Próżno szukać bardziej klimatycznej scenerii dla powieści kryminalnej od owianych
mgłą ulic w dziewiętnastowiecznym Londynie. To właśnie tam w roku 1417 powstały
pierwsze latarnie. Bijące z nich światło oświetliło szersze i węższe ścieżki,
nadając nocom zupełnie innego charakteru. Ich wynalezienie z pewnością było jednym
z „małych kroków dla człowieka, ale wielkich skoków dla ludzkości”. Nietrudno
wyobrazić sobie tych wszystkich elegancko odzianych gentlemanów, którzy
przemierzali stolicę Anglii w jedną i drugą stronę w chwili, w której rozgrywa
się najnowsza powieść Heather Redmond, będąca drugą częścią cyklu „Charles Dickens
na tropie”, czyli w roku 1835. Być może któryś z nich przywdział dziś elegancki
frak w barwie najgłębszej nocy – bo właśnie spieszy na spotkanie ze swoją młodziutką
narzeczoną. Na głowie ma odświętny cylinder, a całości stylizacji dopełniają
pieczołowicie ułożona poszetka, wyglancowane buty i elegancka laska, którą dobrze
zapowiadający się młodzieniec powinien nosić chociażby dla podkreślenia swego
statusu. Cóż… nad tym ostatnim jeszcze pracujesz i to w pocie czoła – lub raczej
atramentu na stronach – ale o wygląd na wizytę u przyszłej małżonką trzeba się
postarać. I nie byłoby nic niezwykłego w tej londyńskiej nocy, gdyby nie fakt,
że przed drzwiami mieszkania czeka na Ciebie coś, czego zdecydowanie nie
spodziewałeś się tam zobaczyć. Czyżby Charles Dickens o budzącej podziw
umiejętności łączenia wątków i doskonałym nosem, zdolnym uchwycić trop,
prowadzący do rozwiązania zagadkowego zabójstwa, znów był potrzebny? Och,
ukochana, chyba musisz jeszcze moment poczekać, nim przyjdzie nam dzielić
kolejne krotochwile. Obowiązki wzywają!
„Tragedia zawsze będzie ciekawsza od komedii. (…) Nie musisz być tylko bohaterką mojej historii. Napisz własną, jesteś do tego zdolna. Komedia czy tragedia, wybór należy do Ciebie.”
Angielski dramatopisarz i poeta William Congreve utrzymywał, iż piekło nie zna furii takiej jak kobieta wzgardzona – w twierdzeniu tym zawierając sto procent prawdy. Znajdujące się wśród pragnień, lecz z wielu powodów niezdobyte, zawsze będzie pociągało; odrzucone – mamiło wizją odwrócenia losu lub naprawienia przeszłych błędów. Choć niekiedy prędzej piekło zamarznie, niźli karta przeznaczenia się odmieni, czasem… wizja pogoni za nieosiągalnym okaże się nagrodą samą w sobie, a i – w rzadszych przypadkach – skończy się zwyciężeniem nierealnego. Między innymi o tym traktuje pierwsza książka M.W. Jasińskiej… choć po jej przeczytaniu niezwykle trudno mi uwierzyć, że to debiut. Podczas gdy większość z nich cechuje się błędami, które są w pełni zrozumiałe i naturalne – „W pełni rozkwitających drzew” to propozycja czytelnicza, będąca ich pozbawiona. Ta dzika, mroczna i magiczna opowieść, będąca udanym połączeniem gotyckiej powieści grozy, thrillera, fantasy i baśniowego romansu o najpiękniejszej tegorocznej okładce jest… praktycznie perfekcyjna. A teraz rozsiądź się wygodnie i przeczytaj moją historię o historii uosobionego diabła o tragicznej przeszłości; nieumarłego, którego pokochała pewna piękna czarownica, wyruszając w bój z przeznaczeniem i połową świata. Zbliż się jeszcze odrobinę, a może szepnę Ci na ucho kilka zdań o zaczarowanym (a może przeklętym?) zamczysku, otoczonym mającymi magiczną moc kwiatami magnolii. I zapamiętaj, koniecznie zapamiętaj, że choć świat ten nie jest miejscem baśni; baśnie nie mają na nim racji bytu, to na krótkie mgnienie oka możesz go takim uczynić – właśnie za sprawą książek rozkwitających… podczas pełni, a może wśród czarownych drzew.
