Trzeba się wykazać nie lada talentem, aby stworzyć zbiór osiemnastu opowiadań, spośród których każde nie tylko będzie na tak samo wysokim poziomie, ale i całkowicie oczaruje czytelnika. Niektórzy, choć mogłabym ich wskazać garstkę, są w stanie tego dokonać. Literalnie nikt nie uczynił jednak tego co Jakub Lisicki, debiutujący fenomenalnym zbiorem “Anamene i inne opowiadania”. Nie jest to bowiem antologia zwyczajna, a przenosząca czytającego do kompletnie innej rzeczywistości... Świata z pogranicza jawy i snu (choć ze znacznym ukłonem w kierunku tego tak cenionego przeze mnie onirycznego), życia i śmierci, brzydoty i piękna oraz miłości i nienawiści. Obezwładniająca kreacja semantyczna porywa w objęcia bezmiarem mroku, otula czernią nocy i wabi szkarłatem krwi. Próżno w tulących się do siebie Lisickiego słowach szukać oczywistości, uniwersalności i prawionych naprędce, tęczowo szczęśliwych komunałów. Autor, choć winnam raczej napisać - Poeta, umiejętnie bawi się słowotwórstwem, nie tylko malując nowe wyrazy. Śmiem wysunąć tezę, iż proponując czytelnikom te niepokojące, pełne napięcia baśni, wyznacza literaturze nowy kierunek. Choć może odświeża stary, mój ulubiony, w którym od wielu lat nurzam się z godnym podziwu zapamiętaniem. Senny fatalizm niedookreśleń i niedorozumień, koegzystujący z plastyczną planetą wyobrażeń mar przywodzi bowiem na myśl styl kaskaderów literatury polskiej, kreujących niepowtarzalne. Będące wzorem i wyznacznikiem jakości, po jakie większość pisarzy niestety nie poważa się sięgnąć. Dla osób z niczym nieograniczoną wyobraźnią; niespokojnych duchów w tym pełnym sztywnych ram i zerojedynkowości świecie, niepotrafiących - niczym mój cezar Stachura - zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Poniżej spróbuję subiektywnie przedstawić pokrótce każde z opowiadań Lisickiego i ulubione cytaty, jednak zapewniam Cię - zapomnij o kluczu, bo to nie są zwykłe teksty. To poezja, jaką każdy będzie oddychać odmiennie. I to właśnie w niej najpiękniejsze. Najbardziej enigmatyczna recenzja? Owszem. Oto ona.
RECENZJA GOŚCINNA STARSZEGO Z MŁODSZYCH BRACI, czyli Kajetana.
Jesień, 2009 rok, środa, popołudnie. Po lekcjach do 14:20 w czwartej klasie podstawówki wróciłem do domu, zjadłem obiadek (może pomidorową?), zrobiłem dwa zadania z matematyki dotyczące obliczania pola trójkąta (kto to widział, axh/2, jakieś literki zamiast cyfr) i wreszcie można było zacząć przyjemności. Na początek szybka prasówka Internetu w powolnym (choć dopiero dwuletnim) laptopie, seans “Włatców Móch” na Ipli (posiadały ograniczenie wiekowe od 16. roku życia, ale kto by się nim przejmował), na końcu zaś kilka godzinek grania w pierwszą Mafię (ograniczenie wiekowe od 18. roku życia, ale kto by się nim przejmował). Z laptopa mogłem korzystać maksymalnie do 19:15, więc trzy kwadranse później oglądałem z Dziadkiem premierowo nowy odcinek “Świata według Kiepskich” (być może ,,Syn Nilu”), o którym mieliśmy wspólną opinię, że może i fajny, ale nie jest to to samo, co te sprzed jeszcze dwóch lat (o przyszłym upadku serialu nawet nie śmieliśmy mieć koszmarów). Po seansie poczytałem czwarty, równie jesienny tom serii ,,Felix, Net i Nika” (,,(...) oraz Pułapka Nieśmiertelności”). Później tylko kąpiel i spać, bo następnego dnia trzeba się uczyć o warstwach lasu na przyrodzie (bardzo ważne) i znaków drogowych na technice (IRDowiec uznałby za ważne, ale logistyka temat średnio interesuje). Gdzieś wśród tych klimatów toczyło się życie autora niniejszej recenzji w okresie czasowym, którego dotyczy najnowsza książka duetu Mateusz Witkowski / Bartek Przybyszewski - “Podcastex 2. Polskie milenium. Co zapamiętaliśmy z lat 2005-2010”.
Wizja podróży w czasie od zawsze pobudza wyobraźnię. Stanowi też kanwę niezliczonych powieści oraz filmów science fiction. Nic w tym dziwnego, gdyż taka możliwość niewątpliwie byłaby przełomem w historii ludzkości. Wielu twierdzi, że wreszcie dałoby się naprawić błędy przeszłości i stworzyć w ten sposób nowy świat, wolny od makabrycznych zdarzeń, dzięki którym wygląda tak, a nie inaczej. Inni jednak wskazują, iż nie byłoby to błogosławieństwo, ale przekleństwo wiszące nad ziemskim uniwersum. Dowodzą, że wszelkie, nawet najmniejsze zmiany przeszłości korygowałyby przyszłość w nieznanym kierunku, tworząc niepowstrzymany proces, nad którym nie byłoby żadnej kontroli. Tak na padole mogłaby pojawić się rzeczywistość jeszcze gorsza od tej, którą znamy z autopsji. Myślę, iż tego rodzaju ostrzeżenia nie odniosłyby skutku - jak znam ludzkość, ta radośnie zapakowałaby się do wehikułów czasu i ruszyła na podbój zamierzchłych czasów, nie bacząc na ewentualne opłakane skutki takiego postępowania. W końcu rady, aby nie uwalniać z niewoli atomu, również nie powstrzymały rozwoju broni nuklearnej.
Dla teorii dopuszczających możliwość podróży w czasie największe zasługi położył Albert Einstein. Już w 1905 roku wykazał, że przestrzeń i czas nie są niezależne, lecz ściśle ze sobą powiązane. Dziesięć lat później dowiódł, iż dla obiektu poruszającego się z prędkością zbliżoną do pędu światła czas biegnie wolniej. Im ona większa, tym spowolnienie tego ostatniego sięga dalej. Tym samym, ktoś, kto znalazłby się w obiekcie poddanym takiej szybkości i powróciłby na naszą poczciwą ziemię, zastałby ją w stanie przyszłości, gdyż na niej czas biegłby według standardowych reguł. Naukowiec udowodnił więc, iż takie podróże są przynajmniej teoretycznie możliwe, oczywiście pod warunkiem opracowania odpowiednio mocnego napędu. Z wyprawami w przeszłość sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Większość uczonych twierdzi, że są one wykluczone. Być może na szczęście mają rację, gdyż sposób wykorzystania przez naszą cywilizację wielkich wynalazków raczej nie napawa optymizmem...
Nęcąca mrokiem okładka nie zwiastuje tego, jak będziesz czuć się po lekturze “Nocy pachnącej samotnością” - wstrząśnięty, zmrożony i wzruszony tym rzadkim odcieniem konfundującego przerażenia, jakiego próżno szukać w większości powieści. Najnowsza książka Izy Maciejewskiej określana jest mianem dark romansu. Ja zaś wskazałabym, że to plastyczny oraz zatrważający dramat obyczajowy, obrazujący jak tak naprawdę wygląda życie z osobą uzależnioną. Fragment opisu zapowiada, że ta propozycja literacka przeczołga czytelnika i trwale zapisze się w jego pamięci. Nauczona wieloletnim doświadczeniem oraz niezliczoną liczbą zwichrowanych przygód; nie poznawszy wcześniej pióra Autorki - sądziłam, że może się to okazać jedynie zacnie namalowaną słowami zachętą, przyciągającą miłośników nietuzinkowych lektur. O tym, jak bardzo się pomyliłam, miałam okazję przekonać się już po pochłonięciu kilka pierwszych stron. Te ostatnie przerzucałam w kompletnym milczeniu, ze skórą pokrytą ciarkami i szklącymi się, szeroko otwartymi oczami... Niczego nie kocham bardziej niż nurzania się w na wskroś tragicznych narracjach, pozostawiających moją diabelską duszę jeszcze czarniejszą niż wcześniej. Choć nie wypuściłam “Nocy...” z zimniejących dłoni przed poznaniem zakończenia i podejrzewałam, że cała narracja jest pozbawiona nadziei, nie mogłam się spodziewać aż takiego bezmiaru smutku, wylewającego się na mnie z kolejnych kartek. Jako kochanka wyklętej poezji, kalania fraz radosnych ciemnością i pozbawiania oddechów bohaterów poznawanych tekstów, muszę to przyznać - wciąż pozostając odpowiednio szaloną na umyśle: jakże to było fatalistycznie piękne... Stalówka ostrego jak brzytwa pióra Maciejewskiej ma wydźwięk wręcz dramatyczny. Warto dać się nią zranić i zapisać trwożące słowa na skórze... bo tak, one zostaną z czytelnikiem na dłużej, zupełnie jak nocna samotność.
Czasem czujesz, że stoisz na rozdrożu życia. Doprowadziłeś je do pewnego etapu, ale wszystko jest nie tak, jak oczekiwałeś. Gdzieś po drodze zgubiłeś swoje ja - ciągle w biegu dostosowując się do oczekiwań innych. Spełniałeś je, zapominając zadbać o siebie. O uczucia, ciało, realizację marzeń i to, co najważniejsze – samorealizację. W pewnym momencie przychodzi chwila, kiedy musisz się zatrzymać, zadumać nad przebytą drogą i spróbować przewartościować egzystencję. Zastanowić się, co jest istotne i czy stając się drobnym elementem życiowej układanki, możesz być szczęśliwym i spełnionym. A pamiętaj, że niezadowolenie z własnego losu odciska się pieczęcią także na każdym, kto Cię otacza... Wynikająca z niego frustracja i nerwowość nieuchronnie rodzą rozdrażnienie i zgorzknienie. Te zaś rujnują stosunki międzyludzkie. Tworzy się zamknięty krąg, z którego trudno się wydobyć bez szwanku.
Specjaliści z dziedziny psychologii twierdzą, że w takiej sytuacji jest tylko jedno wyjście – zdobycie się na radykalną zmianę. Aby ją osiągnąć, niezbędne jest uczynienie rachunku sumienia i podjęcie działań, które spowodują, że dostrzeże się, jak ważne jest własne samopoczucie i satysfakcja z tego, co się robi. Istotą tego procesu jest odkrycie siebie na nowo, odrzucenie przebytych traum, egzystowania w wiecznym pędzie i poświęcania się dla innych. Uzmysłowienie sobie, że niezwracanie uwagi na własne potrzeby jest drogą donikąd i wiedzie prosto w przepaść rozczarowania, zmęczenia, przygnębienia oraz braku wiary we własne siły. Tak istotna ewolucja nigdy nie przychodzi łatwo i szybko. To mozolna ścieżka, pełna ciężkiej pracy nad sobą. Uzyskanie zmiany własnej osobowości zawsze jest żmudnym doświadczeniem, pełnym zaskakujących pułapek i niebezpiecznych mielizn. Nie da się uniknąć sięgania w przeszłość, analizowania podjętych decyzji i postaw wobec życiowych wyborów. Jednak możliwy do osiągnięcia finalny rezultat jest wart takiego wysiłku. Jak przez niego przebrnąć stosunkowo najmniejszym kosztem? Sprawdź, co radzi Autorka “You can 2”!
Nikt prezentując wielopłaszczyznową, nęcącą i skłaniającą do refleksji kawalkadę odcieni szarości, znajdujących się pomiędzy bielą oraz czernią i prowadzących do nieuchronnych tragedii, nie wciela się tak rzeczywiście w kreowane przez siebie sylwetki psychopatów co Max Czornyj. Nie bez powodu z ogromną dumą noszę tytuł jego naczelnej psychofanki, który mogłabym przywdziewać jak koronę. Prawdziwie naznaczający przeszłość zbrodniarze wojenni, fikcyjni mordercy, stający w szranki z niebanalnie namalowanymi słowami funkcjonariuszami policji, nieoczywiste trybiki machiny sądowniczej i najbardziej zawiłe zagadki kryminalne... Uważnie zwichrowany fan zada pytanie: czego brakuje w tej plejadzie mrocznych osobliwości, by Autor niezmiennie dzierżył miano króla polskiej literatury spod ciemnej gwiazdy. Nie będzie jednak zmuszony udzielić na nie odpowiedzi, jako że - wykonując kolejny, pełen klasy ukłon w jego stronę, Pisarz przybywa z nią sam. Otwierająca pole do rozmyślań, uosobiona czerń tym razem prowadzi pod rękę bohaterkę, której złożony charakter nie pozwala na zero-jedynkowe ocenienie charakteru poczynań. W “Uwierz jej” Czornyj ponownie próbuje plastycznie udowodnić tezę głoszącą, iż nikt do końca nie rodzi się godnym potomka Lucyfera psychopatą - a czynią go nim dopiero kolejne doświadczenia, wydarzenia i powodujące zamarcie w niemym przerażeniu okoliczności podarowane przez niełaskawy los. Nawet pozornie niewyjaśnialne zło każdorazowo ma gdzieś swój zaczątek; umocowanie w rzeczywistości, swoisty punkt sprzężenia zwrotnego, makiaweliczną genezę. Uchylając ronda kapelusza, thrillerowy Arbiter Elegantiarum dualistycznej sceny polskojęzycznej literatury, szafuje emocjami czytelnika, szachuje i mrozi. Przede wszystkim jednak obrazuje umowność oceny działań postronnych, którzy zawsze w pewnym stopniu pozostaną niezapisaną tablicą. Maybe that’s better?
Podobno każdy kryje w sobie zwierzę. Na ogół lepiej, żeby się nie ujawniało. Niektórzy twierdzą jednak, że wszyscy posiadają odpowiedniki w przebogatym zbiorze ziemskiej fauny. Takie, które oddają ich naturę i zbiór cech charakterystycznych usposobieniu. Indianie wierzyli, że posiadali przodków będących zwierzętami, z jakimi byli w stanie nawiązać duchową więź. Wyrazem tego było noszenie totemów – animalistycznych symboli mających ułatwiać obranie właściwej drogi życia. Wiele osób jest przekonanych o istnieniu tak zwanych zwierząt mocy. Ich istota wywodzi się z szamanizmu i sprowadza do utrzymywania, że każdy człowiek posiada wewnętrzną moc, talenty i możliwości, które jest w stanie wyzwolić duchowy przewodnik, będący ich uosobieniem. Stanowi on odbicie charakterystycznych dla danej persony cech umysłowych, emocjonalnych i fizycznych. Do najbardziej popularnych należą: niedźwiedź, orzeł, koń, wilk, lis oraz ryś. Ten pierwszy symbolizuje siłę, hart ducha i poczucie pewności siebie. Drugi – potęgę, wolność i odpowiedzialność. Trzeci - dynamiczną moc, szybkość i mądrość. Czwarty – dzikość, lojalność i familiarność. Piąty – inteligencję, zręczność i przebiegłość. Ostatni - bystrość, twórczą moc i kreatywność. Nie można zapomnieć o kocie, który reprezentuje tajemniczość, niezależność, wrażliwość oraz magię. Moim zdaniem posiada jednak także ukryte cechy, o których wie każdy “kociarz”. Najczęściej przybierają one postać niezdrowej skłonności do trwałego pozostawania w pozycji horyzontalnej, terroryzowania żądaniami natychmiastowego nakarmienia, kształtowania pazurami foteli, kanap i innych elementów domowego wyposażenia oraz unikalnej zdolności do reagowania tylko na wybrane przez siebie zjawiska i bodźce, do których z całą pewnością nie należy głos właściciela, choćby przybrał najbardziej błagalne formy. Muszę przyznać, że jeśli miałabym wybrać „swoje” zwierzę mocy, z całą pewnością byłby to właśnie swojski „mruczek”, który jest dla mnie wzorem postępowania i stosunku do otaczającego świata. A Ty na co byś się zdecydował?
.png)
.png)
.png)
.png)