• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Witajcie.

Niesamowicie brzmiący ryk setek, dziesiątek silników - a może tylko tego jedynego? Słońce odbijające się bajecznie w idealnie wypolerowanej karoserii, powiew wiatru we, widoki zmieniające się jak w kalejdoskopie i niesamowita dawka adrenaliny... Wszystko to wiąże się oczywiście z jazdą motocyklem, która dostarcza dawki doznań tak wielkiej, iż niewiele jest rzeczy godnych z nią konkurować. Włączając silnik nie należy jednak robić tego samego z myśleniem - odpowiednia odzież motocyklowa to podstawa bezpiecznej jazdy nawet i najpiękniejszym jednośladem. A do tego, no cóż - nie oszukujmy się - idealne dopełnienie wizerunku motocyklisty. Ba, nie myślcie jednak, iż pasja ta dotyczy tylko panów - nawet i ja sama znam wiele kobiet, które jazdę motocyklem uważają za najprzyjemniejsze z doświadczeń. A jak wiadomo, dla pań odzież nie tylko dopełnia całości, a i w dużej mierze ją tworzy. ;)

18:29:00 54 comments
Witajcie, Kochani.

Kilka postów temu przedstawiłam Wam kilka najlepszych moim zdaniem propozycji, jeśli chodzi o prezent na Dzień Kobiet. Jedną z nich były perfumy, których to moja kolekcja wciąż się powiększa. Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o dwóch flakonikach, które zasiliły kolekcję moją i Mojego Lubego. Perfumy Refan, które poznaliśmy to moim zdaniem nie tylko idealna opcja na zbliżający się Dzień Kobiet, ale i Dzień Mężczyzn (Drogie Panie, 10 marca ruszamy do boju! ;)). Wśród nich znaleźć można przeszło 250 zapachów lanych perfum wyprodukowanych z kompozycji zapachowej wysokiej jakości, toteż wybór nie jest prosty. Do wyboru mamy flakoniki o pojemności 12, 30, 50 oraz 100 ml a wśród nich odnajdziemy wonie przypominające znane i lubiane perfumy. W naszej kolekcji zagościł wariant damski 129 zrobiony na podobieństwo perfum mojej ulubionej marki Lancome La Nuit Tresor oraz wariant męski 221 Lacoste Hot Play. Czy jednak stosunkowo niska cena idzie w parze z dobrą jakością?


12:33:00 60 comments
Cześć, Kochani.

Wyobrażacie sobie dzień bez dostępu do Internetu? Albo spróbujcie znaleźć się w takiej sytuacji - w pośpiechu, nieco spóźnieni wybiegacie z domu, docieracie na umówioną wizytę do lekarza w mieście oddalonym o 40 km dalej już solidnie po czasie. Po wizycie okazuje się, że zapomnieliście zabrać ze sobą telefonu komórkowego a piętnaście minut temu mieliście odebrać dziecko ze szkoły, czy też stawić się na arcyważne spotkanie. W dodatku nawigacja w samochodzie właśnie wywiozła Was w sam środek lasu w ślepą uliczkę a koła samochodu malowniczo zagrzebały się w błocie. I tak oto w środku dzikiej głuszy zastanawiacie się, czy natężenie pechowych zdarzeń przypadające na jedną osobę nie przekroczyło czasem dopuszczalnej normy. Nerwowe głowienie się nad tym co robić przeplatają myśli o tym jak u diaska ludziom udawało się kiedyś żyć bez telefonów komórkowych? Właśnie. Sama niejednokrotnie się nad tym zastanawiam. 