Znajdując się w stanie upojenia alkoholowego, spowodowanym dość hucznym jak
na introwertyczkę obchodzeniem dwudziestych siódmych urodzin, można zrobić wiele
mniej lub bardziej szalonych rzeczy, które – kiedy już rozwieje się poranna,
procentowa mgła – przyprawią o szybsze bicie serca, rumieniec wstydu albo…
kompletną panikę. Niektóre z nich da się odwrócić; inne – wręcz przeciwnie. Pierwsze
są standardowe. SMS do byłego, który jeszcze kilka godzin temu wydawał się doskonałym
pomysłem. Wiadomość do niedoszłego, mogąca przynieść dalekosiężne skutki. Ale przecież,
hipotetycznie, jej adresatem mógł być ktoś inny, prawda? Chociażby Damon
Salvatore albo Jon Snow, w ewentualności Pan Darcy. Do drugich „pijackich”
wyczynów z pewnością zalicza się kupno gigantycznego, szkolnego autobusu,
mającego stać się w przyszłości nowoczesnym domem na kółkach, gwarantującym
niczym nieograniczoną niezależność oraz całkowitą wolność. O. Mój. Boże.
Czyżbyś właśnie wydała znaczną część swojego spadku po tacie na spontaniczne
(Ty – spontaniczne?!) nabycie potwora na kółkach? Gosh. Nigdy, nigdy więcej soku
z gumijagód w tak nierozważnej ilości. W dodatku wielosiedzeniowiec jest w
stanie niewskazującym na spożycie trunków dla dorosłych, a zdecydowanie nadającym
się do remontu. Cóż… w tym może pomóc Ci Twój przystojny, postawny, uczynny,
życzliwy i na wskroś dobry PRZYJACIEL o apetycznej budowie ciała. Przecież bliscy
koledzy wyświadczają sobie przysługi, prawda? Wystarczy, że – zgodnie ze złożoną
sobie obietnicą – nigdy się w nim nie zakochasz, trwając w przeświadczeniu o
tym, iż musisz pokutować za dawne grzechy, tkwiąc w pieczołowicie składanej
bańce nieszczęścia. To proste. Najzupełniej, nawet jeśli tyłek Mattheusa jest
najzgrabniejszy na świecie. Czy Ty naprawdę to pomyślałaś?! Trzeźwiej, mózgu!
Szybciej, zanim… zrobisz coś jeszcze bardziej szalonego, o ile w ogóle jest to
możliwe.
Postawiłem miłości do Ciebie przepiękny petersburski pałac; pomnik trwalszy niż ze spiżu. Jego neogotyckiej oprawy dopełniły niepowtarzalna zastawa z najszczerszego srebra oraz яйца Фаберже, Jaja Fabergé, małe dzieła sztuki, wykonane przez mistrza złotnictwa. Choć wszystko to blednie przy Twoim pięknie, zasługujesz tylko na to, co najwspanialsze. Spójrz, Barbaro, rozejrzyj się dobrze – złoto, srebro, kamienie szlachetne i słoniowe kości… niech zdobią ten pałac, z Tobą na czele, perłą w koronie. Niechże nigdy więcej nie będzie pusty; w tle Taniejew już cicho nam gra. Jeżeli tylko zechcesz, gwiazdę z nieba również Ci dam – tylko bądź. Może kiedyś, w przyszłości, Konstantin Simonow o naszym uczuciu najwznioślejszy stworzy wiersz. „Жди меня, и я вернусь, / Не желай добра / Всем, кто знает наизусть, / Что забыть пора.” (Czekaj mnie, ja wrócę, / I nie pytaj gwiazd, / I nie słuchaj trzeźwych słów, / Że zapomnieć czas.) Tylko… tylko bądź.
„Małżeństwo Kelchów odcisnęło swoje romantyczne piętno na dziejach carskiego imperium. Aleksander Kelch kochał Barbarę de domo Bazanow do szaleństwa i temu zauroczeniu świat zawdzięczał najwspanialszą srebrną zastawę w dziejach.”
„Czasem chodzi o kwadrans. Przeszłość ma znaczenie.”
Często piszę, że życie jest sztuką – a ta składa się przecież z wielu różnych dzieł. Napawających grozą (pozdrawiam wszystkie moje mroczne duszki!), wprawiających w zachwyt lub zdumienie, konsternujących, wzruszających czy uśmiechających i podnoszących na duchu. Świat tworzą właśnie te mniej albo bardziej wzniosłe skrawki obrazów, dźwięków i liter, które – złożone przez artystę w jedną całość – nadają im niepowtarzalnego charakteru. Każdy z przykładów takich kunsztownych rarytasów można jednak skopiować czy… skraść. Między innymi o tym traktuje najnowsza powieść Małgorzaty Rogali, będąca idealnym dowodem na to, że połączenie gatunków literackich, choć jest mieszanką iście wybuchową, często gwarantuje doskonałą rozrywkę na najwyższym poziomie; grę szeregu intelektualnych łamigłówek, których rozwiązanie okaże się nader satysfakcjonujące. „Kopia doskonała”, przywodząca mi na myśl „White Collar”, jeden z moich ulubionych seriali, to crossover ciepłej historii obyczajowej z kryminałem oraz komedią – a wszystko to w idealnie wyważonych proporcjach… niczym u najlepszego fałszerza sztuki.
Istnieję od zarania dziejów. Pojawiłem się w chwili, w której ludzie poznali smak władzy, bogactwa, nienawiści oraz zazdrości. Torowałem drogę do upadku nieutulonym w żalu żonom i dzieciom. Umożliwiałem ominięcie kolejki do dziedziczenia władzy i tytułu królewskiego. Wymierzałem karę zdradzieckim współmałżonkom, nieuczciwym kontrahentom i fałszywym przyjaciołom. Na ogół ginę w pomroce dziejów, gdyż ci, którzy mnie używali, nie uznali za stosowane przyznać, że korzystali z moich szerokich i unikalnych umiejętności. Ja, cień historii, dostrzegalny tylko przez tych, którzy albo dysponują odpowiednią intuicją i sokolim wzrokiem, albo są na tyle cierpliwi, aby w zwojach opisujących dzieje człowiecze zauważyć moją oniryczną postać skrywającą się za mrowiskiem ludzkich czynów. Jestem prawie nieuchwytny, choć zawsze znaczę swoją drogę trupami tych, którzy mieli nieszczęście się ze mną zetknąć... Wielu nie chce zaakceptować mojego istnienia, tkwiąc w przekonaniu, że ludzie są z natury dobrzy i zdolni tylko do dobrych i szlachetnych czynów... Cóż, złudzenia są często silniejsze niż otaczająca rzeczywistość. Kim jestem? Jestem przeznaczeniem, którego bardzo trudno uniknąć. Tym, którego imię wywołuje chłód w sercu. Jestem… trucicielem!
Czym różni się thriller od kryminału? Otóż… odpowiedź na to pytanie nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Co gorsza, w obu gatunkach występują elementy suspensu! Jako miłośniczka mroku i mocnych wrażeń, mająca za sobą poznanie tysięcy przedstawicieli obu gatunków, przybywam z postem, który raz na zawsze rozwieje wątpliwości. Co ciekawe, zauważyłam, że nawet wydawnictwa czy księgarnie określają czasem książki… niepoprawnie. Choć kontrast pomiędzy thrillerem a kryminałem jest subtelny – każda osoba zakochana w ciemności powinna go dostrzegać. Gotowi na dawkę przystępnie podanej wiedzy? Choć w tym momencie mój Mąż stwierdziłby, że na mnie nigdy nie jest się przygotowanym… zacznijmy! 😉
Na początku zaznaczę – kryminał i thriller to dwa zupełnie różne gatunki literatury, ale mogą się wzajemnie przenikać, tworząc iście wybuchową mieszankę. Tego rodzaju połączenie nazywam crossoverem, krzyżówką thrillera i kryminału.
Zapraszam do obejrzenia trailera książkowego, który przygotowałam dla opisywanego poniżej „Dziennika amerykańskiego egzorcysty”, stworzonego przez księdza Stephena Rossetti, od wielu lat zajmującego się wypędzaniem demonów. Znajdziesz go tutaj: (KLIK). Zanim jednak przedstawię Ci swoją opinię na temat tej wyjątkowej propozycji czytelniczej, chciałabym zaznaczyć, że mój zwiastun utrzymany jest w innej – o wiele mroczniejszej❗ – konwencji niż ona sama. Kiedy bowiem widzę słowo „egzorcyzmy”, od razu przychodzą mi na myśl popularne, budzące grozę (przynajmniej u niektórych) filmy oraz powieści. Tymczasem swój „Dziennik…” ksiądz wykreował… zwracając się przede wszystkim do czytelników wierzących w Boga. Nic w tym zresztą dziwnego; skoro istnieje Szatan, musi występować także jego przeciwwaga - zdaniem katolickiego Duchownego, nawet i silniejsza od Króla zła…, która, jeżeli tylko odpowiednio mocno jej zaufasz, pomoże Ci pozostać po tej dobrej, świetlistej stronie. Jeśli zaś opęta Cię byt spod ciemnej gwiazdy, z którym nie będziesz mógł sobie poradzić – no cóż, tutaj właśnie zaczyna się misja egzorcysty
➡ Jeżeli fascynuje Cię temat egzorcyzmów, przedstawiony
w sposób stawiający na ciele wszystkie włoski – NIE jest to propozycja dla
Ciebie. Próżno szukać w stworzonym przez Księdza „Dzienniku…” scen mrożących
krew w żyłach i wykrzywiających twarz w grymasie przerażenia. (Skoro kłujących igiełek strachu zabrakło w
samej książce, postanowiłam zagwarantować Ci je trailerem – nie martw się,
wiem, jak za nimi przepadasz i życzę Ci bardzo kolorowych snów! 😉) Jeśli jednak chcesz dowiedzieć się więcej o
życiu egzorcysty, a także o przypadkach, z którymi w roli wyspecjalizowanego
duchownego walczył ksiądz Rossetti, „Dziennik…” zdecydowanie Ci się spodoba. Co
więcej, książkę POLECAM JEDYNIE wierzącym i praktykującym katolikom. Dlaczego?
Sprawdźmy. Możesz nawet zostawić światło zgaszone… chyba, że planujesz później
wrócić do samej rolki –z dźwiękiem! – wtedy to już inna kwestia. 😉
„Musi zapamiętać jak najwięcej szczegółów, przećwiczyć je w środku nocy, a potem sprawdzić gdzieś, gdzie nikt nie będzie go podglądał. A gdy będzie gotowy… Tak, w ten sposób osiągnie doskonałość.”
Niezmiennie dziwi mnie fakt, że na polskim rynku książki wciąż tak często można zaobserwować niepoprawną klasyfikację powieści. Kryminały mianowane są thrillerami i odwrotnie – choć, wbrew pozorom, gatunki te są odmienne i determinują je zupełnie różne czynniki. W związku z tym, już teraz chciałabym zapowiedzieć, że w niedzielę stworzę obiecany niedawno post, który raz na zawsze rozwieje wątpliwości i podpowie, kiedy możesz nazwać opowieść thrillerem, a kiedy kryminałem; pojawi się w niedzielne przedpołudnie na Instagramie! 🔥
Najnowsza historia stworzona przez Ludwika Lunara, mająca absolutnie zjawiskową i przyciągającą wzrok okładkę, co zresztą u mojego ulubionego wydawnictwa Filia Mroczna Strona bynajmniej nie dziwi, jest – dla kontrastu – poprawnie mianowanym, pełnoprawnym i pełnokrwistym kryminałem. „Tańcząc na prochach zmarłych” to przedstawiciel tego gatunku w absolutnie każdym znaczeniu. Można by stwierdzić, że z krwi i kości… choć może raczej ze sproszkowanego szkieletu. Licząca sobie ponad sześćset stron opowieść była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Autora. Czy udanym?
Najpierw zdradzę, dlaczego – moim skromnym zdaniem – jest to absolutnie standardowy polski kryminał. Podkreślam, iż nasz narodowy, bo elementów tych próżno szukać w większości bardzo dobrych kryminalnych powieści zagranicznych. Dodałabym, że na szczęście – choć jest to ocena subiektywna; wszak w czytelniczej pasji najpiękniejsze jest to, że każda osoba wytwór wyobraźni autorów odbiera inaczej; do czego też i w tym przypadku w pełni (mam nadzieję, iż również zgranymi z okładką zdjęciami) Cię zachęcam – sprawdź. 😉
.png.PNG)

.jpeg)

