„Musi zapamiętać jak najwięcej szczegółów, przećwiczyć je w środku nocy, a potem sprawdzić gdzieś, gdzie nikt nie będzie go podglądał. A gdy będzie gotowy… Tak, w ten sposób osiągnie doskonałość.”
Niezmiennie dziwi mnie fakt, że na polskim rynku książki wciąż tak często można zaobserwować niepoprawną klasyfikację powieści. Kryminały mianowane są thrillerami i odwrotnie – choć, wbrew pozorom, gatunki te są odmienne i determinują je zupełnie różne czynniki. W związku z tym, już teraz chciałabym zapowiedzieć, że w niedzielę stworzę obiecany niedawno post, który raz na zawsze rozwieje wątpliwości i podpowie, kiedy możesz nazwać opowieść thrillerem, a kiedy kryminałem; pojawi się w niedzielne przedpołudnie na Instagramie! 🔥
Najnowsza historia stworzona przez Ludwika Lunara, mająca absolutnie zjawiskową i przyciągającą wzrok okładkę, co zresztą u mojego ulubionego wydawnictwa Filia Mroczna Strona bynajmniej nie dziwi, jest – dla kontrastu – poprawnie mianowanym, pełnoprawnym i pełnokrwistym kryminałem. „Tańcząc na prochach zmarłych” to przedstawiciel tego gatunku w absolutnie każdym znaczeniu. Można by stwierdzić, że z krwi i kości… choć może raczej ze sproszkowanego szkieletu. Licząca sobie ponad sześćset stron opowieść była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Autora. Czy udanym?
Najpierw zdradzę, dlaczego – moim skromnym zdaniem – jest to absolutnie standardowy polski kryminał. Podkreślam, iż nasz narodowy, bo elementów tych próżno szukać w większości bardzo dobrych kryminalnych powieści zagranicznych. Dodałabym, że na szczęście – choć jest to ocena subiektywna; wszak w czytelniczej pasji najpiękniejsze jest to, że każda osoba wytwór wyobraźni autorów odbiera inaczej; do czego też i w tym przypadku w pełni (mam nadzieję, iż również zgranymi z okładką zdjęciami) Cię zachęcam – sprawdź. 😉

.png.PNG)