Odkąd na dzień swojej Pierwszej Komunii Świętej dostałam swój pierwszy model wiele się zmieniło. Mój przeuroczy model niewielkiej Motoroli z antenką i w żadnej mierze niekolorowym wyświetlaczem dawno odszedł już w zapomnienie. Od tamtego czasu przez moje łapki przewinął się ogrom telefonów komórkowych różnych marek - lecz muszę przyznać bez bicia, jestem gadżeciarą, która co rusz uwielbia dopasowywać do swoich preferencji nowe modele. Wyszukiwanie nieznanych dotychczas marek? W to mi graj. I tak właśnie poznałam stronę Allview przedstawiającą markę Allview Mobile, która produkuje i sprzedaje urządzenia elektroniczne, a dotychczas była mi zupełnie nieznana! 

22:36:00 59 comments
Cześć, Kochane.

Dziś przybywam do Was z recenzją świeżutko wydanej nowości wydawnictwa Editio Red, dostarczającego nam coraz to gorętszych książkowych pozycji. Niedługa, bowiem licząca sobie niewiele ponad 230 stron zapisanych wygodną dla oka czcionką, powieść Lauren Blakely, autorki licznych romansów określanych dzielnie mianem bestsellerów tytuł nosi bez wątpienia wymowny. ;) Długo się zastanawiałam, czy wybrać dla siebie tę nowość na mroźne zimowe wieczory (a właściwie, zważywszy na prędkość mojego czytania dorównującą, powiem nieskromnie, pendolino na małym kacu na półtorej godziny jednego wieczoru), bowiem Pan Wyposażony - bo taki właśnie tytuł nosi powieść - usilnie przywodził mi na myśl przesiąknięte opisami erotycznymi stworzonymi zupełnie bez polotu czytadło dobre pomiędzy przewróceniem mielonego na drugą stronę, coby się nie przypalił, a nasączeniem wczorajszej sukienki w płynie do płukania tkanin imitującym zapach drogich perfum. Należę jednak do istot wrednych i wybrednych i czasem książki zupełnie niesłusznie oceniam już po samym tytule, czy (jeszcze gorsza!) okładce - na szczęście często zupełnie się myląc. Ciekawością zżerana do imentu, postanowiłam sprawdzić jak też to będzie tym razem. 

23:05:00 55 comments
Witajcie, Kochani. 

Już od kilku miesięcy metaliczne cienie, nasycone barwy o mocnej pigmentacji i rozświetlenie twarzy na najwyższy połysk króluje w makijażu na całym świecie. Nie mogę powiedzieć, iż uległam modzie - od zawsze cechowała mnie raczej niechęć do matów, w związku z którą wbrew wszystkim i wszystkiemu sięgałam po połyskujące kosmetyki do makijażu, nierzadko nawet te z dodatkiem brokatu. Obecne trendy zdecydowanie mnie cieszą - w końcu mogę wybierać spośród szerokiej gamy metalicznych cieni o milionach połyskujących drobinek i nie żałować sobie rozświetlacza ;)! Pomimo tego, iż karnawał już się kończy, z pewnością szybko z tego nie zrezygnuję - pewnie dopiero z nadejściem lata, kiedy to preferuję jednak lżejszy makijaż. Luki wciąż pojawiające się w moich kosmetyczkach zasiliły ostatnio skrzące się cudownie nowości marki My Secret, które odnaleźć można na półkach sieci Drogerii Natura. Wśród nich znalazł się duet do konturowania twarzy, rozświetlacz Glow Effect w odcieniu Moondust, dwie potrójne paletki cieni Natural Beauty (chilli chocolate oraz little star) i sześć pojedynczych cieni z kolekcji glam&shine. Choć imponujące odcienie i efekty starałam się uchwycić jak najlepiej - wierzcie mi, swatche nie są w stanie oddać do końca pięknego połysku ich wszystkich. 

09:12:00 59 comments
Cześć, Kochani.

Dziś już ostatni dzień stycznia (zupełnie nie mam pojęcia, kiedy zdążył on minąć...), w związku z czym przychodzę do Was z prezentacją i krótkimi recenzjami cudowności, które znalazły się w pierwszej tegorocznej edycji pudełka Shiny box. Mówiąc szczerze jestem pod dużym wrażeniem zawartości i mam nadzieję, że w kolejnych miesiącach będzie ona na tak samo dobrym poziomie. Po raz pierwszy zdarzyło mi się, abym była zadowolona z wszystkich rzeczy - i z przyjemnością używała każdej z nich (poza jednym niuansem, ale i ten znalazł swoje zastosowanie). Co tak urzekło mnie w styczniowym Shiny? 


