Przybywam
do Was z kolejnymi pięcioma tytułami z bardzo popularnej serii wydawniczej
Bellony -„Biblioteka Żółtego Tygrysa”, które prezentują się równie atrakcyjnie
- zarówno pod względem graficznym, jak i merytorycznym. Niewątpliwie silną
stroną tomików jest fakt, że opisują one najbardziej pasjonujące wydarzenia
drugiej wojny światowej łatwo przyswajalnym językiem, pozbawionym naukowego
zadęcia. Dzięki temu „tygrysie” książeczki stanowią bardzo nęcącą propozycję
dla wszystkich miłośników historii tego globalnego konfliktu. Z tych właśnie
powodów, mają one wszelką szansę na powtórzenie sukcesu pierwszej edycji, która
cieszyła się niesłabnącym powodzeniem przez ponad trzydzieści lat i gościła w
prawie każdym polskim domu. O czym
traktują te, które miałam ostatnio okazję poznać bliżej?
Znalezienie debiutu, który pozbawiony jest szeregu wad, w pewien sposób charakterystycznych dla tych pierwszych pisarskich kroków, bywa niesamowicie trudne. Dialogi są zbyt sztywne, postaci wykreowane płasko, a zwroty akcji mało rzeczywiste. Powieść można by znacznie odchudzić lub wręcz przeciwnie – rozbudować, jako że zabrakło rozwinięcia istotnych wątków. Opisy przytłaczają albo odwrotnie, są tak skąpe, iż nawet mający bujną wyobraźnię czytelnik nie jest w stanie zwizualizować sobie literackiego otoczenia. Czasami korekta czy redakcja są mało przykładne. Część fabuły ginie w mroku lub staje się całkowicie nielogiczna. Językowo bywa zdecydowanie zbyt prosto czy inaczej – wszystko zostaje przekombinowane. Pojawia się za dużo sennej akcji lub ewoluuje ona w przesadnie dynamiczną. Można by tak wymieniać długo i jeszcze dłużej, ale warto dodać że debiuty rządzą się swoimi prawami, przez co nie można ich oceniać bardzo surowo. Niekiedy – choć bardzo rzadko, niemal tak nieczęsto jak się uśmiecham – nie trzeba tego robić… wcale, bo w pierwszej książce autora niewiele jest do zmiany lub ulepszenia. Wówczas należy chwalić, podziwiać i życzyć sobie tak dobrych, rozpoczynających przygodę z pisarzem, lektur więcej.
Który z powyższych debiutanckich grzechów popełniła w „Za żywopłotem” Maria
Biernacka-Drabik? Otóż: żaden. Gdybym nie posiadała informacji z tak zwanej
pierwszej ręki, podałabym w wątpliwość fakt, że nie ma ona kilku
poprzedzających tę powieść książek w swoim literackim dorobku. To idealnie wyważone
połączenie świetnie skonstruowanej historii kryminalnej z ogromnie rozbudowaną
warstwą dramatu obyczajowego stanowi przykład tego, jak można zacząć pisarską
karierę „z przytupem” i na bardzo wysokim poziomie. Chapeau bas - także za
wręcz poetycką otoczkę językową.
Wyobraź sobie, ze wynaleziono lek na raka. Miliony chorych, którzy stali się ofiarami tej strasznej choroby, odzyskuje zdrowie, szpitale onkologiczne pustoszeją, a plaga odbierająca życie tak wielu ludziom, staje się nie bardziej groźna od zwykłej grypy. Zupełna fantazja? Na razie tak, choć koncerny farmaceutyczne i zatrudnieni w nich naukowcy cały czas pracują nad możliwością spełnienia takiej właśnie wizji. Czy są skazani na porażkę? Czy ich pragnienia mają szansę na jakąkolwiek realizację? Wydawałoby się, że w swej istocie jest to utopijny pomysł. A jednak są ludzie, którzy postawili sobie za cel osiągnięcie niemożliwego oraz realizują swoje zamierzenia z żelazną konsekwencją. I paradoksalnie wcale nie są to naukowcy czy lekarze...
Każdy z laików wizualizując sobie, jak powstają przełomowe medykamenty, widzi laboratorium, a w nim rząd ludzi w białych kitlach, mieszających w swoich menzurkach oraz próbówkach znane tylko im piekielne mikstury oraz co jakiś czas wykrzykujących fundamentalne słowo: Eureka! Tymczasem wcale tak to nie wygląda. Jest to żmudny, wieloletni proces, w który zaangażowane są, poza wiedzą i pasją całej rzeszy badaczy, przede wszystkim ogromne fundusze oraz praktyka biznesowa. I, co trzeba podkreślić, te pierwsze wcale nie grają w całym procesie naczelnej roli. Pełnią ją ludzie będący maszynami do zarabiania wielkich fortun, umiejący swoim siódmym zmysłem poczuć ostrą woń pieniędzy, które czekają na nich na końcu drogi wiodącej od powstania pomysłu - po opracowanie odpowiednio pożądanego na rynku zdrowotnym leku.
Mowa o menedżerach, zarządzających firmami farmaceutycznymi. To ludzie, którzy nie kierują się altruizmem, marzeniami o szczęściu ludzkości czy lepszej przyszłości dla rodzaju człowieczego. Są bezwzględnymi łowcami; rekinami które bez wahania i wyrzutów sumienia pożerają słabsze i mniejsze ryby. Pozbywają się bez mrugnięcia okiem swoich partnerów biznesowych czy wieloletnich współpracowników oraz z całą bezwzględnością przejmują inne firmy, których właściciele wcale nie mają na to ochoty. Przyświeca im jeden cel – zarobić gigantyczne pieniądze, zdobyć odpowiednią pozycję oraz zaspokoić tak bardzo dla nich charakterystyczny głód sukcesu. A że przy okazji ich upór w dążeniu do osiągnięcia wyznaczonych sobie zadań przynosi ulgę osobom dotkniętym różnymi schorzeniami, jest tylko uzupełnieniem podstawowego sensu ich działalności – osiąganiu zysku.
Był sobie ktoś, kogo nigdy nie było… A może, jak w jednym z wierszy Szymborskiej: ktoś tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma. Jeśli sięgniesz po hipnotyzujący i bardzo niepokojący thriller psychologiczny Lucindy Berry, będziesz mógł się o tym przekonać. Sprawdzisz też, jakie demony zostały uwięzione w tytułowym „Zamkniętym pokoju” – pomieszczeniu, które z wielu względów powinno pozostać na zawsze zakluczone lub nawet zabezpieczone policyjną taśmą, odgradzającą świat zbrodni z koszmarów od tego zwyczajnego. Co jednak powinno się uznać za normalne w rzeczywistości urojeń, w której, dzięki Autorce, tak łatwo jest się zanurzyć i przepaść bez reszty? Czy rozszczepienie jaźni głównej bohaterki i zaburzenia dysocjacyjne nie przeniosą się na Ciebie, jeżeli dasz się porwać tej nieszablonowej opowieści, pełnej niespodziewanych plot twistów? Co jest prawdą, a co tylko zgrabnie skrojonym kłamstwem? Czy jedna osoba może znajdować się w dwóch ciałach? A może to jedna powłoka więzi w sobie dwie bliźniaczo podobne, choć skrajnie różne osobowości – tak, że nie wiadomo, gdzie kończy się pierwsza, a zaczyna druga?
Witaj w świecie domysłów, niedopowiedzeń, półsłówek, przeinaczeń i mistrzowskiej rewolty emocji, w którym czytelnik traci zmysły, wątpiąc w to, co wydawało mu się, że zwizualizował sobie jeszcze przed chwilą. Witaj w studium problemów psychicznych i rzeczywistości wykreowanej na wzór tej w znakomitym „Locie nad kukułczym gniazdem”. Witaj w pomieszczeniu bez klamek, pełnym umysłowych pułapek; „Zamkniętym pokoju” Lucindy Berry – pełnowymiarowym thrillerze, o którym nie zapomnisz na długi czas… a przynajmniej aż do momentu, w którym będziesz wybierał najlepsze przeczytane w tym roku książki. Wówczas z pewnością okaże się, że propozycja Pisarki jest jedną z nich.
Wiele lat temu nie tylko chętnie zanurzałam się w poezji, ale i tworzyłam własną, której część została nawet wydana w antologii. Później straciłam swoją Muzę i na spory kawałek czasu zarzuciłam świat wierszy, do którego mogłam powrócić za sprawą tomiku Marcysi Koćwin, noszącego dumnie tytuł „Dym i kurz” i mającego nostalgicznie klimatyczną okładkę, która bardzo przypadła mi do gustu. Czy ten swoisty transfer do przeszłości przyniósł mi odpowiednią dawkę lirycznej przyjemności?
Zanim omówię warsztat i tematykę Poetki, będącej bohaterką dzisiejszej
recenzji… specjalnie dla Was: mała gratka. Poniżej wiersz, który przeniosłam z
uczuć żywionych do Kogoś wyjątkowego na papier kilkanaście lat wstecz. Choć
jest jednym z najkrótszych w moim arsenale, darzę go wyjątkowym sentymentem.
Kurtyna w górę, otrzepmy z niej mieniące się feerią barw drobinki, nomen omen,
kurzu…
„Nie wrócisz”
Jak powiedzieć mi, że
już nie wrócisz
zbyt zielone słowa
Jak powiedzieć Ci, że
Wszystko
tylko nie nauczyłaś mnie zapominać
„Żołnierze padali jak muchy we wszystkich czterech stronach świata przy akompaniamencie bębnów oraz trąbek i nie było żadnej matki, żony, siostry czy narzeczonej, która by się skompromitowała opłakiwaniem utraconego bohatera. Niemieckie kobiety były dumne z tego, że ofiarowały krajowi takich mężczyzna w godzinie potrzeby.”
Myślę, że powyższy cytat doskonale oddaje charakter niemieckiego narodu, który pogrążył świat w wojennej pożodze, jakiej ten nie doświadczył od zarania swoich dziejów. Rozkaz Führera nie tylko trzeba wykonać, ale jeszcze być dumnym z jego idealnej realizacji! Przecież w końcu żadna ofiara nie jest dość wielka, aby przywódca narodu był należycie zadowolony. Niemiecka machina wojenna, ten niezrównany twór miażdżący armie całej Europy, szybko załamałby się pod własnym ciężarem, gdyby nie postawa jego najmniejszych trybików - zwykłych Niemców, tych wszystkich poczciwych Helmutów, Ing czy Heinrich–ów, marzących o zaprowadzeniu nowych porządków na kontynencie i zdolnych do największych poświęceń w imię osiągnięcia tego „uświęconego” celu. To przecież zrozumiałe, że „nadludzie” powinni zyskać status, który należy im się z natury, bez konieczności znoszenia brudnych, zawszonych Żydów, Cyganów, Polaków, Rosjan i innych wybryków natury. „Podludzie” muszą zniknąć - takie jest prawidło natury, że lepsza rasa wypiera te gorsze - a jak ma się to dokonać, jest wyłącznym zmartwieniem władz.
RECENZJA PATRONACKA
Przedstawiam Ci propozycję włoskiej mistrzyni thrillera, Paoli Barbato – drugą książkę, którą zdecydowałam się w tym roku otoczyć opieką medialną. Już samo to wyróżnienie wskazuje na fakt, że jest to powieść, od której nie można się oderwać. Cały wachlarz eskalujących z każdą stroną mrocznych emocji oraz nietuzinkowa narracja sprawią, że jeszcze długo po lekturze nie będziesz mógł o niej zapomnieć. Jak w utworze Eldo – noc, rap, samochód – tylko że w tym przypadku należałoby do tego zestawu dodać jeszcze bohatera niezdarę, nieustające śmiertelne zagrożenie oraz… odciętą rękę. Tak można by w telegraficznym skrócie opisać „Na złej drodze” – oryginalny thriller nasączony odrobiną kryminału, o akcji skoncentrowanej na niebezpiecznej przejażdżce po autostradzie; prawdziwym wyścigu życia ze śmiercią.
„Wszystko szło dobrze aż do czasu, gdy paczka zaczęła przeciekać. (…) Co
poszło nie tak?”
Trzy kobiety, tak różne od siebie, ale połączone jedną namiętnością. Jak trzy Gracje, boginie wdzięku, radości i piękna, ale nie tak beztroskie i szczęśliwe. Nie tak perfekcyjne jak na obrazie Rafaello Santiego, lecz prawdziwe, namacalne i oddane bez reszty jemu... Mężczyźnie, stanowiącemu oś wokół której obracało się ich życie. Nadawał mu sens i wypełniał barwą pulsujących uczuć, którymi obdarzyły go bez reszty… Czworo aktorów na scenie życia, splątanych marzeniami, pragnieniami oraz nieuchronną w ich sytuacji zazdrością. Miłość, uczucie które porusza serce, duszę i ciało. Może być błogosławieństwem lub przekleństwem. Ale czasami staje się jednym i drugim...


.png.PNG)
.jpeg)