• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Znany na cały świat pies Łajka, a potem podobnie popularny Jurij Gagarin udowodnili, że podróże kosmiczne mogą być szczytem marzeń - ale takim w pełni osiągalnym, jeśli tylko wykazać się popartą przygotowaniami odpowiednią dozą upartości i... mieć za sobą sztab technicznych specjalistów, którzy zadbają o to, że nie wyląduje się bezładnie w stratosferze. Z charakteryzującym mnie chronicznym brakiem szczęścia, z pewnością nie poważyłabym się na taką wyprawę - no chyba, iż miałabym w planach na stałe odseparować się od innych ziemskich istnień i nigdy już nie powrócić. Chociaż raczej zostałabym wówczas zapamiętana na wieki jako ogromny kosmiczny samozapłon lub odwrotnie, jeden wielki niewybuch. Well. Póki jeszcze mnóstwo rzeczy pozostało mi do osiągnięcia, miliony do zwizualizowania, niezliczona ilość żyć do przeciągnięcia na ciemną stronę mocy i zirytowania, biliony książek do zrecenzowania 😉i setki nieistniejących szklanych sufitów do przebicia, wolę jednak stąpać twardo w zbyt wysokich szpilkach po swojskiej Ziemi. W zupełnym przeciwieństwie do bohaterów powieści “Star bringer” duetu Tracy Wolff & Nina Croft, którzy nie tylko żyją w składającej się z wielu fantastycznych planet przestrzeni kosmicznej, ale i - wskutek ogniście niebezpiecznych okoliczności - zostali zmuszeni do odbycia skrajnie zwichrowanego lotu w składzie, jakiego wcale nie przewidzieli. Żaden to rejs hobbystyczny – a raczej wojaż nieznanym, wyglądającym na rozpadający się, statkiem powietrznym, dzięki któremu ocalą własne życia... albo zginą. A wraz z nimi wszechświat, albowiem w tym już od dawna dzieje się nie najlepiej. Dwie dekady temu nastał czas Gasnącego Słońca, zapoczątkowany przez świetliste rozbłyski. Choć to nie brzmi trwożąco, obecnie złota kula ma inny kolor a temperatura na każdej powierzchni rośnie w tempie wykładniczym. Czy przypadkowa zbieranina nastolatków z pewną Księżniczką na czele zdoła ocalić Wszechświat przed całkowitym spopieleniem, nie zabijając się przy okazji... i nie zakochując w sobie nawzajem? 

16:22:00 No comments

Jakkolwiek na co dzień praktykuję kult ciemności, niekiedy nawet sam czarci pomiot musi zmierzyć się z potęgą światła. Nieco nadpalona, przybywam podzielić się rezultatami, zanim powrócę do cokolwiek mrocznej, a już z pewnością wampirzej trumny w nęcąco zimnych podziemiach. Czy opromieniona? 

Światło widzialne to zjawisko, dzięki któremu można spostrzegać świat przy pomocy zmysłu wzroku, a także uświęcone źródło życia, bez którego na Ziemi panowałby wieczny mrok, praktycznie uniemożliwiający rozwój i funkcjonowanie jakichkolwiek żywych organizmów. Fizycy określają je jako promieniowanie optyczne, będące widzialną częścią promieniowania elektromagnetycznego, odbieranego przez siatkówkę oka ludzkiego. Porusza się ono w próżni zawsze z taką samą prędkością, wynoszącą aż 299 792 458 m/s. Biolodzy rozpatrują je jako czynnik wpływający w istotnym stopniu na procesy przyrodnicze. Najważniejszym z nich jest fotosynteza, dzięki której rośliny, niektóre bakterie i algi przekształcają energię świetlną w chemiczną. W jej trakcie z dwutlenku węgla i wody, przy udziale energii słonecznej, tworzą się związki organiczne, najczęściej glukoza, oraz uwalniany jest tlen niezbędny do oddychania. Powoduje także pochłanianie dwutlenku węgla, co pomaga w utrzymaniu równowagi gazowej w atmosferze. Pod wpływem światła następuje także fotomorfogeneza, będąca źródłem odpowiednich modyfikacji w rozwoju roślin, dzięki czemu dostosowują się one do panujących warunków świetlnych. Co ważne, zwierzęta oraz ludzie korzystają ze światła do regulacji swoich rytmów dobowych, snu i czuwania, a także różnorakich zachowań, takich jak migracja czy rozmnażanie. Światło słoneczne jest niezbędne do produkcji witaminy D, która wpływa na zdrowie kości, odporność i wiele innych funkcji organizmu. Oddziałuje także w ogromnym stopniu na metabolizm energetyczny, temperaturę ciała i aktywność układu nerwowego oraz nastrój i samopoczucie, stymulując produkcję serotoniny, zwanej "hormonem szczęścia". Bez światła świat byłby zdecydowanie bardziej ponurym i mrocznym miejscem. A co sądzi o nim Autor recenzowanej książki? 

11:30:00 2 comments

Jak smakuje kawa wypita kolejnego poranka po szalonej, studenckiej imprezie – i czy faktycznie poprzedniego wieczoru warto było poprawiać nastrój tak dużą ilością alkoholu? Jak czuje się ktoś, kto właśnie opiera dłonie na kolanach, próbując uchwycić oddech po przebiegnięciu sztafety? I osoba, która nie musi co chwila spoglądać na noszony na nadgarstku zegarek, aby upewnić się, że jej puls mieści się w dopuszczalnych ramach? Zdrowa – o sercu bijącym niczym przysłowiowy dzwon... Nie wiesz tego, choć czasem lubisz sobie wyobrażać, jak to by było po prostu normalnie żyć. Nie znasz żadnego z tych uczuć, choć za chwilę będą Twoje dwudzieste pierwsze urodziny, zatem w świetle amerykańskiego prawa staniesz się dorosła. Niedoświadczona zwyczajnością, naznaczona niepewnością - bo nigdy nie wiesz, czy jutro w ogóle nadejdzie. Tak upragniona, przeciętna rzeczywistość, której zabroniła Ci choroba. Tuż po tym, jak odebrała Ci ukochaną siostrę. Jesteście takie same, choć były Was dwie, a teraz za obie (nie) istnieje tylko jedna. Zawsze była starsza – dlatego skrupulatnie odliczasz pozostałe Ci dni. 231. Tyle masz ich jeszcze do wykorzystania. Od dawna towarzyszy Ci pewność, że przecież nie możesz tkwić na tym świecie dłużej niż ona, bo wówczas nie byłabyś już młodszą siostrą. Umrzesz w tym samym wieku co Peyton albo stosowną chwilę wcześniej. Tak niewiele czasu i wiele do zrobienia... Ale jeszcze nie pora. Możesz podumać o tym, co robiłabyś w tej chwili, gdyby nie Twój wierny towarzysz – kardiomiopatia przerostowa. Oddychasz, ale niespokojnie. W klatce piersiowej serce wystukuje swój rytm, jednak jest coraz cięższy. Ściany lewej komory grubieją, a nadprogramową tkankę trzeba będzie usunąć podczas ryzykownej operacji. Do wyboru zostaje Ci rozrusznik, choć Twoja intuicja krzyczy, że to złe rozwiązanie. Niedługo będziesz musiała zdecydować o dalszym losie... o ile zdążysz a choroba nie zrobi tego za Ciebie. 

00:34:00 No comments


II wojna światowa była globalnym konfliktem, który całkowicie zmienił oblicze planety i wywarł na niej niezatarte piętno. Nic dziwnego więc, że pochylają się nad nim całe tłumy historyków oraz ekspertów od wojskowości. Co chwilę ukazują się nowe publikacje analizujące jego przyczyny, przebieg oraz skutki, dołączając do ogromnej ilości już wcześniej opublikowanych materiałów. Wydawałoby się więc, że nie skrywa już żadnych tajemnic. Nic bardziej mylnego. Cały czas ujawniane są nieznane dotychczas okoliczności tego piekielnego starcia mocarstw, zmuszając znawców tematu do rewidowania poglądów i przyjętych założeń. Jest to proces stały, gdyż wiele tajemnic skrywanych jest w przepastnych archiwach państw, które brały w nim udział. A te odtajniane są stopniowo lub nawet wcale. Słudzy Klio cały czas próbują znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania i wątpliwości, często wydobywając na światło dzienne nowe sensacyjne informacje oraz reinterpretując ustalone „ponad wszelką wątpliwość” twierdzenia i fakty. Dotyczy to także badań nad udziałem w II WŚ Rzeczypospolitej Polskiej. A jest nad czym się pochylać.

16:32:00 No comments

W jednym z dawnych tekstów napisałam: “Czas iść na spacer. Szminką po szybie, palcem po mapie. Wyszłabym na taki prawdziwy. Ale za bardzo boję się, że nie wrócę...” - tymczasem wrócić niekiedy trzeba. Do siebie...  

W “Ceremonii” powinien wziąć udział każdy, kto chciałby rozpocząć dzień pozytywnym akcentem i z kącikami ust uniesionymi ku górze. Wszyscy, którzy są na etapie dochodzenia do siebie po tragicznym wydarzeniu, utracie fragmentów własnego życia czy chorobie. A także ci pragnący ruszyć z miejsca, zacząć wreszcie spełniać marzenia oraz założenia czy czerpać z tu i teraz pełnymi garściami. Mający niewielką objętość poradnik Brianny West o pięknie majestatycznej okładce nie jest bowiem zbiorem postawionych sztywno wskazówek, głoszących nadwyrazowo, iż - przykładowo - wystarczy zrobić to lub tamto a osiągnie się absolut. Próżno szukać w nim również dowodów anegdotycznych o zerowej wartości czy przynoszących niewiele korzyści ćwiczeń praktycznych, po wykonaniu jakich umysł rzekomo dozna olśnienia, zaś dusza zacznie emanować tęczą. To nie jest taka propozycja literacka – a absolutnie wyjątkowa. Warto ją sobie dozować i poznawać kolejne strony zawsze wtedy, gdy w dniu brakuje jakiegokolwiek uśmiechającego aspektu. “Powrót do siebie” to taki zbiór złotych myśli w formie przypominającej (szczęśliwie) białe wiersze lub krótkie, kilkuzdaniowe zapiski. Część z nich rozpogadza, niektóre zastanawiają, motywują albo próbują nakierować myśli na to, co ważne. Przede wszystkim jednak prowokują do tego, by... zacząć istnieć. Zmaterializować się w obecnej rzeczywistości, w pożądanym przez siebie kształcie lub w taki właśnie ewoluować. Nie tracąc z oczu celu, fragmentarycznie pokonywać wiodącą do niego drogę - doceniając to, co się na niej znajduje. Zaakceptować przeszłość i docenić jej wagę, bo to przecież składowa teraźniejszości, która nigdy nie dzieje się bez powodu. Sprawdzić, z jakich czynników tak naprawdę składa się złoto - i dostrzec, że przecież bez nich mogłoby być nawet i szare...  

20:23:00 No comments

Przyjaźń to słowo, które na ogół wywołuje przyśpieszone bicie serca. I nic w tym dziwnego - w końcu poza miłością to chyba najbardziej osobista i mocna więź, jaką można nawiązać z drugim człowiekiem. Często jest wręcz do tej pierwszej bliźniaczo podobna. Sam Mickiewicz nie do końca potrafił rozróżnić oba uczucia, czyniąc je przedmiotem dramatycznych pytań w „Niepewności” - vide słynne: „Czy to jest przyjaźń/Czy to jest kochanie?” 😉 Zresztą nie on pierwszy. Już starożytni Grecy mieli w tym względzie sporo wątpliwości. Wystarczy wspomnieć o spartańskiej falandze, składającej się z żelaznych wojowników, od dzieciństwa przygotowywanych do tej właśnie roli. Niewątpliwie wspólne wychowanie sprzyjało nawiązywaniu licznych pobratymczych relacji. Złe języki jednak uparcie szepczą, że sporo z nich przekształciło się w nieco bardziej zażyłą znajomość, pozostającą jednak formalnie stosunkiem (nomen omen 😉) stricte przyjacielskim. Hellenowie zresztą wykształcili specyficzne rozumienie tego pojęcia. Ludzie ustosunkowani częstokroć brali pod swoje skrzydła Efebów – kilkunastoletnich urodziwych młodzieńców, nad którymi sprawowali opiekę, ułatwiając im późniejsze zrobienie kariery w wojsku czy administracji. Dopóki nie osiągnęli oni wieku męskiego, nikogo taki „przyjacielski” układ nie gorszył ani nie oburzał. Nie lepsi byli Rzymianie i ich władcy, którzy przejęli znaczną część zwyczajów od swych achajskich pobratymców. Najsłynniejszym cesarskim przyjacielem był Antinous – młodzieniec pochodzący z Bitynii, którego powabem i zdolnościami zachwycił się pan ówczesnego świata – imperator Hadrian. Sama historia ma wyjątkowo tragiczny wydźwięk. Przyjęty na dwór w wieku 12 lat, stał się nieodłącznym towarzyszem władcy. Oczywiście natychmiast pojawiły się pogłoski, że przyjaźń jest tylko parawanem dla innego rodzaju związku uczuciowego. Nikt ich nigdy nie przyłapał w dwuznacznej sytuacji, ale jak to zwykle bywa, wszyscy wiedzieli, o co chodzi... Oczywiście dla Hadriana nie było to żadnym problemem - w końcu na jedno jego skinienie 28 legionów podążało karnie we wskazanym kierunku, a każdy ewentualny potwarca mógł błyskawicznie skończyć w niezwykle wymyślny sposób. I trzeba stwierdzić, że często kończył. 😉 Mógł się więc nie przejmować plotkami. Inaczej było z chłopcem, bo chyba tak należy go określić. Dopóki nie ukończył 18 lat, taka relacja formalnie nie przynosiła mu ujmy. Jednak, gdy tylko przekroczył tę granicę wieku, zaczął okrywać się hańbą. Nalegał na cesarza, aby ten zwolnił go z „obowiązków”, ale ten nawet nie chciał o tym słyszeć. Biedny młodzian znalazł jedyne dostępne rozwiązanie, przełamujące w radykalny sposób upór monarchy – utopił się podczas kąpieli w Nilu, w czasie jednej z wielu peregrynacji, odbywanych ze swoim druhem po imperialnych krainach. Zrozpaczony władca w iście cesarski sposób uczcił pamięć swojego dozgonnego (szkoda, że jednostronnie 😉) przyjaciela. Już 7 lat po jego śmierci ufundował w pobliżu miejsca, w jakim odbył się ten starożytny dramat, miasto Antinoopolis. Ogłosił go także herosem, a więc bohaterem podlegającym oficjalnemu kultowi, który trwał aż do upadku Rzymu ponad 350 lat później. Jego imieniem nazwano jeden z gwiazdozbiorów, a także uczyniono go patronem wielu nowo wzniesionych świątyń oraz urządzanych igrzysk. Antinous stał się także przedmiotem wytwarzanych wręcz taśmowo posągów, rzeźb oraz gemm, dzięki czemu jego szlachetną fizys można podziwiać aż do dzisiaj. Jego wizerunek trafił także na monety. W charakterze ciekawostki wskażę, że sam Fryderyk II Wielki (dla Polaków - „straszny Fryc”, co niektórzy dodają również: „parszywy”) ustawił posąg Antinousa pod oknami swego gabinetu w pałacu Sanssouci. No cóż, widocznie nie tylko kobiety lubią rzucać spojrzenia na prawdziwy ideał młodzieńczego, męskiego piękna. Z tego wszystkiego można chyba wysnuć wniosek, że przyjaźń władcy najpiękniej rozkwita po śmierci jej przedmiotu, co jednak raczej nie stanowi dla niego samego zbyt wielkiego pocieszenia. 😉 

01:14:00 No comments

Znowu stoisz i wpatrujesz się w dom, który kiedyś zamieszkiwałeś z rodzicami. To silniejsze od Twojej woli do tego stopnia, że robisz to kilka razy w tygodniu i w zasadzie nie potrafisz racjonalnie wytłumaczyć dlaczego. Tak jakbyś absurdalnie oczekiwał, że jego bryła przemówi i udzieli Ci odpowiedzi na pytanie, które nurtuje Cię od trzydziestu lat – co się z nimi naprawdę stało? Ale mury pozostają niewzruszone, ożywają jedynie w okruchach wspomnień. Zbierasz je w całość każdej doby, jednak nie dostrzegasz żadnej wskazówki, jaka byłaby Cię w stanie doprowadzić do logicznego rozwiązania potwornej zagadki, którą nosisz w swoim wnętrzu i ciągle bezskutecznie próbujesz rozwikłać. Z tym niemym symbolem rodzinnej tragedii czujesz mimowolny, choć przemożny związek, mimo że tak bardzo się zmienił na przestrzeni czasu. Został nieco przebudowany i pomalowany na inny kolor. Toczy się w nim obce dla Ciebie życie innej rodziny. Cały czas widzisz siebie i rodzeństwo bawiące się na trawniku pod jego oknami i cienie rodziców przemykające z pokoju do pokoju. W takiej chwili zaciskasz pięści w niemym i bezsilnym sprzeciwie wobec wyroków losu, który skazał Cię na życie bez tych, których najbardziej kochałeś. Których potrzebowałeś każdego dnia i potrzebujesz nadal, pomimo iż jesteś już mężczyzną w sile wieku. Raz za razem wracasz myślami do tamtego dnia w 1995 roku. Teraz, gdy jesteś dorosły, dostrzegasz, że od samego początku wszystko wskazywało, że stanie się coś okropnego. Wtedy jednak byłeś za mały, aby zauważyć tego rodzaju znaki. Miałeś dziewięć lat, Twoja siostra Milena – siedem, a najmłodszy brat Mateusz zaledwie dwa. Od samego rana domowa atmosfera była przepojona czymś złowieszczym i tak gęstym, że można by ją kroić nożem. I wszystko było inaczej, tak jakby ustalony od wielu lat porządek został z niewiadomych przyczyn całkowicie wywrócony do góry nogami. Ojciec, który zawsze rano uprawiał jogging, tym razem z niego zrezygnował. Na śniadanie nie było tak uwielbianych naleśników, ale zwykłe kanapki posmarowane naprędce Nutellą. Potem wszyscy razem pośpiesznie wsiedliście do samochodu i pojechaliście do Węgierskiej Górki. Pamiętasz, że cały czas siąpił deszcz, tak jakby natura uparła się za wszelką cenę zepsuć Wam ekscytującą wycieczkę. A może to było kolejne ostrzeżenie, którego wówczas nie rozpoznałeś... Gdy dotarliście do bunkrów, a dokładnie do „Waligóry”, rodzice powiedzieli, żebyście się pobawili, a oni przygotują niespodziankę. Goniliście się w pobliskim lesie przez jakieś pół godziny, ale ani mama, ani tata się nie pojawili. Zaniepokojeni poszliście ich szukać, lecz znaleźliście jedynie straszną w swoim wyrazie pustkę. Rodzice zniknęli. Pozostał tylko dodający grozy całej sytuacji masywny, omszały kadłub schronu, przepojony odległą historią i zamknięty samochód. Mateusz zaczął przeraźliwie płakać, a Ty nagle pojąłeś, że spadł na Ciebie ciężar, jakiego żadne dziecko nigdy nie powinno doświadczyć. Na szczęście znałeś drogę do Radziechowic, więc doprowadziłeś rodzeństwo do najbliższego sklepu, gdzie poprosiliście o pomoc. Potem nastąpiło to, co zwykle dzieje się w takich przypadkach. Komisariat, zeznania, obcy ludzie, próbujący dodać Ci otuchy, jakby mogło to cokolwiek zmienić. Zaopiekowała się Wami babcia, sama przepojona bólem po stracie syna. Dała Wam dom - wprawdzie pozbawiony wylewnych wyrazów miłości, ale solidny i czysty. Wyprowadziła Was na ludzi, a teraz sama potrzebuje pomocy jako osoba dotknięta demencją. Na razie opłacacie sąsiadkę, która zagląda do niej co jakiś czas, ale wiecie, że nadejdzie dzień, kiedy trzeba będzie się nią zaopiekować osobiście. W skrytości ducha ufasz, że spadnie to na Milenę – ona zawsze była bardziej zorganizowana od Ciebie.  

23:13:00 No comments

Oto thrillerowy debiut, jakie lubię najbardziej – bowiem nieskażony ani jedną nutą kryminału, o co w pierwszych książkach tego gatunku łatwo. Co więcej, został napisany w niezwykle ryzykowny sposób... Pierwsze kilkadziesiąt stron wręcz mnie nużyło. Zważywszy na ilość zwyczajnych, szczegółowo przedstawionych czynności, jakie wykonywał główny bohater, momentami zastanawiałam się, co właściwie czytam – i po co Ewelina Grzybowska tak detalicznie maluje słowami prozaiczne elementy składowe dnia bohatera. Z każdą przewróconą stroną nabierałam jednak pewności, że jest to zabieg celowy – i zdecydowanie się nie pomyliłam. Wręcz senna narracja ewoluuje bowiem w coraz bardziej niepokojącą i mroczną, by finalnie obezwładnić czytającego ciemnością i złem. Upadek naczelnej postaci postępuje, obracając w perzynę świat kolejnych sylwetek – a pojedyncza akcja staje się zaczątkiem następnej. Całe przedstawienie zmierza do tragicznego finału, jaki z pewnością na długo pozostawi odbiorcę z uczuciem naznaczenia; duszy oblepionej okrutnymi uczynkami Thomasa. To ten rodzaj tuszu, który utrzymuje się na skórze jeszcze wiele chwil po ocenieniu tej moralnie szarej powieści. Choć... może raczej kruczoczarnej. Efekt skrzydeł motyla, gargantuicznie tragiczne domino, którego jedna potrącona kostka zapoczątkowała pętlę, w jakiej znikąd nadziei. Jeśli literaturę thrillerową można określić mianem urzekająco brudnej – to właśnie ten typ. Od jednostajnej, przytłaczającej narracji po taką, w której czytelnik sam nie wie już, co prawdą, a co ułudą jest. Prowokującej do postradania zmysłów, wciągającej motywami onirycznymi i nieuzasadnioną ohydą zbrodni. Ryzykowny debiut Pisarki jest unikatowy i pozostawia po sobie uczucie pustki. Uśmiecha tym bardziej, że sama pokusiłabym się o podobnie “beznadziejny” finał. Przekornie duszny, ironicznie bezwzględny, oryginalnie morderczy. Właśnie tak stopniuje się fabularne napięcie. 

18:30:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (83)
    • ▼  cze (12)
      • Karolina Żynda - Broken ice - recenzja
      • Camilla Grebe - Ciemność - recenzja
      • A.A. Milewska - Kim jestem? - recenzja
      • Weronika Jaczewska - Twój ruch - recenzja
      • Mariolina Venezia - Tajemnica Serra Venerdi - rec...
      • Michał Kuźmiński - Złodziej czasu - recenzja
      • Bartłomiej Ludwisiak - Belwood Quarry - recenzja
      • Łukasz Piper - Kryształowa wieża - recenzja
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates