, czy oczekiwania odpowiadają często okrutnej rzeczywistości...

Po lekturze tego dzieła pozostaje tylko westchnąć z uznaniem – Autor z nawiązką spełnił pragnienia swoich spragnionych czytelników.

 

20:34:00 No comments

„Jak bowiem wiadomo, malujący się na każdej twarzy stoicki spokój to tylko maska, za którą ukrywa się Anglik niemogący się doczekać, aż będzie mógł dać upust swojemu oburzeniu w cztery oczy.”

Każdy anglofil i miłośnik monarchii brytyjskiej ma szansę zauroczyć się „Zbrodnią w Pałacu Buckingham”, będącą drugą częścią cyklu „Jej królewska mość prowadzi śledztwo”, w którym królowa Elżbieta II, oprócz zarządzania całym krajem, rozwiązuje zagadkę kryminalną; a będąc konkretnym - cały szereg łamigłówek. Szczerze powiedziawszy, nie zetknęłam się jeszcze z powieścią, której głównym bohaterem byłby panujący jeszcze chwilę temu władca. Pomysł bez mała innowacyjny, choć równie ryzykowny – wszakże czyniąc z byłej nestorki rodziny królewskiej centralną postać stylizowanego kryminału (a właściwie podgatunku cosy crime), niezwykle łatwo o potknięcia informacyjne i banalny odcień śmieszności – bo skąd Autorka miałaby wiedzieć, co w danej sytuacji myślałaby Elżbieta II, czy jak zachowałaby się w konkretnym przypadku? Przypomina to nieco znienawidzone w szkole średniej: „co Autor miał na myśli?”, będące nierozwiązywalną zagwozdką, jako że ten postanowił bezczelnie wyzionąć ducha kilka stuleci temu. 😉 Czy fabuła stworzona przez Sophię Bennett powoduje płynące z podobnych rozterek ciarki zażenowania, czy też przenosi czytelnika w świat doskonałej zabawy, zasługującej na tytuł szlachecki? Sprawdźmy!

 

17:30:00 No comments

„Mój Anioł Stróż, o ile istniał, musiał mieć zakurzone skrzydła, ciężkie od pyłu, bo nie zdołał mnie na nich unieść. Może był tak samo pechowy jak ja? Kiedyś bardzo w niego wierzyłam. Zbierałam małe puchate piórka i ani przez sekundę nie wątpiłam, kto je zgubił, bo dzięki temu nadal mogłam się łudzić, że on istnieje.”

Ważniejsze jest to, skąd pochodzisz, czy dokąd zmierzasz oraz kim aktualnie jesteś? I jeszcze moje ulubione: ile waży strata? Motyw rodziny, z którą – zgodnie z popularnym i mającym wiele wspólnego z rzeczywistością powiedzeniem – najlepiej wychodzi się na zdjęciach, stosunkowo często gości w mrocznych powieściach. Nie należy się temu dziwić, jako że familie z piekła rodem można przedstawić w milionie różnych odcieni, spośród których każdy będzie równie wstrząsający, szokujący i mrożący krew w żyłach… oczywiście pod warunkiem, że zostanie podany w oryginalny sposób i przeprowadzony w pełni poprawnie. Właśnie z takim przypadkiem mamy do czynienia w przypadku „Nie pytaj” – najnowszej, porywającej i wzruszającej propozycji czytelniczej Marii Biernackiej-Drabik, będącej udanym crossoverem thrillera, kryminału, dramatu rodzinnego oraz powieści obyczajowej, mającej znamiona tej szkatułkowej. Choć nie jest to „książka w książce”, Autorka zdecydowała się wpleść w główną oś fabuły spod ciemnej gwiazdy treść pamiętnika jednej z bohaterek, co uważam nie tylko za świetny zabieg literacki, ale i doskonały pomysł. To właśnie te kartki z ważkich i poruszających wspomnień okazały się dla mnie największą gratką; zasmucającym mirażem przeszłości, obrazującym, że każda z minionych tragedii naznacza nas bezpowrotnie i czyni tym, kim aktualnie jesteśmy oraz może okazać się kostką domina, z którego stworzona konstrukcja będzie się rozpadała przez wiele kolejnych lat. Czy jednak wieczna gonitwa za tym, co było, nieustanne roztrząsanie przeszłości i próba uchwycenia tego, co miało się stać, lecz nie zaistniało, nie sprawią, że teraźniejszość będzie jedynie teatrem? Wszak nie można znajdować się w dwóch rzeczywistościach jednocześnie.

14:44:00 No comments

„Musisz być gotowa na dowolną niespodziankę, na strzelaninę, albo na to, że zastaniesz dwie osoby tonące w miłosnym uścisku. Czasem nawet na jedno i drugie.”

Dziecięca zabawa w policjantów i złodziei czasami zmienia się w rzeczywistość. W szczenięcych latach obie role są zazwyczaj odgrywane naprzemiennie przez biorących w niej udział, bowiem mało który małoletni jest na tyle konkretny, by stwierdzić, że już zawsze chce być tym dobrym lub złym. Nieznaczny promil, wyjątki, crème de la crème, określają się tak, aby podążać nieprzerwanie jedną „stroną mocy”. Oto właśnie prowadząca najbardziej makabryczne śledztwa agentka FBI; wisienka na przestępczym torcie… Uparcie i wytrwale dążąc do sobie tylko znanych celów, często powtarzam, że „szklany sufit” nie istnieje – ogranicza nas jedynie poziom determinacji i zawziętości. Przykładem doskonale obrazującym moją tezę jest Jana Monroe, autorka „Serc ciemności”, będąca legendarną, bo pierwszą, agentką FBI, która pracowała w prestiżowej Jednostce Nauk Behawioralnych, założonej przez „Mindhuntera” – Johna Douglasa. Zanim jednak udało jej się osiągnąć to, o czym bynajmniej nie skrycie marzyła od dzieciństwa, musiała nie tylko niejednokrotnie udowodnić własną wartość i przydatność specjalistycznym służbom, ale i przebić ścianę głową. Nawet teraz, jeśli pomyślisz o agencie FBI, przed oczyma stanie Ci raczej postawny mężczyzna o kwadratowej szczęce i zaciętym wzroku, odziany w białą koszulę i dobrze skrojony garnitur, lub ewentualnie w charakterystyczną granatową kurtkę z trzema żółtymi literami z tyłu – a nie… drobna blondynka. Wyobraź sobie zdziwienie malujące się na twarzach Amerykanów w latach osiemdziesiątych, kiedy to wyglądająca nader kobieco, a przy tym siłowo niepozornie, Jana zjawiała się na miejscu zbrodni, zamiast rosłego policjanta. Śmieszki, uśmieszki i niewybredne teksty; na domiar złego nic w tym nienaturalnego. Pomimo tego – a może właśnie dlatego – Monroe wciąż doskonaliła się w byciu agentką FBI, by realizować się tak, jak zawsze pragnęła, przeprowadzając swego rodzaju rewolucję; dorzucając wcale nie łagodne damskie spojrzenie na zdominowany przez mężczyzn, kryminalny świat. Czy było prosto? Ani na jotę. Czy było warto? I to jeszcze jak!

19:32:00 No comments

„Musisz zrobić wszystko, co w Twojej mocy, by chronić swoje dzieci. (…) Naprawdę wziąłem sobie te słowa do serca i minie trochę czasu, zanim przestanę o nich myśleć. Jednak zanim to się stało, było już za późno, by cofnąć to, co zrobiłem.”

Ciężko stwierdzić, czy większą krzywdę są w stanie dziecku wyrządzić rodzice nadopiekuńczy, czy tacy, którzy w ogóle nie interesują się jego losem. Ci drudzy przez zaniedbania mogą doprowadzić do niezliczonej liczby tragedii. Pierwsi zaś - przytłoczyć dziecko, całkowicie stłumić jego osobowość i sprawić, że chwilę po „opuszczeniu gniazda” postanowi ono „odkuć się” za wszystkie ograniczenia, szalejąc bez umiaru i… kończąc równie źle. Zachowanie matki i ojca, traktujących swoją pociechę z przesadną ostrożnością i trzymających ją pod kloszem w niemalże każdym aspekcie życia, w języku angielskim zapewne określilibyśmy mianem „overreacting”… ale czy aby na pewno? Być może w niektórych sytuacjach o wiele lepszym rozwiązaniem jest przekroczenie miary, zamiast niezauważania, że takowa w ogóle istnieje.  Jeżeli przypuszczasz, że ktoś gnębi Twoje dziecko – powinieneś zrobić wszystko, aby ustalić, czy jest to prawdą czy jedynie pogłoską lub niedojrzałym wymysłem małoletniego, choć tu pojawia się inny istotny dylemat. Czy ingerencja dorosłych w sprawy nastolatków jest dobrym pomysłem? Kiedy stanowi niedopuszczalne przekroczenie pewnej cienkiej granicy? I wreszcie… Do czego jest w stanie posunąć się rodzic, jeśli dowie się, że ktoś krzywdzi jego ukochane dziecko? Przedstawiam Ci „Zemstę rodziców”, thriller domestic noir w formie instant, cechujący się doskonałą dynamiką, brakiem choćby jednego zbędnego słowa i absolutnie nieprzewidywalnym zakończeniem.

18:08:00 No comments

„Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby, że Julia mogłaby kogokolwiek zabić!” Dobre sobie; no brnijmy w to dalej. 😉

Podobno przez żołądek do serca… a przez Francję do zagadkowego morderstwa. Paryż, rok 1949. Cały kraj odżywa, by znów stać się destynacją zakochanych, pełną urokliwych kawiarenek i targowisk, na których oferowane są artykuły najwyższej jakości, mające zdolność rozkochania w sobie każdego miłośnika dobrej kuchni. W tle da się posłyszeć melodię „L’hymne a l’amour”, wybrzmiewającą z odbiornika radiowego w drewnianej obudowie i wesołe pokrzykiwania sprzedających, będących pewnym tego, że to właśnie ich produkt jest tym najlepszym; przecież to dokładnie jego potrzebujesz. Pomiędzy straganami przechadza się moja imienniczka Julia, będąca w istocie moim kompletnym przeciwieństwem. Jej błękitne oczy, miast odzwierciedlać mroczną duszę - skrzą się uśmiechem. Ten widnieje również na ustach, w miejscu mojego szyderczego grymasu. Bohaterka „Morderstwa po francusku” jest jak pogodna iskierka, podczas gdy ja, pół żartem pół serio, w większości przypadków iskry miotam jedynie spod zmrużonych powiek i prezentuję humor podobny temu, który musiał towarzyszyć ówczesnym mieszkańcom Francji - kiedy ostatnim reglamentowanym towarem pozostawała niezbędna do życia (własnego i postronnych) kawa. Groza! Te dwie będące wodą i ogniem Julie łączy jedno - miłość do gotowania finezyjnych dań i kreowania własnych potraw. Drugą cechą styczną byłaby zapewne opętańcza fascynacja Gordonem Ramsay’em, pod warunkiem, że ten miałby obecnie kilkadziesiąt lat więcej. To tak pół żartem, pół serio - czyli jak to u mnie zazwyczaj. ;) Zapominając o mrocznych latach z ograniczonymi brązowymi ziarnami, zaopatrzywszy się w café au lait, możemy teraz - zamiast popełnić krwawy mord - zanurzyć się w fabule najnowszej książki Colleen Cambridge, będącej świetnym przedstawicielem „cosy crime”; przytulnego kryminału, podanego przez przystojnego kelnera w muszce, na srebrnej i bogato zdobionej tacy - nie tylko ze szczerym uśmiechem, ale i dobrym żartem; zaostrzającym apetyt na lekturę niczym restauracyjny amuse-bouche na doskonałą kolację.

20:01:00 No comments

W 1974 roku w Bostonie zapadł budzący szereg kontrowersji wyrok sądu okręgowego, którego założeniem była walka z nierównościami rasowymi. Na jego mocy część uczniów szkoły średniej o najliczniejszej populacji afroamerykańskiej miała zostać przymusowo przetransferowana do liceum o największej ilości dzieci „białych” – i odwrotnie. Choć założenia były w pełni słuszne, jako że podział pomiędzy osobami o różnych kolorach skóry i separowanie ich w ściśle określonych, zamkniętych środowiskach, nigdy nie doprowadziłyby do względnej równości, samo przeprowadzenie akcji było cokolwiek kontrowersyjne. Wyobraź sobie, że masz nastoletnią córkę, która przez dwa lata uczęszczała do szkoły średniej z „białymi” przyjaciółmi. Czuła się tam doskonale, zbierała dobre stopnie i wiedziała, czego może się spodziewać po równolatkach. Miała świadomość tego, jak po tym specyficznym, bo nastoletnim, środowisku się poruszać. Pewnego dnia mądra sędziowska głowa postanawia, że od teraz Twoja pociecha będzie przymusowo wożona do nowej szkoły, w której większość uczniów stanowią ci czarnoskórzy – do tej pory zupełnie jej obcy. Być może znajdą się wśród nich nowi przyjaciele; choć czy warto nawiązywać znajomości na ostatni rok nauki? Zamiast kolegów, może zyskać wrogów, znaleźć się w niebezpieczeństwie, a już na pewno czuć niekomfortowo, wyrwana z otoczenia, które do tej pory było jej codziennością. Co robisz? Bezczynnie patrzysz, jak drży przed nieznanym, zawalając przy okazji naukę? Żaden dobry rodzic tak nie postąpi. Skorzysta z każdej metody, by zrobić cokolwiek. Krzyczeć tak głośno, jak się da. Protestować. Działać, dopóki nie jest za późno. Czy sąd faktycznie ma prawo „wysiedlić” ot tak uczniów z jednej szkoły i przesiedlić do innej? Tę sytuację, która rzeczywiście miała miejsce w bostońskiej historii, przedstawia „Ostatnia przysługa” Dennisa Lehane’a, znanego czytelnikom dzięki rozchwytywanej powieści „Rzeka tajemnic”, na podstawie której powstał film o podobnym tytule  – przynajmniej z założenia… Tak ważna problematyka segregacji rasowej schodzi w niej bowiem (niestety) na dalszy plan. Tło, ukryte za innym wątkiem fabularnym, okraszonym w dodatku… setkami przekleństw; dialogami najeżonymi łaciną używaną bez żadnego uzasadnienia. Czy tak nieapetyczny dla miłośnika słów sposób podania może sprawić, że lektura będzie mniej istotna? Na pewno praktycznie niezjadliwa, ale o tym za chwilę. Najpierw spróbujmy sprawdzić, jak do tego doszło (nie wiem – aż momentami chciałoby się mało chwalebnie zanucić).

20:06:00 No comments

„Napisał. Cześć. Nic więcej, patrzyła na pięć liter, nie zdając sobie sprawy, że zmienią jej życie. Na zawsze. Bezpowrotnie.”

Wiele lat temu Hugo w programie telewizyjnym utrzymywał, że „troje to już tłok”, zaś Maria Nurowska w „Tangu dla trojga” udowodniła to w ujęciu praktycznym, odbierając czytelnikom oddech. Jeśliby przemienić trójkę w czwórkę, w pozornie oczywistym równaniu znajdą się o dwie osoby za dużo. Małżeństwo. Nie węzeł gordyjski, a święty. Instytucja splatająca „жизнь” męża i żony w jedno życie. Dla niektórych dążenie i sen; szczyt marzeń. Dla innych coś świadczącego o pewnym poziomie dojrzałości, co osiągnąć trzeba – na już. A potem kurz, bo przecież to wszystko nie miało być tak. Obiecana sielanka w domku znajdującym się za koniecznie białym płotkiem, przemienia się w horror – szybciej niż to było zaplanowane. I choć w tym programowaniu właśnie problem tkwi, bo przecież to nie jemu powinny być poddawane szczere uczucia, nagle kolorowy kadr się zaczernia. Szczęście prowadzi do tragedii. A małżeństwo… do morderstwa. Przedstawiam Ci „Narośl” – najlepszy tegoroczny thriller domestic noir, który zdecydowałam się objąć patronatem medialnym. Już samo to powinno stanowić niebagatelną zachętę, jako że ostatni raz postanowiłam zaopiekować się w ten sposób książką ładnych kilka lat temu. Dlaczego więc powiedziałam sakramentalne „tak” najnowszej propozycji Agnieszki Peszek?

16:59:00 No comments

Rozpocznij pokaz slajdów. Tematem dzisiejszej prezentacji będą czasy licealne. Rzutnik wyświetla na ścianie pierwszy z obrazów, a wszystkich oglądających ogarnia konsternacja, kiedy nie widzą nic poza tłem w odcieniu najczarniejszej czerni. Po chwili dołączają do niego pierwsze, jeszcze nieśmiałe takty muzyki. Cichy utwór rozpoczyna sączyć swą rzewną pieśń; melodię utkaną z nut zupełnie na wzór tej żałobnej. Widzowie siedzą w osłupieniu. O co tutaj chodzi? Przecież wspomnienia ze szkoły średniej powinny składać się z nachodzącej na siebie feerii szalonych barw, z pasującym do nich podkładem dźwiękowym z disco zmiksowanego z wesołym disco polo. Nie zawsze tak jest. Wstrzymaj oddech. Wytrzymaj jeszcze chwilę, a zrozumiesz. Drugi slajd. Jednolicie czarne tło przechodzi stopniowo w milion odcieni szarości. Klasyczna muzyka narasta, chwilami aż raniąc uszy, by wybuchnąć kawalkadą dźwięków w szalonym crescendo, kiedy zobaczysz ostatnią klatkę – zwiędły, całkowicie ususzony kwiat. Różę, z której ktoś nierówno i niedbale wyrwał wszystkie płatki. Smutnego słonecznika z opuszczoną główką. Coś zniszczonego. Zanim jednak dotrzesz do końca prezentacji i zostaniesz przeszyty ostatnim, piskliwym wręcz dźwiękiem, migawka obrazów. Każdy z nich pojawia się coraz szybciej. I szybciej. I za szybko. Sceny zaczynają się na siebie nawarstwiać. Samotna postać skulona z książką pod ścianą. Szydzący uśmiech matematyczki. Rechocząca dziko anglistka. Lubieżny wuefista. Wychowawca udający, że niczego nie widzi. Dyrektor reklamujący zamtuz jako prestiżowe liceum. Osoby z Twojej klasy powtarzające plotki, szczęśliwe, że wyrzutek jest poza nawiasem. Zapraszające się wzajemnie na osiemnastki, podczas gdy Ty byłeś na aż żadnej. Upokorzenia. Poniżenia. Codzienne małe, acz jak wielkie, wrogie gesty, próbujące zabić ducha. Stłamsić inność. Wykorzenić niepokorną oryginalność. Miałcy nie wiedzą jeszcze, że to nigdy im się nie uda, ale jeśli obejrzysz tę prezentację, nigdy już o niej nie zapomnisz. Trzy lata, ponad tysiąc dni. Tak… o czasach licealnych zdecydowanie można by napisać mroczną książkę. Mogłabym stworzyć o nich horror, gdybym postanowiła zniżyć się do pewnego poziomu. Być może satysfakcja z wymordowania wszystkich bohaterów przyniosłaby mi przyjemność, cały ocean zadowolenia; wet za wet. I może nawet kiedyś to morze wyleję, powodując powódź, potop i klęskę żywiołową, a potem podpalając pozostałe po niej zgliszcza z makiawelicznym uśmiechem na wzór dumnego Nerona. Póki co, tym nietypowym intro do recenzji stwierdzę, że Natasha Preston napisała kolejny świetny młodzieżowy thriller. Pozycję pełną niepokoju, tajemniczości i nastoletnich intryg, spośród których każda budzi inną retrospekcję z młodych lat. Tych z założenia beztroskich i szczęśliwych, a czasem tak bardzo spod ciemnej gwiazdy, że nawet Kuba Rozpruwacz miałby dylemat od kogo zacząć. Przejdźmy jednak do „Prawdy czy wyzwania”, czyli książki, która rozkocha w sobie miłośników „Słodkich kłamstwewek”, „Plotkary” i… zabijania.

18:36:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (79)
    • ▼  cze (8)
      • Mariolina Venezia - Tajemnica Serra Venerdi - rec...
      • Michał Kuźmiński - Złodziej czasu - recenzja
      • Bartłomiej Ludwisiak - Belwood Quarry - recenzja
      • Łukasz Piper - Kryształowa wieża - recenzja
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates