Znajdując się w stanie upojenia alkoholowego, spowodowanym dość hucznym jak
na introwertyczkę obchodzeniem dwudziestych siódmych urodzin, można zrobić wiele
mniej lub bardziej szalonych rzeczy, które – kiedy już rozwieje się poranna,
procentowa mgła – przyprawią o szybsze bicie serca, rumieniec wstydu albo…
kompletną panikę. Niektóre z nich da się odwrócić; inne – wręcz przeciwnie. Pierwsze
są standardowe. SMS do byłego, który jeszcze kilka godzin temu wydawał się doskonałym
pomysłem. Wiadomość do niedoszłego, mogąca przynieść dalekosiężne skutki. Ale przecież,
hipotetycznie, jej adresatem mógł być ktoś inny, prawda? Chociażby Damon
Salvatore albo Jon Snow, w ewentualności Pan Darcy. Do drugich „pijackich”
wyczynów z pewnością zalicza się kupno gigantycznego, szkolnego autobusu,
mającego stać się w przyszłości nowoczesnym domem na kółkach, gwarantującym
niczym nieograniczoną niezależność oraz całkowitą wolność. O. Mój. Boże.
Czyżbyś właśnie wydała znaczną część swojego spadku po tacie na spontaniczne
(Ty – spontaniczne?!) nabycie potwora na kółkach? Gosh. Nigdy, nigdy więcej soku
z gumijagód w tak nierozważnej ilości. W dodatku wielosiedzeniowiec jest w
stanie niewskazującym na spożycie trunków dla dorosłych, a zdecydowanie nadającym
się do remontu. Cóż… w tym może pomóc Ci Twój przystojny, postawny, uczynny,
życzliwy i na wskroś dobry PRZYJACIEL o apetycznej budowie ciała. Przecież bliscy
koledzy wyświadczają sobie przysługi, prawda? Wystarczy, że – zgodnie ze złożoną
sobie obietnicą – nigdy się w nim nie zakochasz, trwając w przeświadczeniu o
tym, iż musisz pokutować za dawne grzechy, tkwiąc w pieczołowicie składanej
bańce nieszczęścia. To proste. Najzupełniej, nawet jeśli tyłek Mattheusa jest
najzgrabniejszy na świecie. Czy Ty naprawdę to pomyślałaś?! Trzeźwiej, mózgu!
Szybciej, zanim… zrobisz coś jeszcze bardziej szalonego, o ile w ogóle jest to
możliwe.
Postawiłem miłości do Ciebie przepiękny petersburski pałac; pomnik trwalszy niż ze spiżu. Jego neogotyckiej oprawy dopełniły niepowtarzalna zastawa z najszczerszego srebra oraz яйца Фаберже, Jaja Fabergé, małe dzieła sztuki, wykonane przez mistrza złotnictwa. Choć wszystko to blednie przy Twoim pięknie, zasługujesz tylko na to, co najwspanialsze. Spójrz, Barbaro, rozejrzyj się dobrze – złoto, srebro, kamienie szlachetne i słoniowe kości… niech zdobią ten pałac, z Tobą na czele, perłą w koronie. Niechże nigdy więcej nie będzie pusty; w tle Taniejew już cicho nam gra. Jeżeli tylko zechcesz, gwiazdę z nieba również Ci dam – tylko bądź. Może kiedyś, w przyszłości, Konstantin Simonow o naszym uczuciu najwznioślejszy stworzy wiersz. „Жди меня, и я вернусь, / Не желай добра / Всем, кто знает наизусть, / Что забыть пора.” (Czekaj mnie, ja wrócę, / I nie pytaj gwiazd, / I nie słuchaj trzeźwych słów, / Że zapomnieć czas.) Tylko… tylko bądź.
„Małżeństwo Kelchów odcisnęło swoje romantyczne piętno na dziejach carskiego imperium. Aleksander Kelch kochał Barbarę de domo Bazanow do szaleństwa i temu zauroczeniu świat zawdzięczał najwspanialszą srebrną zastawę w dziejach.”
„Czasem chodzi o kwadrans. Przeszłość ma znaczenie.”
Często piszę, że życie jest sztuką – a ta składa się przecież z wielu różnych dzieł. Napawających grozą (pozdrawiam wszystkie moje mroczne duszki!), wprawiających w zachwyt lub zdumienie, konsternujących, wzruszających czy uśmiechających i podnoszących na duchu. Świat tworzą właśnie te mniej albo bardziej wzniosłe skrawki obrazów, dźwięków i liter, które – złożone przez artystę w jedną całość – nadają im niepowtarzalnego charakteru. Każdy z przykładów takich kunsztownych rarytasów można jednak skopiować czy… skraść. Między innymi o tym traktuje najnowsza powieść Małgorzaty Rogali, będąca idealnym dowodem na to, że połączenie gatunków literackich, choć jest mieszanką iście wybuchową, często gwarantuje doskonałą rozrywkę na najwyższym poziomie; grę szeregu intelektualnych łamigłówek, których rozwiązanie okaże się nader satysfakcjonujące. „Kopia doskonała”, przywodząca mi na myśl „White Collar”, jeden z moich ulubionych seriali, to crossover ciepłej historii obyczajowej z kryminałem oraz komedią – a wszystko to w idealnie wyważonych proporcjach… niczym u najlepszego fałszerza sztuki.
Istnieję od zarania dziejów. Pojawiłem się w chwili, w której ludzie poznali smak władzy, bogactwa, nienawiści oraz zazdrości. Torowałem drogę do upadku nieutulonym w żalu żonom i dzieciom. Umożliwiałem ominięcie kolejki do dziedziczenia władzy i tytułu królewskiego. Wymierzałem karę zdradzieckim współmałżonkom, nieuczciwym kontrahentom i fałszywym przyjaciołom. Na ogół ginę w pomroce dziejów, gdyż ci, którzy mnie używali, nie uznali za stosowane przyznać, że korzystali z moich szerokich i unikalnych umiejętności. Ja, cień historii, dostrzegalny tylko przez tych, którzy albo dysponują odpowiednią intuicją i sokolim wzrokiem, albo są na tyle cierpliwi, aby w zwojach opisujących dzieje człowiecze zauważyć moją oniryczną postać skrywającą się za mrowiskiem ludzkich czynów. Jestem prawie nieuchwytny, choć zawsze znaczę swoją drogę trupami tych, którzy mieli nieszczęście się ze mną zetknąć... Wielu nie chce zaakceptować mojego istnienia, tkwiąc w przekonaniu, że ludzie są z natury dobrzy i zdolni tylko do dobrych i szlachetnych czynów... Cóż, złudzenia są często silniejsze niż otaczająca rzeczywistość. Kim jestem? Jestem przeznaczeniem, którego bardzo trudno uniknąć. Tym, którego imię wywołuje chłód w sercu. Jestem… trucicielem!
Czym różni się thriller od kryminału? Otóż… odpowiedź na to pytanie nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Co gorsza, w obu gatunkach występują elementy suspensu! Jako miłośniczka mroku i mocnych wrażeń, mająca za sobą poznanie tysięcy przedstawicieli obu gatunków, przybywam z postem, który raz na zawsze rozwieje wątpliwości. Co ciekawe, zauważyłam, że nawet wydawnictwa czy księgarnie określają czasem książki… niepoprawnie. Choć kontrast pomiędzy thrillerem a kryminałem jest subtelny – każda osoba zakochana w ciemności powinna go dostrzegać. Gotowi na dawkę przystępnie podanej wiedzy? Choć w tym momencie mój Mąż stwierdziłby, że na mnie nigdy nie jest się przygotowanym… zacznijmy! 😉
Na początku zaznaczę – kryminał i thriller to dwa zupełnie różne gatunki literatury, ale mogą się wzajemnie przenikać, tworząc iście wybuchową mieszankę. Tego rodzaju połączenie nazywam crossoverem, krzyżówką thrillera i kryminału.
Zapraszam do obejrzenia trailera książkowego, który przygotowałam dla opisywanego poniżej „Dziennika amerykańskiego egzorcysty”, stworzonego przez księdza Stephena Rossetti, od wielu lat zajmującego się wypędzaniem demonów. Znajdziesz go tutaj: (KLIK). Zanim jednak przedstawię Ci swoją opinię na temat tej wyjątkowej propozycji czytelniczej, chciałabym zaznaczyć, że mój zwiastun utrzymany jest w innej – o wiele mroczniejszej❗ – konwencji niż ona sama. Kiedy bowiem widzę słowo „egzorcyzmy”, od razu przychodzą mi na myśl popularne, budzące grozę (przynajmniej u niektórych) filmy oraz powieści. Tymczasem swój „Dziennik…” ksiądz wykreował… zwracając się przede wszystkim do czytelników wierzących w Boga. Nic w tym zresztą dziwnego; skoro istnieje Szatan, musi występować także jego przeciwwaga - zdaniem katolickiego Duchownego, nawet i silniejsza od Króla zła…, która, jeżeli tylko odpowiednio mocno jej zaufasz, pomoże Ci pozostać po tej dobrej, świetlistej stronie. Jeśli zaś opęta Cię byt spod ciemnej gwiazdy, z którym nie będziesz mógł sobie poradzić – no cóż, tutaj właśnie zaczyna się misja egzorcysty
➡ Jeżeli fascynuje Cię temat egzorcyzmów, przedstawiony
w sposób stawiający na ciele wszystkie włoski – NIE jest to propozycja dla
Ciebie. Próżno szukać w stworzonym przez Księdza „Dzienniku…” scen mrożących
krew w żyłach i wykrzywiających twarz w grymasie przerażenia. (Skoro kłujących igiełek strachu zabrakło w
samej książce, postanowiłam zagwarantować Ci je trailerem – nie martw się,
wiem, jak za nimi przepadasz i życzę Ci bardzo kolorowych snów! 😉) Jeśli jednak chcesz dowiedzieć się więcej o
życiu egzorcysty, a także o przypadkach, z którymi w roli wyspecjalizowanego
duchownego walczył ksiądz Rossetti, „Dziennik…” zdecydowanie Ci się spodoba. Co
więcej, książkę POLECAM JEDYNIE wierzącym i praktykującym katolikom. Dlaczego?
Sprawdźmy. Możesz nawet zostawić światło zgaszone… chyba, że planujesz później
wrócić do samej rolki –z dźwiękiem! – wtedy to już inna kwestia. 😉
„Musi zapamiętać jak najwięcej szczegółów, przećwiczyć je w środku nocy, a potem sprawdzić gdzieś, gdzie nikt nie będzie go podglądał. A gdy będzie gotowy… Tak, w ten sposób osiągnie doskonałość.”
Niezmiennie dziwi mnie fakt, że na polskim rynku książki wciąż tak często można zaobserwować niepoprawną klasyfikację powieści. Kryminały mianowane są thrillerami i odwrotnie – choć, wbrew pozorom, gatunki te są odmienne i determinują je zupełnie różne czynniki. W związku z tym, już teraz chciałabym zapowiedzieć, że w niedzielę stworzę obiecany niedawno post, który raz na zawsze rozwieje wątpliwości i podpowie, kiedy możesz nazwać opowieść thrillerem, a kiedy kryminałem; pojawi się w niedzielne przedpołudnie na Instagramie! 🔥
Najnowsza historia stworzona przez Ludwika Lunara, mająca absolutnie zjawiskową i przyciągającą wzrok okładkę, co zresztą u mojego ulubionego wydawnictwa Filia Mroczna Strona bynajmniej nie dziwi, jest – dla kontrastu – poprawnie mianowanym, pełnoprawnym i pełnokrwistym kryminałem. „Tańcząc na prochach zmarłych” to przedstawiciel tego gatunku w absolutnie każdym znaczeniu. Można by stwierdzić, że z krwi i kości… choć może raczej ze sproszkowanego szkieletu. Licząca sobie ponad sześćset stron opowieść była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Autora. Czy udanym?
Najpierw zdradzę, dlaczego – moim skromnym zdaniem – jest to absolutnie standardowy polski kryminał. Podkreślam, iż nasz narodowy, bo elementów tych próżno szukać w większości bardzo dobrych kryminalnych powieści zagranicznych. Dodałabym, że na szczęście – choć jest to ocena subiektywna; wszak w czytelniczej pasji najpiękniejsze jest to, że każda osoba wytwór wyobraźni autorów odbiera inaczej; do czego też i w tym przypadku w pełni (mam nadzieję, iż również zgranymi z okładką zdjęciami) Cię zachęcam – sprawdź. 😉
„Kiedy już go nie będzie, będzie mi żal jednej rzeczy: że nie wszyscy go poznali. Jeżeli już go nie będzie, poszukam na ulicy Castagani jego cienia, tak jak on to robił. Jeżeli już go nie będzie, nauczę się na pamięć tytułów wszystkiego jego książek. Gdy już go nie będzie, obejmę każdą osobę, kimkolwiek by była, tak jak on to robił. Kiedy już go nie będzie, zatańczę z jego dinozaurami. I tam, w erze mezozoicznej, pomiędzy diplodokiem i T-Rexem, on będzie na mnie zawsze czekał. Mój brat, który ściga dinozaury.” 💔
Kiedy czytałam książkę „Mój brat ściga dinozaury”, moje oczy nie przeskakiwały po zwyczajnym tekście jednej z opowieści, jakich wiele – one chłonęły emocje. Poruszały się po literach, składających się na niesamowicie ciepłą, wzruszającą i wyjątkową historię, będącą jedną z najbardziej wartościowych lektur, z jakimi zetknęłam się w ostatnim czasie. Wyjątkowa narracja, prowadzona początkowo przez pięciolatka, a później coraz starszego, dojrzewającego chłopca, otula czytelnika niepowtarzalną warstwą uczuciową. Smuci, uśmiecha, zaskakuje, budzi podziw i… niekiedy udowadnia, że my, dorośli, moglibyśmy się od dzieci wiele nauczyć – lub przypomnieć sobie mnóstwo rzeczy, które gdzieś tam, z biegiem czasu, pokryły się kurzem, nieużywane od bardzo dawna. Patrzeć z ufnością, dostrzegać cenne drobiazgi, oczekiwać mniej – albo chociaż nie tylko najgorszego. Odkrywać nowe, czynić niezaplanowane oraz być kochać tak po prostu. Propozycja włoskiego autora Giacomo Mazziarola jest, najprościej i najprawdziwiej rzecz ujmując, po prostu piękna. Nostalgiczna i wzruszająca dla starszych czytelników, aktualna dla nastolatków i pouczająca oraz zajmująca dla dzieci w wieku powyżej dziesięciu lat. Chodź, opowiem Ci napisaną przez życie bajkę o kilkuletnim chłopcu, który pewnego dnia dowiedział się, że jego młodszy braciszek będzie ścigał dinozaury; o bezwarunkowej miłości i o tym, że nie każdy superbohater nosi pelerynę.
„Skoro wszystko o Jakobsleiter jest kłamstwem, to co jest prawdą z tego, czego nauczono mnie o mieście?”
Jakobsleiter oznacza dosłownie „drabinę Jakuba” – tę, którą według Biblii Jakub oglądał we śnie, spoglądając na przemieszczające się po niej anioły oraz stojącego na jej szczycie Boga. Jakobsleiter to także nazwa maleńkiej, zamkniętej osady, znajdującej się u stóp sięgających nieba gór, położonych dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Jeśli w niej żyjesz, jeżeli chcesz do niej należeć, musisz przestrzegać szeregu zasad. Nigdy nie ufaj tym z miasta, nawet gdy udasz się do nich po konieczne sprawunki. Nie wolno Ci bratać się z obcymi, bo to w nich tkwi największe zło. Tragedie, przestępstwa i zaginięcia – to oni są za nie odpowiedzialni! Przecież nie Wy, nie bez powodu odseparowani od świata, mieszkańcy wspólnoty wybrańców. Nie rozmawiaj z nimi. A jeśli jest to niezbędne – nie mów im prawdy. Kłam, nie zdradzając nic o sobie. Tylko ściśle strzeżony, jakubowy świat jest w stanie Cię uchronić. Spójrz tylko, co spotkało matkę Jesse’go, która pewnego dnia postanowiła wyprawić się do mieścinki Almenen i do tej pory nie wróciła do siebie, wegetując bez świadomości! Zobacz tylko, co jej uczynili! Z nami będziesz bezpieczny. I pamiętaj, po pierwsze i najważniejsze: bądź cicho! Jeżeli nauczysz skradać się niczym mordujący pod odsłoną nocy kozy wilk, pozostaniesz niezauważony, a niewidoczny może wszystko. Zapewne już udało Ci się to pojąć – wszakże budzący postrach wieśniaków lupus jest Twoim przyjacielem; nieważne – przecież o tym nie wie nikt. Cóż, prawie nikt…

.jpeg)


.png.PNG)