15:16:00 65 comments
Cześć!

Markę Lirene znam i cenię sobie w pielęgnacji twarzy już od wielu lat. Co rusz nowe kosmetyki tejże firmy dołączają do mojego kosmetycznego grona - a znaczna część z nich zostaje ze mną na dłużej, wpisując się w grono moich ulubieńców. Wygodne i przejrzyste opakowania, przystępne dla przeciętnego kupującego ceny, coraz to bardziej innowacyjne formuły oraz mnogość składników aktywnych - wszystko to przemawia na korzyść. Ostatnio w moje zachłanne kosmetyczne łapki wpadł duet z serii C+D Vitamin Energy Pro - skoncentrowane stimuserum oraz żel myjąco-energetyzujący do twarzy. Czy jednak nowości spełniły moją, wysoko dość postawioną, poprzeczkę?


Kosmetyki Lirene z łatwością znaleźć można stacjonarnie - na przykład w sieci drogerii Hebe, czy też Rossmannie. W tym drugim cena za 30 ml serum wynosi 26,99 zł, zaś za opakowanie 200ml żelu przyjdzie nam zapłacić 15,49. Uważam, iż są to bardzo przystępne ceny, zważywszy na dobrą wydajność produktów - o tym jednak za chwilę bardziej szczegółowo. ;)


Lirene C+D Vitamin Energy Pro skoncentrowane stimuserum


Zacząć muszę przede wszystkim od pochwały ciekawej gry słów w nazwie -  bardzo bowiem spodobał mi się wyraz stimuserum, sugerujący połączenie serum i stymulacji w wyniku czego otrzymujemy oryginalnie brzmiącą nazwę stymulującego serum do twarzy. Szklana buteleczka z wygodną i działającą płynnie lekko pompką opatrzona przejrzystymi informacjami dobrze prezentuje się na łazienkowej półce. Cieszę się, iż jest przeźroczysta, bowiem zawsze jestem świadoma, ile produktu mi pozostało. Buteleczka nie jest ciężka, jednak warto uważać, by nie chwytać jej mokrymi dłońmi, z których łatwo może się wyślizgnąć. 


Choć nie jestem fanką zapachów świeżych i orzeźwiających jeśli chodzi o perfumy czy balsamy - lubię je w kosmetykach do twarzy - stosowane rano skutecznie mnie rozbudzają i pobudzają do działania, zaś używane pod wieczór dostarczają ostatniej dawki energii po ciężkim dniu. I tak właśnie owe serum pachnie - energetyzująco! Zapach kojarzy mi się z lekko kwaśnymi pomarańczowymi żelkami z domieszką cytryny. Jeśli na serum nie nałożę kremu, utrzymuje się na mojej skórze jeszcze przez około godzinę-dwie, jednak nie jest to woń ciężka i uciążliwa. Konsystencja przypomina  mi bardzo wodnisty, lekki żel - dzięki niej szybko się wchłania, nie dłużej niż w kilkanaście sekund. Trzeba jednak dość szybko wmasować je w twarz po aplikacji, aby nie spłynęło. Mały minus za fakt, iż wówczas gdy stosuję je solo mam uczucie, iż moja cera delikatnie się lepi. Nie mocno, ale jednak. Zdecydowanie bardziej lubię nałożyć po jego wchłonięciu lekki krem.


Co do efektów, muszę przyznać, że są imponujące - mam wrażenie że natychmiastowo po jego użyciu moja cera odzyskuje witalność. Wyraźnie wyczuwam lekkie napięcie skóry, ta zaś lekko i zdrowo połyskuje, jakbym dopiero co odbyła przyjemny spacer na świeżym powietrzu chłodną wiosną. A własnie, przez moment po nałożeniu na buzię, odczuwam na niej lekkie chłodzenie, co jest bardzo przyjemnym uczuciem. Serum aplikowałam najczęściej wieczorem pod krem na całą twarz, pod oczami oraz na szyję. Jeśli chodzi o moją wrażliwą okolicę oczu - chwała za to, iż serum jest dla nich delikatne, bowiem moje oczyska potrafią łzawić i szczypać nawet po nałożeniu w ich okolice nieodpowiedniego choćby jednym składnikiem podślepnego kremu. ;) Plus także za wydajność - już i trzy/cztery pompki wystarczą na aplikację we wszystkie pożądane okolice. Jego działanie oceniam pozytywnie, w skali punktowej przyznałabym mu 8 na 10 punktów - jedyne, co mi przeszkadza to ta nieco lepka warstwa, gdy pozostawię je samo bez kremu, której fanką nie jestem.


Lirene C+D Vitamin Energy Pro żel energetyzująco-myjący


Jak można zauważyć nawet i po zdjęciu, z żelem polubiłam się baaardzo! ;) Zostało mi go może na około cztery użycia, choć nic straconego - gdyż zapewne sięgnę po kolejną butelkę. Ale, ale, po kolei. Opakowanie jest leciutkie i otwierane bezproblemowo na górze po prawej stronie - lubię takie kliki, gdyż nie grożą moim szponkom niezależnie od ich aktualnej długości.  Niesamowicie pododają mi się peelingujące drobinki, których w żelu nie jest zbyt wiele aby codziennie nie ścierać niepotrzebnej warstwy naskórka, ale wystarczająco aby porządnie ją oczyścić. 


Zapach jest identyczny jak w przypadku serum. Wówczas, gdy najpierw używałam żelu a później serum piękna świeża woń utrzymywała się na mojej twarzy jeszcze dłużej niż wtedy, gdy używałam tylko jednego składnika duetu. Konsystencja typowa dla żelu, dobrze skoncentrowana, nie za gęsta ani nie za rzadka. Gdybym już musiała się mocno czepiać szczegółów - moim zdaniem trochę zbyt słabo się pieni. Nie umniejsza to jednak w niczym jego działaniu, po prostu przywykłam do nieco większego mydlanego efektu.


Jeśli chodzi o skuteczność - spisuje się świetnie. Po myciu mam wrażenie idealnie oczyszczonej twarzy - nie tylko z resztek makijażu, ale i z kurzu i innych zanieczyszczeń gromadzących się na buzi w ciągu dnia. Skóra jest lekko napięta, ale nie traci zdrowego blasku. Cieszę się, iż w żadnej mierze żel ten nie wysusza mojej stosunkowo delikatnej cery, gdyż niestety często mi się to zdarza. Punktów ode mnie 9 na 10, mały minus jedynie za kiepskie pienienie się (ale chyba się czepiam ;)).



W krótkim podsumowaniu powiem, iż z serii jestem bardzo zadowolona. Jestem ciekawa, czy w przypadku zastosowania kolejnych opakowań kosmetyki te (a w szczególności serum) będą mieć szansę wpłynąć pozytywnie na kilka złośliwych do imentu naczynek, które postanowiły zagościć na dole mojego prawego policzka. (Dla niewtajemniczonych - jeśli chodzi o czerwone paskudki na buzi, witamina C jest na nie najlepszym antidotum.) Biorąc pod uwagę pozytywne działanie kosmetyków niemalże od samego początku, mam ochotę się o tym przekonać.

Czy mieliście już przyjemność poznać markę Lirene (a może nawet i tą serię)? Jakie są Wasze ulubione kosmetyki tej firmy? A może macie innych ulubieńców, jeśli chodzi o pielęgnację twarzy?
xoxo
21:20:00 56 comments
Witajcie.
Dziś dla mnie dzień wyjątkowy, bowiem po raz pierwszy uda mi się stworzyć recenzję książki jeszcze przed jej premierą! Powieść Allan Stratton zatytułowana Powrót do domu ukaże się bowiem dopiero 31 stycznia. Owa pozycja przyszła do mnie wczoraj i także wczoraj skończyłam ją czytać... 



Otwierając pierwszą stronę nie spodziewałam się niczego szczególnego. Ot, powieść, zapewne nieskomplikowana historia jakich wiele z kilkoma ciekawymi momentami traktująca o wydumanych wielkich problemach nastoletniej dziewczyny, zawziętych rodzicach, którzy ,,bez powodu" dają szlaban, wrednych dziewczynach w szkole i temu podobnych motywach. Dawno jednak nie rozczarowałam się tak pozytywnie. Choć do wyboru tej książki skłoniło mnie jedynie okładkowe zdanie mówiące, iż powieść ta złamie moje serce a potem je uśmiechnie - wcale tak nie było. Ta powieść uśmiechała mnie na początku, potem bulwersowała, a na końcu pokruszyła moje serce na milion kawałków. Powrót do domu obudził we mnie wszystkie emocje, poczynając od zdumienia, po złość, irytację, nienawiść, współczucie, miłość, troskę... i choć od pewnego momentu wiedziałam jakie będzie zakończenie - płakałam. A na palcach jednej ręki zliczyć mogę książki, którym udało się to spowodować. Momentami były to łzy przez uśmiech, ale jednak. 


Okładka jest intrygująca - zdecydowanie zwróciłabym na nią uwagę, przeglądając książkowe pozycje. Przejrzysta, spójna a przy tym mająca w sobie ,,to coś". Trafia w mój gust.


Książka podzielona jest na rozdziały, każdy z nich zaś poza numerem otwiera symbol - muszę przyznać, że jest to pomysł, który cieszy oko. Przyjazna dla szybkości czytania czcionka, brak jakichkolwiek literówek. Biorąc pod uwagę tę historię docenić muszę także i naturalny język - ciepły i życzliwy wtedy kiedy tego trzeba, ostry i brutalny jeśli sytuacja tego wymaga, w każdej chwili odpowiednio nacechowany emocjonalnie i przede wszystkim ludzki. Idealny. Dialogi nie są sztucznie nadmuchane, a błędów się nie dopatrzyłam, nawet przy mojej chorobliwej anty-literówko-wszystko-błędo-hiper-wzroczności. 


Powrót do domu opowiada historię nastolatki imieniem Zoe Bird, której życiu bynajmniej nie jest łatwo - rodzice nie próbują jej zrozumieć i nigdy nie wierzą w to, co mówi, porównując ją ciągle do idealnej kuzynki, która (choć w rzeczywistości jest diabłem wcielonym) na każdym kroku udaje anioła. Madi, bo tak podłej

kreaturze na imię, prześladuje Zoe w szkole, naigrywając się z niej wraz ze sztabem swoich psiapsiółeczek niemalże na każdym kroku. Kłamie, rzuca oszczerstwa, w końcu podburza tłumek swoich wiernych fanów i w końcu nieomal doprowadza do śmierci dziewczyny. Nie to jednak najbardziej spędza Zoe sen z powiek, bowiem córeczka nowobogackich rodziców żadnym jest problemem w porównaniu z największym, jaki ją trapi. Ukochana Babcia dziewczyny coraz bardziej choruje ze starości. Alzheimer powoduje, iż nie tylko zapomina o czynnościach tak prozaicznych, jak mycie i sprzątanie, ale i mieszkając sama w ukochanej chatce zaczyna stanowić zagrożenie nie tylko dla siebie samej, ale i dla innych. Rodzice Zoe postanawiają umieścić ją w umieralni, zwanej przez otoczenie malowniczo domem spokojnej starości, na co dziewczyna w żadnym wypadku nie chce przystać. Wykrada więc ukochaną staruszkę i razem wyruszają do ogromnego Toronto na podróż pełną niebezpiecznych przygód, aby odnaleźć dawno zapomnianego syna staruszki. Czy jednak misja ta ma powodzenie, biorąc pod uwagę zagubioną nastolatkę i schorowaną staruszkę w zupełnie obcym mieście? Co się z nimi stanie i dlaczego właściwie wujek Zoe został odsunięty od rodziny?


Niesamowicie ciekawe zwroty akcji i zawirowania fabuły, skrajność uczuć, emocje, których nigdy nie spodziewalibyście się po sobie podczas zaledwie (i aż lektury) - to właśnie towarzyszyć Wam będzie w trakcie lektury powieści. I choć żaden to wyciskacz łez - wzrusza. Wzrusza wielokrotnie, z żalu, z oburzenia, ze smutku i szczęścia. I powiem krótko: w a r t o. To jedna z tych powieści, które absolutnie warto przeczytać i która dumnie pozostanie na moim książkowym regale.

Wydawnictwo YA!

Mieliście już przyjemność sięgnąć po tę powieść? A może macie w planach? Co ostatnio udało się Wam przeczytać?
xoxo
21:10:00 54 comments
Cześć, Kochani.

Święto Zakochanych, Walentynki czy też Święto Walentego będziemy obchodzić już za dwadzieścia dni! Na tą zaś wyjątkową okazję warto zadbać o odświętny, zupełnie inny niż na co dzień strój - poczynając oczywiście od seksownej kreacji, którą założyć możemy czy to do kina, czy też na elegancką kolację, na pobudzającej zmysły bieliźnie kończąc. Tego dnia każda z Nas chce w końcu czuć się dla swojego Wybranka tą jedyną i najpiękniejszą na Świecie. Przyznam, iż sama będę obchodzić ten dzień dopiero po raz czwarty. Wcześniej wyśmiewałam to Święto, okraszone tandetą różu, czerwieni i wszechobecnych serc (a przecież nasze serce wcale nawet tak nie wygląda!). Jak to jednak mawiają, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - odkąd jestem w stałym i szczęśliwym związku, mój pogląd na ten dzień uległ zmianie o sto osiemdziesiąt stopni. W związku z tym mam dla Was kilka propozycji znalezionych w sklepie Yoins z kategorii, które na ten dzień będą wprost idealne: latest sexy dresses for women oraz stylish sexy lingerie online sale. Mam nadzieję, iż każda z Was znajdzie wśród moich propozycji coś dla siebie. ;)

20:51:00 42 comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (71)
    • ▼  maj (20)
      • Paweł M. Arent - Medalion - recenzja
      • Miłosz Wołk - Łaniewski - Miejmy to za sobą - rece...
      • Sebastian Orszulik - Tam i z powrotem + trzy metry...
      • Joanna Kurek - Amartu-Ziqqu. Przebudzenie - recenzja
      • Karol Husak - Wcielone zło - recenzja
      • Kathryn Croft - Ostatniej nocy - recenzja
      • Maren Stoffels - Escape room - recenzja
      • Stanisław Lem - Głos Pana - recenzja
      • B. Dyakowski - Z naszej przyrody - recenzja
      • WP Rdzanek - Akord - recenzja
      • Bożena Bisewska - To, co nie pamięta - recenzja
      • Krzysztof Drozdowski - Wampir z Osielska - recenzja
      • Piotr Żymełka - Niewierny - recenzja
      • MAESTRIA - Selena. Córka dwóch światów - recenzja ...
      • Agnieszka Łepki - Domek nad jeziorem Borzymskim - ...
      • Kyra Parsi - Jak rozkochać gbura - recenzja
      • Marta Górna - Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świe...
      • Katarzyna Hewa - Małe wstrząsy - recenzja
      • Michael Connelly - Wilcza jagoda - recenzja
      • Barbara Seleman - Zanim spłonę - recenzja
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates