Ufasz, bo jeszcze nie poznałeś prawdziwego zła. Guma Donald, ortalionowe dresy, oranżada w butelce, popołudnia spędzane z kolegami na podwórkowym trzepaku albo oglądaniu kreskówek z kaset VHS - oczywiście po odrobieniu zadań domowych. Oto Twoja codzienność, nieskażona jeszcze zagrożeniami, które czyhają... bliżej niż ktokolwiek mógłby pomyśleć; w środowisku, w którym żyjesz. Szare, bliźniaczo wyglądające blokowiska, w teorii powinny być bezpieczne. Większość zna się z widzenia, odbiera za sąsiada korespondencję czy pożyczy szklankę cukru, kiedy okaże się, że nagle go zabrakło - toteż z obowiązkowego do kawy ciasta niewiele by wyszło. Przytrzymuje drzwi, kiedy widzi, że pani z piątego piętra spieszy z zakupami, uginając się pod ciężarem niesionych siatek - może nawet pomoże we wniesieniu ich na górę. W każdym miejscu jest jednak przynajmniej jeden drapieżnik; ktoś, kto tylko czeka na dogodny moment, aby zaatakować najbardziej bezbronną, znacznie słabszą od siebie istotę - w tym przypadku kilkuletnie dziecko.
Tego dnia w kurniku było wyjątkowo spokojnie. Majestatycznie puszyste stworzenia o upierzeniu we wszystkich barwach tęczy wysiadywały jajka, jedynie od czasu do czasu przerzucając się najświeższymi ptasimi plotkami, podczas gdy teren patrolował z dumną miną jedyny obecny w stadzie kogut, który swą “rodzynkowością” pysznił się niczym paw. Tu i ówdzie latały pióra, ziarna i kłęby siana - można rzec, że był to najzwyklejszy poniedziałek w ptaszęcym świecie. Nagle z najdalszego i najciemniejszego rogu kurnika wyskoczyła rdzawa, oszalała z przerażenia nioska, gdacząca co najmniej tak głośno, jak gdyby gonił ją głodny lis. Uspokoiwszy się nieco, stanęła na środku pomieszczenia i... mieszkańcy pierzastej zagrody zamarli. Wszystko wskazywało na to, że oto objawiła się samozwańcza królowa na rachitycznych nóżkach; kura, która narobiła takiego rabanu miała bowiem na głowie... szczerozłotą koronę. Najbardziej zdębiał oczywiście kogut, dostrzegając nareszcie szansę na podkreślenie swej wyjątkowości odpowiednim związkiem. Otrząsnąwszy się z szoku, doskoczył do niej w kilku susach i wypiął pierś jeszcze bardziej do przodu (choć nie sądzono, że jest to możliwe). Wtem jednak hałaśliwie otworzyły się drzwi do kurnika...
Żartuję - to nie ta historia, ale jako utytułowana przez Was kurza mama, nie mogłam się powstrzymać przed takim intro. Sorry not sorry! 😂 Przejdźmy jednak do właściwej opowieści; tej dla trzeciej części cyklu “Jej królewska mość prowadzi śledztwo”, napisanej przez S.J. Bennett.
Aby piramida stała jak najdłużej i miała szansę przetrwać w pamięci
przyszłych pokoleń, musi posiadać solidne podstawy. Budowane latami, z należytą
starannością o skrupulatnie wzmacnianych fundamentach – fragment po fragmencie,
dopóki cała budowla nie zostanie ukończona, a finalny efekt nie zadowoli twórcy.
W taki sposób powstaje „Piramida strachu”… którą każdy człowiek konstruuje we
własnej głowie. To suma wszystkich obaw, spleciona w ciasnym, często śmiertelnym,
uścisku z kawalkadą wszelkich możliwych do wyobrażenia lęków. Kiedy bryła osiągnie
swój końcowy kształt, najczęściej nie będziesz już potrafił jednoznacznie
odpowiedzieć sobie na pytanie: czego tak naprawdę się boisz? Niczego i zarazem
wszystkiego? Nagłej i samotnej śmierci? Ciemności najczarniejszych nocy, ośmionogich
stworzeń, duszących niewielkimi rozmiarami przestrzeni, człowieka w masce
klauna? Wierz mi, to wszystko zblaknie; straci wszelkie kolory, jeżeli zostanie
zestawione z drobiazgowym, zdeterminowanym, psychopatycznym mordercą,
realizującym sobie tylko znany schemat zabójstw… okraszony w dodatku gronem skomplikowanych
zagadek matematycznych. Choć te ostatnie dla mnie i większości humanistów sugerowałyby
horror, trzecia część serii „The Naturals” Jennifer Lynn Barnes jest doskonałym
dowodem na to, że da się stworzyć oryginalny thriller młodzieżowy, którego nie
można odłożyć przed poznaniem zakończenia. „Piramida strachu” gwarantuje rozrywkę
intelektualną na najwyższym poziomie, a przy tym serwuje dynamiczną i
rozgrywającą się na wielu płaszczyznach historię, której próżno szukać w innych
książkach kryminalnych. Czy to jednak rozsądne... dać się porwać niepokojącym
emocjom? Cóż… normalność jest nudna. 😉
Czego tak właściwie szukamy w literaturze? Powodujących szybsze bicie serca wydarzeń, przenoszących w zupełnie inną rzeczywistość? Pewnej dozy nierealności i zobrazowania tego rodzaju marzeń, które nigdy nie zaistnieją w prawdziwym świecie? Budzącego grozę mroku, przyprawiającego o drżenie i strach, uczucia niepożądane jednak na co dzień? A może dawki determinizmu, wzruszeń i opowieści o tym, że przeznaczenie chadza najróżniejszymi ścieżkami – choć, pomimo tego, finalnie zawsze odnajdzie swą drogę do wybranych osób? Jeżeli tego ostatniego, wybór debiutanckiej książki Ewy Grzechnik może się okazać doskonałym wyborem na wczesnojesienny wieczór – a także każdy inny, w trakcie którego zapragniesz poznać historię pewnej burzliwej pierwszej miłości, mającej szansę stać się również tą ostatnią. „Pomiędzy biciem serca” to powieść obyczajowa nasączona dozą wielkich uczuć, wyjątkowych przyjaźni, poświęcenia, straty, radzenia sobie z traumą po odejściu bliskiej osoby… a wszystko to okolone pełnym niebezpieczeństwa tłem misji w Afganistanie.
„Opowiadałam im o wszystkich miejscach, do których chciałam pojechać, o przygodach, o których marzyłam i o osobie, którą chciałam się stać. Poczułam się, jakby gwiazdy były moimi cichymi powiernikami, strażnikami tajemnic.”
Często piszę o tym, że debiutanckie powieści mają pewną cechę
charakterystyczną – nigdy nie są całkowicie pozbawione wad, choć… kilka „pierwszych”
książek, które poznałam ostatnimi czasy, przeczy tej teorii, co jest
uśmiechającą tendencją. Jak względem nich wypada propozycja Ewy Grzechnik? Zanim
opowiem Ci o jej wręcz poetyckim języku, w którym zauważyłam parę niesnasek i
innych aspektach technicznych… historia o historii nietypowej znajomości,
jakiej próżno szukać na tym świecie. A może… czasami warto uwierzyć w rzeczywistość
rodem z baśni, bajek i bajań?
Wyobraź
sobie sześćdziesiąt trzy dni piekła: głodu, ostrzałów, bombardowań,
wszędobylskiej śmierci i straszliwych ran. Sześćdziesiąt trzy dni agonii miasta,
w którym biło serce walczącej Polski, a które miało na rozkaz Hitlera zostać
starte z powierzchni ziemi. I tak się stało, przy praktycznie całkowitej
bierności nie tylko Armii Czerwonej, ale także, co szczególnie bolesne,
zachodnich aliantów. Z zimną krwią pozwolono, aby Niemcy zniszczyli stolicę
kraju, dopuszczając się niewyobrażalnych okrucieństw, nie tylko wobec żołnierzy
Armii Krajowej, ale przede wszystkim bezbronnej ludności cywilnej. Rzeź Woli,
która, jak się szacuje, przyniosła co najmniej pięćdziesiąt tysięcy ofiar,
mordowanie rannych i sanitariuszek, strzelanie do dzieci - wszystko to stało
się udziałem ludzi, którzy znaleźli się w tym infernum i pozostało praktycznie
bez kary. Patrzyłeś na to wszystko z bezsilną wściekłością, przemierzając ulice
Warszawy ze swoim nieodłącznym towarzyszem – aparatem fotograficznym. Jesteś
żołnierzem Wojskowej Służby Ochrony Powstania, ale przede wszystkim fotografem
i… ojcem, który opiekuje się po śmierci żony samotnie trzyletnim synkiem.
Wszystko byłoby łatwiejsze, gdybyś nie był inwalidą, który od siedemnastego
roku życia musi wspierać się na lasce. To bardzo utrudnia szybkie poruszanie, ustawianie
się do zdjęć, a przede wszystkim uchylanie przed wszędzie świszczącymi kulami i
odłamkami. Najgorsi są „gołębiarze” - snajperzy, których Niemcy ukryli w
różnych punktach miasta. W każdej chwili możesz zginąć od ich kuli; strzelają
bez ostrzeżenia, z ukrycia, „zza węgła”. Poza obowiązkami służbowymi,
polegającymi na pracy wywiadowczej, Twoim największym zmartwieniem jest
zapewnienie swojemu dziecku opieki, pożywienia i przede wszystkim
bezpieczeństwa.
To dla “Skwiru” napisałam pierwszą w życiu rekomendację na skrzydełko. Myślę, że jej treść, którą przedstawiam Ci poniżej, doskonale charakteryzuje książkę Poli Gaudy.
🦅Dziecięca parasolka wirująca nad kałużą krwi. Kraty więzienia rozsuwające się po ćwierćwieczu - odsłaniające jeżącą się od kryminalnych zagadek historię o tym, ile waży strata. Przedstawiam Ci “Skwir”... ptasią pieśń morza, smutku i zbrodni – mroczny debiut, o którym nie zapomnisz. 🦅
Wyzwanie zamknięcia powieści w pigułce o tak skąpej objętości zrealizowane – wykonano, odmeldować... i można przejść do opowiedzenia historii o jednym z najlepszych kryminałów, które miałam mroczną przyjemność w tym roku poznać.
“Czy to tak działa, że im dłużej przyglądamy się sobie, tym straszniejsi stajemy się w swoich oczach?”
Uwielbiam wychodzić ze strefy czytelniczego komfortu, zbudowanej z mniej lub bardziej mrocznych powieści i sięgać po książki, które nie byłyby moim oczywistym wyborem. Na kończące się lato postawiłam przed sobą kilka wyzwań. Jedno z nich to poznanie historii o najbardziej pastelowej okładce, jaką znajdę. W tym konkursie zdecydowanie zwyciężyło „Wszystko, co skrywa Twoje serce” Martyny Nowak; opowieść, którą można by określić jednym słowem: urocza. Mnóstwo w niej scen chwytających za serce (jeśli się je ma), wzruszających, uśmiechających i… rozbrajających – z uwagi na fakt, że jednym z głównych bohaterów jest zadziorna i nader inteligentna jak na swój wiek czterolatka. Wbrew pozorom, nie przez cały czas jest jednak tak słodko, że aż mdli, a w oddali mogłyby majaczyć jednorożce, przemykające po tęczowej łące pełnej wonnych kwiatów. W propozycji Nowak są bowiem także momenty poważne oraz pełne smutku. Historia rodzącej się między postaciami trudnej miłości okraszona zostaje, oprócz wielu momentów humorystycznych, tematyką radzenia sobie z żałobą, wykluczenia w szkole czy samotnego wychowywania dziecka po stracie drugiej połówki. Ponownie jest więc „uroczo”… ale w otoczeniu odpowiedniej dawki gorzkości. „Wszystko…” jest świetnym wyborem na samotny wieczór u schyłku lata – ten w towarzystwie koca, kubka słodkiej herbaty i lukrecjowych cukierków, w trakcie którego życiowość poznawanej powieści tak samo często skłoni do refleksji, co spowoduje szczypanie oczu albo wymusi uśmiech na twarzy.
Kiedy masz 8 lat, oczekujesz od życia tylko jednego – szczęśliwego dzieciństwa. Odległy jeszcze świat dorosłych ma wobec Ciebie tylko jedno zadanie – zapewnić Ci miłość, spokój i bezpieczeństwo. Ludzie w zielonych mundurach, którzy budzą Twój naturalny respekt, kojarzą Ci się wyłącznie z defiladami w czasie świąt państwowych oraz przywiązaniem do ojczyzny w której żyjesz. Tak właśnie powinno być... Jednak, wszystko to przestaje istnieć o poranku 1 września 1939 roku. Twój dotychczasowy świat wali się w gruzy wraz ze świstem bomb, zapłakanymi oczami matki, drżącym szeptem ojca oraz tubalnym głosem oznajmiającym z głośnika aparatu radiowego: „A więc wojna. A więc wojna! Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory, weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami.”
Wszystko to budzi Twój niepokój, ale sądzisz, że atak Niemiec zostanie łatwo odparty. „Byłem przekonany, że Wojsko Polskie w mgnieniu oka wygra każdą wojnę. Czy nie mieliśmy najlepszej armii na świecie? (…) Czy polska kawaleria nie była niezrównana? (…) Znałem oficerów – wuja Karola, majora Kulczyńskiego... wiedziałem, że są najlepsi!”
Jestem konserwatystą, narodowcem i patriotą chętnie uczestniczącym w Marszach Niepodległości, nie bacząc na fakt, że jest to nader niepopularne. Czy należy zatem założyć, że Aleksander Majewski, powierzając mi zrecenzowanie swojej powieści, traktującej o zabójstwach osób homoseksualnych i neonazistowskich bojówkach, wykazał się wyjątkowo dużą dozą odwagi? Być może. Do każdej literackiej historii podchodzę jednak z całkowicie otwartą głową, odkładając na bok zarówno swoje preferencje jak i przekonania. Jeżeli książka jest dobra, zauroczę się nią nawet pomimo kompletnie sprzecznych z tymi literackimi poglądów. Dokładnie taka sytuacja ma miejsce w przypadku „Doktryny” – pełnokrwistego kryminału, którego mroczny powab szybko pochwycił mnie w swoje objęcia. Umiejętnie budowane napięcie, duszny klimat i niesztampowo prowadzone śledztwo wespół z wręcz poetycką warstwą językową oraz realistyczną kreacją głównych bohaterów przyzywają, nęcą i chwytają w swoje pozbawiające życia macki. Dodatkowa gratka w postaci pojawiającej się niekiedy narracji z perspektywy mordercy zachwyci każdego fana Jokera, widocznego na zdjęciu Negana z TWD czy wszelkich innych filmowo-serialowo-książkowych złoczyńców… których darzymy niewyjaśnialnymi uczuciami, choć przecież, czysto teoretycznie, powinno być inaczej. Wszak to nie dobro jest tak fascynujące.

.png.PNG)
.png.PNG)
.png.PNG)